Tour de Ski. 50 kilometrów samotności Kowalczyk

:
-
- Ktoś stał z polską flagą obok trasy i coś krzyczał, a ja sobie pomyślałam: ?O, naiwny człowieku?. Ciężko mi było okropnie - Justyna Kowalczyk opowiada o ostatnim etapie tegorocznego Tour de Ski. Polska biegaczka po raz czwarty z rzędu wygrała prestiżową imprezę
"Primadonna con Polonia!" - krzyknął spiker, ale Justyna Kowalczyk nie wyglądała na primadonnę, kiedy runęła na ziemię z wyczerpania. Padała dwa i trzy lata temu. Rok temu jakimś cudem nie upadła - wyłącznie dzięki sile własnej ambicji i dobrym, mocnym kijkom, na których się wsparła. Ciężko dysząc, patrzyła, jak na ziemi leży największa rywalka Norweżka Marit Bjoergen, z którą wreszcie, po długich 22 miesiącach czekania i przyzwyczajania się do drugich miejsc, wygrała bezpośrednie starcie.

W niedzielę mówiła: - Nie będę cytowała, co sobie pomyślałam, gdy padłam za metą. Ostatnie sto metrów jest bardzo pod górę. Ktoś stał z polską flagą obok trasy i coś krzyczał, a ja sobie pomyślałam: "O, naiwny człowieku". Ciężko mi było okropnie. Ale i tak lepiej niż kiedyś, bo z pierwszego wygranego Touru w 2010 roku nie pamiętałam nic od momentu, w którym minęłam trenera, a on zawsze stoi 400 m przed metą.

Wjechała na metę samotnie. I na tym etapie, i wcześniej wszystko miała pod kontrolą. Samotność to jej znak od lat.

Jak Ali z Foremanem

W tym Tour de Ski zabrakło nawet Marit Bjoergen, czyli osoby, bez której historia Kowalczyk byłaby nie tylko uboższa, ale być może w ogóle by jej nie było. Bjoergen i Kowalczyk to jak Ali i Foreman, jak Borg i McEnroe, jak Szurkowski i Szozda.

Ale Bjoergen nie przyjechała. Stwierdzono u niej arytmię serca. Polka stała się samotną, jedyną faworytką - dzięki rywalizacji z Norweżką obie biegaczki są na poziomie nieosiągalnym dla innych. Zdarza się komuś wygrywać pojedyncze biegi, ale główne łupy zgarniają Bjoergen i Kowalczyk.

Z 12 ostatnich biegów na igrzyskach lub mistrzostwach świata Polka wygrała trzy, Norweżka pięć. Z pięciu ostatnich edycji PŚ wygrały wszystkie. Na poprzednim Tour de Ski z dziewięciu etapów wygrały osiem. Na początku tego sezonu królowała Bjoergen, która wygrała cztery pierwsze biegi. Z następnych trzech dwa były Justyny. Na tym Tour de Ski prowadziła od drugiego etapu.

- Oprócz ostatniego etapu to był najłatwiejszy i najfajniejszy Tour z dotychczasowych. Kosztował mnie najmniej energii, najlepiej zniosłam go fizycznie i psychicznie - mówiła Kowalczyk.

Poza sprintem w Val Müstair Polka widywała rywalki na rozgrzewce i po biegu. Cały Tour, ponad 50 km, przebiegła niemal w zupełnej samotności. Nawet kiedy ruszały ze startu wspólnego, Justyna i tak miała kogoś w zasięgu wzroku bardzo krótko.

Skazana na samotność

Niby jest przyzwyczajona do samotności, ale takie bieganie ze świadomością, że rywalki podążają za nią krok w krok jak wataha wilków, nie jest łatwe. Nie ma nikogo obok, na kogo można by przerzucić część wysiłku i część presji. - Najgorzej było w niedzielę, bo znowu od początku biegłam sama. Tak było niemal na każdym etapie. Od samego początku to ja byłam na czele grupy, to ja byłam pod wielką presją, to mnie wszyscy gonili. Ale denerwowałam się tylko w niedzielę, przed wcześniejszymi sześcioma etapami nie marnowałam na to energii - śmiała się na Alpe Cermis.

Na taką samotność, ale też na samotność podczas miesięcy zgrupowań, godzin treningów, Kowalczyk jest skazana od lat. Jej i trenerowi było dobrze z nią do czasu. Wiosną 2011 roku, po powrocie z MŚ w Oslo bez złotego medalu, wymyślili, żeby ćwiczyć ze sparingpartnerem. Został nim Maciej Kreczmer i dziś trener Wierietielny opowiada, że czasem tych dwoje zachowuje się jak niesforne źrebaki na łące. Wychodzą na trening, a wszystko i tak kończy się szaleńczym wyścigiem.

Jeden sparingpartner na treningach to i tak nic w porównaniu z ekipami Norwegii, Szwecji, Finlandii. Jak Norwegia jedzie na zgrupowanie, to w kilkadziesiąt osób. Jak na zawody, to nawet ze specjalną pracowniczką do robienia kanapek. Jak dziewczyny przymierzają nowe stroje do biegania, które dostają od federacji, to ganiają po pokojach koleżanek i komentują.

Wczoraj po zawodach Kowalczyk wróciła do swojego hotelu, gdzie od lat jest z nią ten sam trener i ci sami serwismeni. Czasem mieszkają też inne dziewczyny z polskiej kadry trenera Ivana Hudacza, ale one to zupełnie inny poziom niż Justyna i przez większą część sezonu się mijają. Kowalczyk przyzwyczaiła się do tych samych osób i twarzy, w ich towarzystwie czuje się najlepiej. Mówi, że jej wystarczy dobre auto od sponsora i trener, który jest także kierowcą. Cieszy się tym, co ma.

Wygrana w Tourze to wstęp do tego, co ma się zdarzyć w Val di Fiemme na przełomie lutego i marca. Podwójna mistrzyni świata z 2009 roku z Liberca chce odzyskać złote medale utracone dwa lata temu w Oslo. Podporządkowała temu wszystkie przygotowania.

Kowalczyk praktycznie zapewniła sobie czwarty w życiu Puchar Świata. Jej przewaga wynosi 136 punktów. Trudno sobie wyobrazić, aby ją roztrwoniła.

- Jestem blisko, ale to sport i nic jeszcze się nie rozstrzygnęło - powiedziała Kowalczyk. - Startuję w Val di Fiemme od ponad dziesięciu lat i zawsze wydawało mi się, że powinnam się tam dobrze czuć. Na początku kariery miałam tutaj świetne starty, potem coś się odwróciło i prześladował mnie pech. Dziś wiem, że jeśli nie będzie żadnych nerwowych ruchów w moim wykonaniu, zawsze pobiegnę dobrze. Wierzcie mi, to dla mnie zupełnie inne miejsce niż to, w którym mistrzostwa były dwa lata temu [Oslo]. Niebo a ziemia.

Czym jest Alpe Cermis?

Zawodniczki ruszają ze stadionu w Lago di Tesero, po 5 km dojazdu do góry rozpocznie się mordęga. Na dystansie 3650 m narciarki pokonują przewyższenie 425 m (metę usytuowano na wysokości 1278 m). Największy kąt nachylenia wynosi 28 proc., najmniejszy - 4 proc., a średni - ponad 12 proc. Podbieg zaczyna się na wysokości 860 m n.p.m., a kończy na 1290 m n.p.m. Trudno tam iść pod górę w butach. Na nartach to niemożliwe. Ześlizgują się, dlatego trasa ustawiona jest w serpentynę. - Ta wspinaczka nie ma nic wspólnego z biegiem. Ale ludzie chcą zobaczyć ból na naszych twarzach - mówiła kiedyś Kowalczyk. - Odbywają się tam slalomy alpejskiego Pucharu Świata. I tylko raz w roku kilkadziesiąt wariatek "dmucha" pod górę, na którą nikt nie podjechałby nawet rowerem. Ale wielki wysiłek to wartość dodana naszego sportu. Dzięki temu ludzie bardziej się nim interesują. Mam wielki respekt do tej góry, bo wiele razy musiałam ją pokonać. Bywało różnie: świetnie, dobrze i źle, gdy biegłam na antybiotyku. Z tą górą mam więc związany cały wachlarz emocji. To wyczyn ponad nasze siły. Moja budowa ciała nie pomaga mi w hasaniu po Alpe Cermis jak kozicy.