Justyna Kowalczyk: Nie uciekam od roli faworytki

:
-
Czy byłaby tu Marit Bjoergen, czy nie, i tak wszyscy uważaliby, że skoro wygrałam trzy poprzednie edycje, to muszę zwyciężyć po raz czwarty - mówiła po sobotnim prologu TdS polska biegaczka, która zajęła trzecie miejsce.
Robert Błoński: To dobry początek Touru?

Justyna Kowalczyk: Tak. Jeśli spojrzymy na to, jak miesiąc temu zaczęłam sezon, to rzeczywiście wszystko wygląda zdecydowanie dobrze. Na inaugurację sezonu na 10 km łyżwą byłam w trzeciej dziesiątce, teraz jestem trzecia. Postęp jest widoczny, choć przecież technika dowolna nie jest moją ulubioną. Przegrałam tutaj z naprawdę dobrymi rywalkami. Wiedziałam, że jeśli ktoś mnie wyprzedzi w prologu, to może to być właśnie Kikkan Randall. Amerykanka jest w tym sezonie bardzo mocna "łyżwą". Charlotte Kalla nie potrzebuje rekomendacji. Świetna "łyżwiarka", klasa sama w sobie [Szwedka jest mistrzynią olimpijską z Vancouver na 10 km techniką dowolną - przyp. red.]. Przegrałam z nią minimalnie, choć w pewnym momencie traciłam aż dziesięć sekund. Na mecie zostało 0,3, więc mogę być tylko zadowolona. Obroniłam się tym biegiem, to dobra wróżba przed dystansami, których w Tourze nie zabraknie.

Tak miało być, że zaczęła pani prolog spokojnie?

- Dokładnie. Kiedyś wystartowałam na całego i później źle się to dla mnie skończyło, nie starczyło energii na finisz.

Było przenikliwie zimno, na trasie mnóstwo rozkopanego, miękkiego śniegu, wilgotność 96 procent, porywisty wiatr...

- Wszystkie miałyśmy tak samo, więc trzeba się cieszyć, że w takich warunkach zawody w ogóle się odbyły. W innych miejscach na świecie pewnie zostałyby odwołane. Biegało mi się dobrze, ten miękki śnieg nie był problemem. Gorzej, gdyby był lód.

Jak pani traktuje tegoroczny Tour?

- Zdecydowanie spokojniej niż ubiegłoroczny. Tak zresztą planowaliśmy, ale to nie znaczy, że nie mam zamiaru walczyć. Zresztą to było widać w prologu. Identycznie ma być w niedzielnym biegu pościgowym na 9 km klasykiem. Też zamierzam walczyć, zobaczymy, jakie będą warunki [prognozy pogody mówią, że podobnie jak w sobotę - przyp. red.]. Jeśli będzie równie miękko, to dla mnie super. Nauczona doświadczeniem, uważam, że na metę przybiegnie przynajmniej dziesięć zawodniczek. Tak bywa zwykle. Tylko raz udało mi się tutaj odjechać rywalkom, ale teraz - ze względu na warunki pogodowe - nie sądzę, by sytuacja się powtórzyła. Krok po kroku, etap po etapie będę biegać i zobaczymy, co z tego wyniknie na koniec.

Jak to jest przyjechać na Tour i bronić tytułu po raz trzeci?

- Do wszystkiego mam większy dystans. Rok temu napięcie i nagonka były ogromne. Aż nie wiedziałam, gdzie uciekać. I to nie wy to wszystko wywołaliście, ale skandynawskie media, które koniecznie chciały wszystko wiedzieć. Teraz jest spokojniej, ciszej. Wiadomo, że w Tourach jestem mocna. Wiadomo, że przyjechałam tu w niezłej formie i że tanio skóry nie sprzedam. Ale nie ma tutaj koni, nie ma też ludzi z żelaza, więc ktoś inny musi w końcu wygrać Tour de Ski. Czy stanie się to w tym roku, czy w następnym, tego nie wiem. Zobaczymy.

Jak przyjęła pani wiadomość, że Bjoergen nie wystartuje w TdS?

- Byłam zaskoczona, jak wszyscy. Zareagowałam jak większość - zdziwieniem. Nic nie wskazywało na to, że tu nie przyjedzie. Tak naprawdę to niewiele zmieniło w moich przygotowaniach, treningu i nastawieniu przed Tourem. Trzeba biegać, startować, a rywalek nie brakuje, co widzieliśmy w prologu.

Ucieka pani od roli faworytki obecnego Touru?

- Nie. Wygrałam trzy poprzednie edycje i jestem największą faworytką kolejnej. Czy byłaby tu Bjoergen, czy nie. Ale to nie o to chodzi, w sporcie nie rozdaje się medali przed startem. Można być faworytem i skończyć na dziesiątym miejscu.