TdS. Justyna Kowalczyk: Po sprincie w Toblach, gdzie byłam aż trzecia pomyślałam, że wygrana jest blisko

:
-
Przed Tourem nie miałam prawa mówić i myśleć, że jestem faworytką, bo to by było coś z kosmosu. Chciałam bardzo dobrze wypaść w biegach klasykiem. Okazało się, że łyżwą też szło mi nienajgorzej, więc dlaczego miałam tego nie wykorzystać - mówiła po TdS Polka.
Robert Błoński, Radosław Leniarski: Trzeci rok z rzędu przyjeżdża pani z nienawiścią do tej góry i trzeci rok z rzędu wyjeżdża pani z uśmiechem.

Justyna Kowalczyk: Powiedzieliśmy już sobie z całą naszą ekipą "nigdy więcej". Zobaczymy, jak długo wytrwamy w tym postanowieniu.

Na metę wpadła pani bez okularów i czapki.

- Okulary zostawiłam na starcie. Czapkę zdjęłam, bo było ciepło i oddałam ją Are Metsowi, naszemu serwismenowi, który stał na trasie.

Kiedy poczuła pani, że wygra?

- Dopiero za metą.

Zaatakowała pani dwa kilometry przed nią.

- Nie planowałam żadnych ataków. Miałam prowadzić od samego początku podbiegu i narzucić swoje tempo. Uważaliśmy, że będzie mocniejsze i bardziej wymagające. Nie chcieliśmy dopuścić do finiszu, bo tego na pewno bym nie zniosła. Okazało się, że moje tempo było na tyle mocne, że uzyskałam przewagę bez żadnego zrywu.

Za metą Marit Bjoergen strasznie drżały nogi. Runęła twarzą w śnieg.

- Moje nie były lepsze (śmiech). Nie upadłam tylko dzięki sile ambicji i dobrym, mocnym kijkom na których się oparłam. To był bardzo trudny bieg. Może wyglądało, że jest łatwiej, ale wcale tak nie było. Ostatni kilometr to była mordęga.

Była pani spokojna przed biegiem?

- Pomyślałam, że najpierw trzeba wygrać Puchar Świata w marcu, później Plebiscyt Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca, a dzień po balu trzeba wygrać Tour de Ski. To taka trzyletnia tradycja.

Za rok pani to powtórzy?

- Z Pucharem Świata będzie ciężko, bo Marit ma dużą przewagę. Z plebiscytem też, bo mamy rok olimpijski. Jeśli jeszcze piłkarze dobrze zagrają na Euro...

Wróćmy do biegu. Trener opowiadała, że o piątej rano pani śpiewała.

- To jest tak, że kiedy chodzę i coś nucę pod nosem to znaczy, że jest to ostatni etap paniki. Bardzo się bałam. Ale nie rywalek. Na tej górze walczy się z samym sobą i górą. Jej się bałam.

A samej siebie?

- Nie. Chodziło o to, żebym nie dała się ponieść emocjom na początku podbiegu, gdzie nachylenie jest takie, jak lubię. A tutaj nie było zjazdu żeby odpocząć.

Da się porównać dwa poprzednie triumfy na Tour de Ski z tegorocznym?

- W tym roku biegałam bardzo dobrze. Tour nie był dla mnie tak męczący jak choćby ten dwa lata temu, kiedy walczyłam z Petrą Majdić. Wtedy raz ja byłam liderką, raz Petra, a do tego w czołówce mieszały jeszcze Włoszki Follis i Longa. Rok temu przyjechałam tu jako faworytka i nie zgubiłam koszulki lidera do końca. Nie było mi łatwo, ale zniosłam tę rolę. Teraz po prostu super biegam i mnie to cieszy.

Na mecie miała pani 30 sek przewagi nad Marit Bjoergen.

- Sporo, ale takie biegi są raz w roku. Bardzo różnią się od tych, z którymi zmagamy się na co dzień. Super, że wygrałam Tour de Ski, ale nie wyciągajmy z tego daleko idących wniosków.

Na każdym etapie Tour de Ski była pani na podium. Czy coś można było zrobić lepiej?

- Wyrzucam sobie jedynie bieg klasykiem w Toblach. Powinnam go wygrać, ale dałam się ponieść i nie biegłam swoją techniką.

Trener mówił, że dużo pomogły pani treningi z Maciejem Kreczmerem.

- Wielkie dzięki dla Maćka, że zgodził się ze mną pracować i mam nadzieję, że rok współpraca będzie jeszcze częstsza. Przez cały niedzielny ranek myślałam "będziesz biegła jak za Maćkiem. Będzie ciężko, ale dasz radę i wytrzymasz". Latem biegaliśmy razem po górach, przez to moje kolano nadaje się do operacji, ale udało się.

Którego momentu tego TdS bała się pani najbardziej?

- Sprintu w Toblach łyżwą. Tam Marit mogła złapać dużo sekund. Gdybyśmy dzień później nie ruszyły razem na trasę 15 km łyżwą, to nie wiem jak to wszystko by się skończyło. Po sprincie, w którym byłam trzecia, stwierdziłam, że zwycięstwo jest bardzo blisko. Z tego biegu jestem najbardziej dumna. To nie mój dystans, nie moja trasa, a walczyłam pięknie.

Trasy sprintu uczyła się pani na pamięć. Na innych etapach też było widać, że dokładnie wie co i gdzie robić.

- Starałam się niczego nie zaniedbać. Do każdego biegu przygotowuję się odpowiednio wcześnie. Oglądam trasy, przypominam sobie gdzie bolało i co można było zrobić lepiej.

Przed TdS mówiła pani, że nie jest faworytką. Ale tak szczerze: ani razu nie pomyślała pani o zwycięstwie?

- Nie. Nie miałam prawa tak mówić ani myśleć, bo to by było coś z kosmosu. Chciałam bardzo dobrze startować w biegach klasykiem. Okazało się, że łyżwą też mogę, więc dlaczego miałam z tego nie skorzystać? Dla mnie najważniejszy w tym sezonie jest lutowy Puchar Świata w Jakuszycach, ale ten Tour został bardzo rozdmuchany, że chciałam w nim dobrze biegać.

TdS. Kowalczyk: Wiedziałam jak to rozegrać »