Biegi narciarskie. Justyna Kowalczyk: Motywację mam ogromną

Dla mnie imprezą sezonu jest lutowy Puchar Świata w Jakuszycach. Pierwszy w historii start w Polsce potraktuję jak mistrzostwa świata. Albo i bardziej prestiżowo - mówi najlepsza biegaczka narciarska.
W poniedziałek mistrzyni olimpijska z Vancouver i triumfatorka trzech ostatnich edycji PŚ razem z trenerem Aleksandrem Wierietielnym poleciała do Nowej Zelandii, by na śniegu przygotować się do sezonu, który rozpocznie się 19 listopada w norweskim Beitostoelen.

Robert Błoński: Dlaczego tak daleko?

Justyna Kowalczyk: Przede mną sezon bez mistrzostw świata i igrzysk. Chcieliśmy spróbować czegoś nowego i sprawdzić, jakie da to efekty. Kiedy indziej eksperymentować, jak nie teraz, niespełna trzy lata przed olimpiadą w Soczi?

Ostatnia zima była wyczerpująca i stresująca, ale już prawie o niej zapomniałam. W maju wróciłam do pracy. Zastanawiam się, jak najlepiej zaplanować treningi i logistycznie ułożyć ten cyrk, w którym żyję podczas przygotowań, żeby zimą biegać jak najlepiej. Obejrzałam starty z poprzedniego sezonu pod kątem techniki, żeby wychwycić, co jeszcze jest ewentualnie do poprawy.

Wyjazd na Antypody to nie jedyna odmiana w przygotowaniach. W czerwcu trenowałam w Zakopanem, co wcześniej się nie zdarzyło. Wykonałam tam dość dziwną, ale mam nadzieję pożyteczną pracę z innym biegaczem, Maćkiem Kreczmerem. Do hiszpańskiego Sierra Nevada, na 3 tys. m n.p.m jadę we wrześniu, a w poprzednich latach jeździłam w maju. Teraz będę tam ćwiczyć z innymi obciążeniami.

Do Nowej Zelandii jadę ciężko trenować na śniegu dwa razy dziennie. Ktoś powie, że to samo mogłabym zrobić na lodowcu w Austrii. Otóż nie mogłabym. W Europie latem śnieg jest na wysokości 3 km, a ja nie jestem robotem. Nie wytrzymałabym obciążeń i treningów startowo-interwałowych tak wysoko. W tym momencie Nowa Zelandia to jedyne miejsce na świecie, gdzie można zrobić normalny narciarski trening na trasach. Czekają mnie tam starty w sprincie i biegach klasykiem oraz łyżwą.

Filozofia przygotowań jest taka sama, nadal bazuję na dużej wytrzymałości. Ale diabeł tkwi w szczegółach i właśnie chcemy je sprawdzić. Po eksperymentach wyciągniemy wnioski przed MŚ w Val di Fiemme w 2013 roku i olimpiadą w Soczi.

Czy po trzech latach pełnych medali MŚ i igrzysk olimpijskich oraz trzech Kryształowych Kulach nie było pani trudniej o motywację do ciężkiej pracy w sezonie bez wielkiej imprezy.

- Nie. Nadchodzący sezon będzie dla mnie tak samo ważny jak poprzednie. Pierwszy raz w historii Puchar Świata w biegach przyjedzie do Polski i to jest dla mnie impreza główna. Bardzo, bardzo istotna. Medale MŚ już mam i ewentualne kolejne będą cieszyły, ale nie wzbudzą takiej euforii i mobilizacji jak pierwsze. Puchar Świata u siebie mobilizuje mnie niesamowicie. W lutym w Jakuszycach chcę być bardzo mocna i przygotowana optymalnie. Oczywiście nie obiecam gruszek na wierzbie w sprincie łyżwą, ale chcę pobiec na maksa swoich możliwości. Jakie one będą, dziś jeszcze nie wiem.

Czterech kolejnych edycji Pucharu Świata nie wygrała jeszcze żadna zawodniczka.

- To mnie w ogóle nie nakręca. Nie jestem maszyną do wygrywania.

Wie pani, co robią rywalki?

- Widziałam się ze swoją przyjaciółką z Ukrainy Walą Szewczenko i Rosjankami.

Norweżka Therese Johaug weszła na Mont Blanc i ponoć pokonała paniczny lęk wysokości.

- Gratuluję. Sylwia Jaśkowiec bez obecności kamer przebiegła maraton w Himalajach też mniej więcej na tej wysokości. To dopiero jest wyczyn.

Liczba Justyny Kowalczyk

108 - tyle dni zostało do inauguracji PŚ