Tenis. Ku chwale ojczyzny, chorąża Radwańska

Wyobraźcie sobie, że bokserski mistrz świata Władimir Kliczko dwa razy w roku boksuje w Hamburgu na pełnym stadionie za 20 mln dol., a między walkami jedzie do Kijowa, by wziąć udział w meczach reprezentacji Ukrainy z Białorusią, Kazachstanem i Armenią w Grupie II Strefy Południowo-Wschodniej Ligi Boksu Amatorskiego. Dostaje za to diety według rozdzielnika resortowego za roboczogodzinę. Ku chwale ojczyzny!
Brzmi ko(s)micznie, ale w tenisie równoległe światy współistnieją.

Obok zawodowych cyklów WTA, ATP i Wielkich Szlemów, w których zarabia się miliony dolarów, są półamatorskie rozgrywki Pucharu Federacji i Pucharu Davisa, którymi zawiaduje Międzynarodowa Federacja Tenisowa (ITF). Przez trzy tygodnie w roku tenisiści powołani do kadry zostawiają zawodowe obowiązki, zakładają stroje narodowe i jadą do Koszyc, Inowrocławia, Lahore, Rygi czy Adelajdy. Ku chwale ojczyzny!

Kiedyś oba Puchary były bardzo prestiżowe. W latach 50. czy 60., gdy tenis był w pełni amatorski, boje między USA, Wlk. Brytanią i Australią rozgrzewały fanów do czerwoności. Jeszcze w latach 80. czy 90., już w erze profesjonalnej, zwycięstwa w reprezentacji przynosiły rozgłos. Nikt nie wyobrażał sobie drużyny USA bez Johna McEnroe, a potem bez Pete'a Samprasa i Andre Agassiego. Niemiecka kadra kobieca nie istniała bez Steffi Graf.

Ale czasy się zmieniły. Sport coraz mocniej macha na pożegnanie wszystkiemu, co amatorskie, narodowe, rozgrywane dla idei. Liczy tylko gotówkę.

Próżno szukać w składzie Szwajcarów Rogera Federera. Rafael Nadal otwarcie przyznaje, że choć kocha Hiszpanię, to występy w Pucharze Davisa mu szkodzą, bo kalendarz jest zbyt napięty i musi oszczędzać kolana. Novak Djoković twierdzi, że jest patriotą, ale odkąd zdobył już Puchar Davisa, gra dla Serbii od święta. Przykłady można mnożyć.

Można też zgadywać, czy motywy nieobecności są prawdziwe. Np. czy Wiktoria Azarenka rzeczywiście miała kontuzję, gdy nie zagrała w meczu USA - Białoruś po triumfie w Australian Open 2012, skazując rodaczki na porażkę? Kontuzji w tygodniach, gdy gra Puchar Davisa i Federacji, zawsze jest podejrzanie dużo.

Rachunek sumienia każdy robi w głowie, rachunek finansowy jest prosty - za Wielkiego Szlema płacą 2 mln dol., za Puchar Davisa i Puchar Federacji ITF płaci symbolicznie, czyli tyle, co nic - Polski Związek Tenisowy za niedawne zwycięstwo ze Słowenią dostał ok. 37 tys. dol.

Narodowe federacje, żeby jakoś się ratować i skusić gwiazdy do zakładania koszulek z godłem na piersi, zaczęły im dopłacać. Federer dostawał według nieoficjalnych informacji kilkaset tysięcy euro. Zamożni Amerykanie, Francuzi czy Australijczycy też płacą dużo. Czesi czy Serbowie trochę mniej, ale cokolwiek - płacą już wszyscy. Pod stołem, bo rozgrywki formalnie są przecież amatorskie.

Na Federerze można przynajmniej zarobić. Federacja szwajcarska sprzedaje prawa do meczów kadry w telewizji, skrzykuje lokalne banki, producentów czekolady i zegarków w roli sponsorów. Wychodzi na plusie. Hiszpanie, o ile przyjedzie Nadal, też zarobią. Ale Hiszpanki już niekoniecznie. Są słabsze, nie przyciągają sponsorów. Niedawno zagroziły strajkiem, chcą więcej pieniędzy, bo dla nich występ w kadrze to mało opłacalny biznes. Zmęczą się, stracą tydzień, który mogły przeznaczyć na odpoczynek. W kolejnym turnieju być może przyjedzie im za to zapłacić, dosłownie - w gotówce, której nie zarobią.

Polacy też nie grają za darmo. Siostry Radwańskie dostają ok. 300 tys. zł do podziału, a męska kadra w Pucharze Davisa z Janowiczem, Kubotem, Fyrstenbergiem i Matkowskim za cały rok ok. 600 tys. zł. Polski Związek Tenisowy z trudem ciuła pieniądze, bo w Polsce telewizje ani sponsorzy nie walą drzwiami i oknami, by pokazywać boje w II i III lidze (do elity narodowych drużyn wciąż nam daleko).

W hiszpańskiej prasie nikt nie czynił tenisistkom zarzutu, że zdradzają ojczyznę. Czy w Polsce też by tak było, gdyby Agnieszka, która na igrzyskach w Londynie była chorążą olimpijskiej reprezentacji i już wtedy dostało jej się za kilka szczerych słów o zawodowym sporcie, powiedziała: "Sorry, moja kariera jest ważniejsza. Wolę oszczędzać kolana" albo jeszcze mocniej: "Zagram, ale zapłaćcie więcej"?

Nie dziwię się więc Agnieszce, że w Izraelu, gdzie właściwie w pojedynkę wygrała niedawno Polsce cztery mecze i dała awans do tzw. baraży o Grupę Światową II Pucharu Federacji, była tak wściekła. Na chamskich izraelskich kibiców, na siostrę, która partaczyła mecze singlowe, więc miała przez nią więcej roboty, na słabą organizację ITF.

Rozumiem ją, bo to trochę tak, jakby Keira Knightley przyjechała zagrać rolę w "Kiepskich" za niską gażę. Gwiazda tenisa, zarabiająca rocznie 4,5 mln dol., godzi się na grę dla wyższej idei (no, i kieszonkowego na waciki), ale chciałaby chociaż, żeby wszystko wokół choć trochę przypominało warunki, jakie na co dzień ma w pracy.

ITF od lat przebąkuje o reformowaniu rozgrywek, ale ich naturalna śmierć jest raczej nieunikniona. To jak z zapasami na igrzyskach. Teraz jeszcze pewnie się obronią w imię tradycji. Ale założycie się, że za 30 lat nie będzie zamiast nich bilardu albo pokera? Ja nie.

Więcej o: