Tenis. Czy Radwańska może skopiować Murraya?

Na sam tenisowy szczyt Agnieszka Radwańska wciąż wdrapać się nie może. Tam okopały się naprawdę potężne i jednocześnie sprytne dziewczyny. Może zamiast czekać na słabszy dzień rywalek, lepiej wziąć przykład z Andy'ego Murraya?
Wyobraźcie sobie, że piłkarzowi Cristiano Ronaldo nie wolno przekroczyć linii środkowej boiska. Albo że bokser Manny Pacquiao nie może atakować swoją lepszą lewą ręką, a Justyna Kowalczyk musi nacierać na Marit Bjorgen na zjazdach, a nie na podbiegach.

Ciężko? Oczywiście, bo trudno robić coś wbrew swojej naturze. Ronaldo atakuje, Manny nokautuje lewym prostym, a Kowalczyk pod górę pruje jak wyścigówka.

Agnieszka Radwańska na korcie instynktownie się broni, przeszkadza, wybija rywalki z rytmu. W jej naturze nie leży atak, pęd do przodu, mocne uderzenia wzdłuż linii. Tak została wychowana przez ojca i trenera Roberta Radwańskiego.

Od juniorskich czasów musiała rywalizować z większymi, silniejszymi dziewczynami, bo sama jest drobna i krucha (dziś 172 cm, 54 kg). One waliły z całej siły, ona nie umiała odpowiedzieć tym samym, więc musiała zrobić coś nieoczywistego, żeby przeciwniczka się pomyliła. Dlatego zagrywa skróty, slajsy, często zmienia rytm, odkręca rotację. Plącze rywalkom nogi.

W juniorach szło łatwo, bo sprytem nikt nie dorastał jej do pięt. W dorosłym tenisie przebicie się do czołowej piątki rankingu WTA zajęło sześć lat.

Ale na sam szczyt Radwańska wdrapać się nie może. Tam okopały się naprawdę potężne i jednocześnie sprytne dziewczyny.

Z Wiktorią Azarenką (183 cm, 66 kg), liderką światowego rankingu, nie wygrała od półtora roku. Z Marią Szarapową (188 cm, 60 kg) na osiem ostatnich meczów zwyciężyła w jednym. Sereny Williams (175 cm, 70 kg), serwującej z prędkością 190 km/godz., jeszcze nie pokonała. Polkę obija też wściekle atakująca Chinka Na Li (172 cm, 65 kg, pięć porażek od wiosny zeszłego roku), a czasem też Petra Kvitova (182 cm, 70 kg, bilans meczów 1-3).

Czy Radwańska je przeskoczy?

- Gdyby w tenisie były kategorie wagowe, Agnieszka ze swoim różnorodnym tenisem już dawno byłaby numerem jeden - powiedział kilka lat temu jej były menedżer Viktor Archutowski.

Gdyby przenieść Radwańską z 15 lat wstecz, kiedy mięśni było mniej, a finezji więcej, znalazłoby się dla niej miejsce na choć jeden Wielki Szlem - między Steffi Graf a Martiną Hingis.

Ale jesteśmy tu i teraz, w krainie tenisowego "łup-łup", gdy forhendy fruwają nad siatką z prędkością 150 km/godz.

- Agnieszka umie sobie ustawić większość rywalek, ale z tymi najsilniejszymi z czołówki ma problem. Może trzeba poczekać na dobre losowanie, takie, dzięki któremu ich uniknie - mówił niedawno Sport.pl Wojciech Fibak.

Murray pokazał, że można

A może zamiast czekać na słabszy dzień rywalek, lepiej wziąć przykład z Andy'ego Murraya? Szkot porównywany do Radwańskiej przez amerykańskich ekspertów też jest świetny technicznie, też gra finezyjnie i ma ogromną tenisową wyobraźnię. I też długo nie umiał wygrać Szlema, odbijał się od czołówki - Federera, Nadala, Djokovicia. Oni byli silniejsi, lepiej serwowali, skuteczniej atakowali, a on się głównie bronił.

Co zrobił Murray? Po pierwsze, wzmocnił się fizycznie. Godzinami, miesiącami, latami pracował na Florydzie pod okiem fachowców, by zamienić patyczakowate ciałko w maszynę, która będzie w stanie wytrzymać na korcie pięć godzin. A swoje mięśnie w coś, co zdoła rozpędzić piłkę do większych prędkości.

Po drugie, eksperymentował. Kilkakrotnie zmieniał trenerów, Marka Petcheya zastąpił Brad Gilbert, potem Miles MacLachlan, Alex Corretja, a w końcu Ivan Lendl. To była nieustająca burza mózgów. Za spore pieniądze, ale czego się nie robi, by wygrać Szlema.

Lendl był strzałem w dziesiątkę. To on przekonał Murraya, że musi pokonać defensywną naturę i zagrać bardziej ofensywnie. Andy przestał się tylko bronić, zaczął przejmować inicjatywę. W zeszłym roku zdobył złoto olimpijskie i wygrał US Open.

Sztuka polega na tym, by zmiany nie były zbyt gwałtowne, by nie popsuły tego, co funkcjonuje dobrze. Ryzyko jest, ale może warto zagrać Murrayem.