Boks. Lanie Gołoty, lekcja Adamka

W sobotę Tomasz Adamek spotka się z Michaelem Grantem, pięściarzem, który walczy do końca. Stawką jest szansa na pojedynek o mistrzostwo świata wszech wag. Na relację na żywo w nocy z soboty na niedzielę zapraszamy do Sport.pl
Adamek (33 lata, 41 zwycięstw, 27 nokautów, jedna porażka) to numer jeden na liście federacji WBO, w której mistrzem świata jest Ukrainiec Władymir Kliczko. Jeśli Polak wygra z dwumetrowym Grantem, stanie się najbardziej pożądanym przeciwnikiem w wadze ciężkiej, mającym za sobą rzeszę fanatycznych kibiców polonusów i serię zwycięstw.

11 lat temu z Grantem (38 lat, 46 zwycięstw, 34 nokauty, trzy porażki) walczył Andrzej Gołota i tylko trzy minuty dzieliły go od zwycięstwa. W narożniku Gołoty stał Ziggi Rozalski, przyjaciel, doradca i promotor obydwu polskich pięściarzy wagi ciężkiej.

Radosław Leniarski: Pan i trener Roggie Bloodworth walczyliście już z Grantem. W 1999 roku odbyła się pamiętna walka Gołoty...

Ziggi Rozalski: Ten pojedynek chyba pozbawił mnie kilku lat życia, a szkoda, bo dobre jest. Gołota miał Granta na deskach dwa razy w pierwszej rundzie, prowadził na punkty, w dziesiątej rundzie się poddał.

Takie są fakty. Ale dlaczego Gołota się poddał?

- Mam swoje wytłumaczenie. Andrzej przez dwa i pół miesiąca siedział na zgrupowaniu w Big Bear w Kalifornii i ciężko pracował, bo wiadomo było, że telewizja HBO chce, aby zwycięzca pojedynku spotkał się z Lennoksem Lewisem za miliony dolarów [dla Gołoty byłby to drugi pojedynek z Brytyjczykiem, dla Granta pierwszy]. Miasteczko jest położone wysoko w górach, pięściarze często je wybierają. Big Bear położone jest znacznie powyżej 2 tys. metrów nad poziomem morza, zaś walka miała się odbyć na Boardwalku w Atlantic City, czyli na poziomie morza. I niestety, zbyt późno Andrzej z tego zgrupowania wrócił. Cztery dni przed walką.

Dlaczego? Przecież każdy wie, że ze zgrupowania wysokogórskiego trzeba wrócić około 10 dni - a nawet wcześniej - przed startem? Trener mu nie mówił, że trzeba wcześniej?

- Zna pan Andrzeja. Czy kiedykolwiek przekonał pan go do czegoś, na co on nie miał ochoty? Na przykład do wywiadu? To jest niemożliwe. Przede wszystkim Andrzej był tam ze swoim przyjacielem śp. Andrzejem "Pershingiem" Kolikowskim. "Pershing" przechodził w Kalifornii jakąś operację u doktora od oczu . Byli bardzo zaprzyjaźnieni, Andrzej był lojalny w stosunku do przyjaciela i nie chciał "Pershinga" zostawić samego w Kalifornii. Dlatego zwlekał z powrotem do Atlantic City do ostatniej chwili.

I właśnie to zdecydowało o przebiegu walki?

- Oczywiście. Przez pierwsze minuty Gołota miał olbrzymią przewagę, po dwóch nokdaunach Grant klinczował, przedłużał chwile odpoczynku, dlatego mocno przegrywał na punkty. Mówiliśmy Andrzejowi w przerwach, aby dalej spokojnie robił to, co robi. Byliśmy pewni, że walka nie potrwa długo. Ale w czwartej rundzie zaczęła się wojna. Widziałem, że Andrzejowi brakuje powietrza. W szóstej i siódmej rundzie zaczął poważnie obrywać, ale dzięki olbrzymiej przewadze z pierwszych rund wciąż prowadził.

W narożniku stali Bloodworth, pan i lekarz Joe Souza. Dlaczego nie było legendarnego trenera Gołoty z kilku najważniejszych walk - Lou Duvy'ego?

- Chyba już się z Lou rozstaliśmy, miał wielu innych pięściarzy i zajmował się nimi. Ale to akurat było dobre, bo Roggie jest idealnym sekundantem. Wychodzi z założenia, że dużo mówić trzeba na treningu, a w czasie walki nie ma na długie przemowy miejsca. Nie tak jak Buddy McGirt czy Sam Colonna, którzy gadają, gadają i gadają, czego pięściarz w takich chwilach nie rozumie. Wtedy trzeba krótko, dobitnie, głośno. Roger mówił w przerwach, żeby Andrzej wyprzedzał ataki rywala lewym prostym i nie cofał się, bo Grant jest "HBO home boy". Roggie uważał, że ponieważ Amerykanin był wtedy młody (miał 27 lat), uchodził za wschodzącą gwiazdę wagi ciężkiej i za ratunek dla notowań bokserskich programów HBO, Andrzej musi być przekonujący. Chciał, aby sędziowie nie mieli wątpliwości, kto wygrywa...

I nie mieli, Gołota wygrywał na punkty u wszystkich sędziów. Czy Roggie rozmawiał o tej walce z Adamkiem? Moim zdaniem ona idealnie pokazuje, jak nieustępliwym pięściarzem jest Grant. Że jeśli dać mu szansę, wykorzysta to dzięki niezwykłym warunkom fizycznym, na przekór brakom w technice. Kto chce go pokonać, musi ten pojedynek zobaczyć i zanalizować.

- Ja nie wiem, o czym Tomek i Roggie rozmawiali przez dwa miesiące treningów, ale jestem pewien, że nie zlekceważyli Granta, ostrzegał ich też prawnik firmy promotorskiej Main Events Pat English [kiedyś Grant był pięściarzem ze stajni Main Events - razem z Gołotą]. Grant to facet, który w każdym momencie życia mógłby wyjść do ringu i walczyć. Jest wzorem atlety. Nawet Tomek i Andrzej, gdy nie trenowali, to nabierali kilogramów. Grant jest jak wyżyłowany gladiator, ma świra na punkcie przygotowania fizycznego. A do Adamka przygotowywał się przepisowe sześć-osiem tygodni. Więc dla Tomka to na pewno nie będzie spacerek.

Czyli czeka pana kolejna walka i utrata z powodu nerwów kolejnych lat pięknego życia?

- Ja już sobie powiedziałem, że Tomek jest ostatnim pięściarzem z Polski, któremu pomagam. Zaczęło się od Gołoty - wsparłem go na prośbę przyjaciela z Chicago. Moi nowojorscy znajomi pomogli mu uwolnić się od niewolniczego kontraktu z menedżerem. Od tego momentu Andrzej zaczął zarabiać pieniądze, na jakie zasługiwał. Ale Tomek jest ostatni, więcej nie będzie.

Obaj są dla mnie jak synowie, nie wziąłem od nich nawet jednego procentu z ich zarobków. Pomagam im tak, jak mnie ktoś pomógł w 1973 roku, gdy jako 19-latek zaczynałem w USA od zera, kupując jedną limuzynę. Skończyło się na 18, na sprzedaży firmy, na kupnie nieruchomości, która teraz warta jest 20 mln dol., i zakładzie, który naprawia 80 samochodów tygodniowo. Już nic nie muszę robić. Teraz po prostu dziękuję Bogu, że im też się udaje, że w Ameryce udaje się Polakom.

Adamek dostanie po twarzy i nie będzie przyjemnie - mówi trener Granta  »