Maja Włoszczowska: O sukcesie, który urodził się w bólu

Mogę gdybać. Co by było, gdybym nie była chora w czerwcu... Co by było, gdyby na rundzie startowej połowa peletonu nie skróciła trasy... Wreszcie co by było, gdyby nie wypalały mnie wszystkie problemy Polskiego Związku Kolarskiego... - pisze dla Gazety Sport.pl Maja Włoszczowska, od piątku wicemistrzyni Europy w kolarstwie górskim.
Do obrony złotego medalu zabrakło dosłownie kilku centymetrów. Ale i tak to rewelacja. Jestem wicemistrzynią Europy!

Piątkowy wyścig w Hajfie zaczął się dla mnie bardzo niefortunnie. Na rundzie startowej po asfalcie czołówka - zgodnie z oznaczeniami - pojechała dookoła ronda. Tymczasem druga część peletonu skróciła sobie trasę. Teoretycznie wbrew znakom, ale też nie było żadnej taśmy zagradzającej drogę. Moim zdaniem to zagranie bardzo nie fair, ale nie ja jestem sędzią... W efekcie z miejsca w pierwszej ósemce wypadłam daleko poza dwudziestkę. Jeszcze przed wjazdem w teren wyprzedziłam kilka zawodniczek, ale i tak na trasę wjechałam "nasta".

Zaczęły się korki, zsiadanie z roweru itp... A czołówka odjeżdżała... Starałam się wyprzedzać rywalki, gdzie tylko się dało, ale na wąskiej i bardzo krętej trasie to zadanie arcytrudne. Kosztowało mnie to mnóstwo energii, ale udało się - pod koniec drugiego okrążenia doścignęłam prowadzącą trójkę: Evę Lechner, Kathrin Leumann i Esther Suss. Później zaczęłyśmy się tasować. Najszybciej odpadła Suss, ale za to z tyłu widać było goniącą nas mistrzynię olimpijską z Pekinu Sabine Spitz. Na czwartym okrążeniu udało mi się odskoczyć z Evą na kilkanaście sekund, na piątym chciałam jej odjechać, ale zaczęły się schody... Skurcze.

Czułam, że mam jeszcze energię w nogach, ale niestety. nie dane mi było z nich skorzystać. Gdy tylko chciałam mocniej przycisnąć, skurcz natychmiast blokował mi mięśnie łydek. Dogoniła nas Leumann, zaczęła nachodzić Spitz. Wówczas myślałam tylko o tym, by dotrwać do mety na medalowej pozycji. Gdy Szwajcarka zaatakowała, znów skurcz nie pozwolił mi od razu za nią pogonić, ale mocnym, równym tempem zrobiłam to na podjeździe. Włoszka została kilka sekund z tyłu.

Do mety tylko w dół i płasko. Wiadomo było, że o zwycięstwie zadecyduje sprinterski finisz, czyli to, co jest moją najsłabszą stroną. Zrobiłam, co mogłam, w ostatni zakręt weszłam z pierwszej pozycji, na prostej próbowałam przezwyciężyć skurcze. Dwa metry przed linią mety byłam jeszcze pierwsza. Na niej, niestety, druga.

Mogę teraz gdybać. Co by było, gdybym nie była chora w czerwcu... Co by było, gdyby na rundzie startowej połowa peletonu nie skróciła trasy... Co by było, gdybym finiszowała z nieco twardszego przełożenia... Wreszcie co by było, gdyby nie wypalały mnie wszystkie problemy Polskiego Związku Kolarskiego...

Może bym wygrała. A może bym była bez medalu? Przy wszystkich okolicznościach towarzyszących mistrzostwom Europy moje srebro jest cudem. Dlatego tak bardzo się z niego cieszę. Gdy przegrywa się o centymetry, pozostaje niedosyt. Tym bardziej - gdy dorzuci się do tego nieładne zagranie zawodniczek na rundzie startowej. No dobrze, koniec tego gdybania. A gdyby przed wyścigiem ktoś oferował mi srebro, brałabym w ciemno. Zrobiłam wszystko, co mogłam. Kolejny cel - mistrzostwa świata w Kanadzie na przełomie sierpnia i września.

PS: W drodze z Hajfy do Polski utknęliśmy w Tel Awiwie, tam piszę ten tekst. Noc zarwana i sześć godzin opóźnienia naszego lotu. Nie wiadomo, czy uda nam się dotrzeć w Kotlinę Jeleniogórską, dlatego pod znakiem zapytania stoi mój start w niedzielnych górskich mistrzostwach Polski na szosie w Podgórzynie. Bardzo ubolewać nie będę, bo ostatnią rzeczą, jakiej moje nogi w tej chwili pragną, jest wyścig, ale zawsze to miło startować blisko swojego domu...

Od redakcji: Maja Włoszczowska niespełna 15 godzin po podróży z Izraela wygrała w Podgórzynie górskie mistrzostwa Polski w kolarstwie szosowym.

Kolarstwo Górskie. Maja wicemistrzynią Europy »