Łokciem, kolanem, pięścią... Maja Włoszczowska przed MŚ MTB w Canberze

To nie przejażdżka rowerowa w parku. W wyścigu MTB nikt się nie cofnie, choćby to oznaczało, że rywal spadnie w przepaść, gdzie złamie sobie ręce, nogi i obojczyki. Wystarczy spojrzeć na Maję Włoszczowską - pisze z Australii Przemysław Iwańczyk.
Więcej na blogu Przemysława Iwańczyka »

Jej nogi są całe fioletowe od siniaków. Masażysta Mariusz Rajzer z precyzją jubilera omija bolące i pościerane miejsca. Delikatnie wklepuje tylko specjalny żel, który w ciągu kilku dni rozpuści krwiaki. Gdyby nie te okłady, nie byłoby mowy o kolejnym treningu ani o wtorkowym wyścigu drużynowym, gdzie Polska chce walczyć o piąty w ciągu ostatnich siedmiu lat medal mistrzostw świata.

Z przeciwniczkami Maja jeszcze się nie starła, siniaki są wynikiem tylko dwóch treningów na trasie mistrzostw świata w Australii. Jeden z nich zakończył się bolesnym upadkiem na ostre kamienie.

- Na każdym wyścigu zastanawiam się, po co mi to wszystko - mówi Maja. - Odpowiedź nasuwa się na mecie, kiedy przekraczam ją jako pierwsza i unoszę rower do góry. Dziękuję mu w ten sposób, że mnie nie zawiódł. Jestem szczęśliwa, widzę sens swojej pracy. Rany pozostają, ale się szybko goją.

Maja była zła, że po pierwszym treningu w parku Stromlo zrobiło się tak głośno po jej upadku: - Dostałam wiele SMS-ów z pytaniem, co ze mną, ale upadki są w kolarstwie górskim częste. Kontrolowałam upadek od początku do końca. Nie przeleciałam przez kierownicę, nie spadłam w otchłań, choć przyznam, że można tam sobie zrobić krzywdę. Są wyścigi, na których kolarze łamią sobie ręce, nogi obojczyki, tracą zęby. Bywają również sytuacje, kiedy ktoś na trasie traci przytomność, trzeba wezwać śmigłowiec i odwieźć go do szpitala. Mnie się nigdy coś takiego nie zdarzyło [Maja szuka miejsce, by odpukać w niemalowane]. Pięć siniaków czy zdarte biodro nie robi na mnie wrażenia.

Dla trenerów i fizjoterapeutów to jednak wielki kłopot. Każde zbicie mięśnia powoduje, że zaczyna on pracować gorzej. Że gdzieś podświadomie przy upadku będzie się oszczędzać poobijane miejsce. Kolarstwo górskie jednak nie znosi mięczaków, trzeba się zebrać i pojechać o godz. 10.30 na kolejny trening, a później perfekcyjnie przejechać wyścig po mistrzostwo świata. Maję czeka to w sobotę.

- Blokada psychiczna mija powoli, trzeba czasu, by dojść do siebie, by zdecydować się pokonać fragment trasy, na którym kolarz mocno się poobijał - twierdzi Andrzej Piątek, trener Mai w CCC Polkowice i reprezentacji Polski. - Nie ma innego wyjścia, Majka musiała spróbować już następnego dnia.

A tam znów walka ze sobą.

Maja: - Skoczyć przez kamienie, czy je objechać, narażając się na stratę kilku sekund. Podjeżdżam, patrzę, że inni skaczą, muszę zrobić to samo. Chcąc się liczyć w walce o medale, nie mogę odpuścić.

Wciąż jednak mówimy tylko o treningu. Na trasie wyścigu dochodzi stres, zmęczenie. Maja Włoszczowska skalne urwisko, które zapamiętały jej nogi i biodro, pokona przy tętnie 178 uderzeń na minutę. Trudność powiększą rywalki. Choć, chadzając po mieście w cywilnych strojach, wyglądają na kruche i subtelne istoty, na trasie zamieniają się w wyścigowe bestie. - Sabine Spitz, złota medalistka z Pekinu, nie zawaha się przed niczym - opowiada trener Piątek. - Kiedy będzie trzeba, wbije łokieć pod żebra, zepchnie rywalkę nawet w największą przepaść. Choćby ta miała się później zabić. Tak było na mistrzostwach świata w Fort William w Szkocji. Spitz zepchnęła Maję do rowu.

Maja bagatelizuje sprawę: - Poza trasą naprawdę się lubimy. Z niektórymi wysyłamy sobie maile, rozmawiamy. Ale nawet na te najbardziej zawzięte jest sposób. Trzeba je wyprzedzać w bezpiecznym miejscu, na wąskim odcinku trasy już tego nie zrobię.

Trzy medalistki olimpijskie z Pekinu - oprócz Mai i Spitz także Rosjanka Irina Kalentiewa - spotykają się co dzień na treningach na trasie wyścigu. Zajęcia każdej z nich przedłużają się nawet o kilka godzin, bo wszystkie kombinują, jak nie przejechać najtrudniejszych odcinków na oczach rywalki. Spitz czekała ostatnio na Kalentiewą przez blisko godzinę. Ta się w końcu spakowała. Przez skały nie skoczyła. Walka o medale mistrzostw świata zaczęła się grubo ponad tydzień przed decydującym wyścigiem.