Maja Włoszczowska niebezpiecznie upadła przed MŚ w kolarstwie górskim

Niebezpieczny upadek Mai Włoszczowskiej. Na tydzień przed mistrzostwami świata Polka spadła z dwumetrowego skalnego urwiska. Potrzebowała niespełna kwadransa, by się pozbierać i pokonać najbardziej zdradliwe miejsce na torze w Canberze. Ślady jednak zostały.
Najnowsze wieści z Australii na blogu  i na twitterze  Iwańczyka

Stłuczone oba biodra, odnowiona kontuzja prawego kciuka, lekko spuchnięte przedramię. - Spokojnie, nic się nie stało - zapewnia Maja, choć jest wyraźnie poirytowana pokazując głęboką ranę ciętą na kości biodrowej. Wszystko trwało najwyżej pięć sekund. To był jej pierwszy trening na trasie wyścigu mistrzostw świata elity, które odbędą się w przyszłą sobotę w Canberze. Kolarka CCC Polkowice długo wahała się, czy próbować już na pierwszym przejeździe pokonać dwumetrowe skalne urwisko przecięte wąskim schodkiem, na którym można oprzeć najwyżej stopę, najwyżej czubek koła.

Poszła na całość, mimo że wyraźnie deprymowały ją stojący nieopodal dziennikarze i rywalki. Za drugim razem upadła dość nieprzyjemnie, ze łzami w oczach powstrzymywała emocje. Mimo bólu zdecydowała się jednak zmierzyć z karkołomnym wyzwaniem. Poprosiła tylko, by nie robić jej zdjęć i nie kręcić kamerą. Została sam na sam ze swoim trenerem Andrzejem Piątkiem. Przejechała.

Niebezpieczny upadek Mai Włoszczowskiej


Na najostrzejszym i najbardziej niebezpiecznym kamieniu, jak Australia długa i szeroka, poległa za pierwszym razem mistrzyni olimpijska Sabine Spitz. Upadła jednak mniej dotkliwie, podparła się ręką, spadała z mniejszej wysokości. Dla Niemki druga próba była już udana. Trzecia z medalistek olimpijskich Rosjanka Irina Kalentiewa oglądała skalne urwisko blisko godzinę. Przymierzała do niego rower, cyzelowała, by na milimetry zmieścić się w idealne miejsce. Trafiła. Przeleciała, następne próby pokonywała z dużym spokojem. - Bo w kolarstwie górskim ważne jest przygotowanie, ale psychika jest najistotniejsza - tłumaczyła później Rosjanka. Kazała swojej młodszej koleżance z kadry pokonać tę przeszkodę, ale ta za każdym razem zatrzymywała się przed przerażającą - siedząc na rowerze - przepaścią. Niektórzy bali się stamtąd skakać nawet bez roweru.

- To nie jest trudna trasa, ale ten odcinek jest najważniejszy - tłumaczył później trener polskiej kadry Andrzej Piątek. Szkoleniowiec wiedział, że zwłaszcza kobietom trudno jest pokonać strach przed tym wyzwaniem. Dlatego tylko pytał: dziś, czy może spróbujemy jutro? Oczywiście można w te skały w ogóle nie skakać, ale objazdem traci się około ośmiu sekund. Na pięciu rundach (każda po 7-8 km) daje to 40 sekund straty. Na ryzyko decydują się tylko zawodnicy zdeterminowani do granic. Tacy, którzy przyjechali do Australii tylko po medal, bądź są żądnymi emocji facetami lubiącymi adrenalinę. Belgowie i Szwajcarzy po kilku dniach fruwali aż miło, mimo że jeden z ich kolegów przeleciał przez materace ochronne i wylądował plecami na dywanie usłanym ostrymi kamieniami.

Kolarstwo górskie jest dyscypliną szalenie niewdzięczną. Walczy się z rywalem, który nie szczędzi razów łokciami pod żebra, trzeba mieć wytrzymałość szosowca, a do tego pokonywać barierę strachu. Kontuzja w tym sporcie często eliminują na długo, rany goją się miesiącami i odnawiają w najmniej sprzyjającym momencie. Doświadczyła tego w piątek inna kolarka CCC Polkowice Magdalena Sadłecka. W zupełnie niegroźnej sytuacji straciła równowagę, uderzyła kolanem w kamień, krew znów trysnęła. To samo kolano rozbiła do mięsa na Pucharze Świata w Kanadzie cztery tygodnie temu. Na mistrzostwa świata jednak się pozbiera i spróbuje pomóc swojej liderce Mai Włoszczowskiej.

Lektura uzupełniająca: Nigdy nie wiadomo, jakie urwisko czeka na nas jutro »

Zobacz, jak polscy kolarze trenują w Australii >>


Więcej o: