Łukasz Kubot: Trzymam stronę Agnieszki Radwańskiej

- Mam fantastyczny sezon w deblu, ale wciąż nie skreślam singla. W Paryżu postaram się o niespodziankę - mówi Sport.pl Łukasz Kubot, który jest pierwszym Polakiem od 14 lat w turnieju głównym singla tenisowego Rolanda Garrosa. Kubot przeszedł eliminacje i w I rundzie zmierzy się z Serbem Viktorem Troickim. - Jeśli chodzi warszawską aferę wokół Agnieszki Radwańskiej, to trzymam jej stronę - dodaje Kubot.
Ostatnim zawodnikiem znad Wisły, który grał w Paryżu w turnieju głównym był Wojciech Kowalski w 1995 r. Polak przegrał wtedy w I rundzie w pięciu setach z Francuzem Guy Forgetem.

Kubot, który w rankingu ATP zajmuje 137. miejsce, podobnie jak Kowalski 14 lat wcześniej, skutecznie przedarł się do głównej drabinki przez eliminacje. W trzeciej, decydującej rundzie, po dramatycznym meczu, pokonał Brazylijczyka Thiago Alvesa (ATP 118) 4:6, 6:3, 10:8.

Jakub Ciastoń: Jak się czuje pierwszy Polak w singlu French Open od 14 lat?

Łukasz Kubot: Szczęśliwy, ale zmęczony. Mecz z Alvesem był niezwykle dramatyczny. Trwał trzy godziny, w końcówce obaj słanialiśmy się już na nogach. Obroniłem meczbola, rywal przełamał mój serwis, ale udało mi się odrobić stratę i wygrać. Wytrzymałem presję, postawiłem na atak, zaryzykowałem i opłaciło się. Kluczowe były moje dobre returny w końcówce.

Troicki to solidny rywal. Ma pan plan, co zrobić, by nie pójść w ślady Kowalskiego i awansować dalej?

- Z Viktorem znamy się dobrze, bo kilka lat temu byliśmy w singlu na zbliżonym poziomie. Graliśmy w tych samych challengerach, ale on potem niesamowicie wystrzelił, a ja koncentrowałem się na deblu. Będzie faworytem, bo jest w czterdziestce, gra w mocnej reprezentacji Serbii w Pucharze Davisa. Najważniejsze będzie mój serwis. Troicki to mistrz returnów, nie można dawać mu prezentów.

W 2006 r. miał pan już taką przygodę wielkoszlemową na US Open. Po przejściu eliminacji zatrzymał pana dopiero Dawidienko w III rundzie.

- Nie jestem sentymentalny. Nie patrzę za często w przeszłość, a w przyszłość też za daleko nie wybiegam. Nie patrzyłem nawet na drabinkę.

Ale jak to z panem jest, zawsze podkreślał pan, że woli korty twarde, a tu nagle wyskoczyła I runda Rolanda Garrosa, a kilkanaście dni temu singlowy finał w Belgradzie, też na mączce.

- To dzięki deblowi. Razem z Oliverem Marachem tworzymy od jakiegoś czasu duet na niezłym światowym poziomie. Gramy w dużych turniejach, trenujemy z zawodnikami z czołówki, podpatrujemy, uczymy się. Bardzo poprawiłem się technicznie. Moja gra nie opiera się wyłącznie na serwisie. Coraz częściej chodzę do siatki. Tu nie chodzi więc o lubienie, czy nielubienie nawierzchni. Jak masz większe umiejętności i doświadczenie, kort nie ma znaczenia.

Podczas Australian Open mówił pan, że skupia się na deblu. Może warto zmienić zdanie?

- Debel jest najważniejszy, ale nigdy nie mówiłem, że całkiem skreślałem singla. Zawsze, gdy nadarzy się okazja, próbuję grać w eliminacjach, choć trudno uwierzyć, by nagle moja kariera zaczęła się kręcić wyłącznie wokół singla. Mam już 27 lat. W deblu wygraliśmy w tym roku dwa turnieje ATP, byliśmy w półfinale Wielkiego Szlema. To są super wyniki.

Proszę coś opowiedzieć o turnieju w Belgradzie. W połowie maja jako pierwszy Polak od 26 lat doszedł pan tam do finału turnieju ATP.

- To były najbardziej zwariowane dni w moim życiu. Wszystko zaczęło się jeszcze tydzień wcześniej w Ostrawie. Odpadłem w ćwierćfinale i w ostatniej chwili zapisałem się do eliminacji do Belgradu. Do deadline'u brakowało jakieś pół godziny. Na kort w stolicy Serbii wyszedłem dwie godziny po lądowaniu samolotu. W trzecim secie pierwszego meczu kwalifikacji przegrywałem, ale jakimś cudem się uratowałem. W ostatniej rundzie przegrałem po walce z Dominikiem Hrbatym, ale ktoś się wycofał i wszedłem do turnieju jako lucky looser. Kolejny mecz musiałem grać tego samego dnia, bo w poniedziałek padało, ale znów pomogło szczęście, bo grałem z niedoświadczonym Serbem z dziką kartą. Potem była kontuzja Andriejewa, ale z Kristofem Vliegenem i Ivo Karloviciem musiałem już szczęściu pomóc.

Pokonanie Karlovicia to największy sukces w singlowej karierze? Facet ma 209 cm, serwuje jak armata, toczy wyrównane pojedynki z Federerem...

- Nie traktuję tego w ten sposób. Największym przeżyciem był dla mnie przegrany finał z Djokoviciem. 10 tys. ludzi na trybunach kortu centralnego, gram z gościem, który jest trzeci na świecie w stolicy jego kraju. Publiczność była fantastyczna, bo dopingowała bardzo fair. Wspierali mnie, doceniali, że gram 12 mecz w ciągu siedmiu dni [Ostrawa plus debel w Belgradzie]. Gdybym w drugim secie trochę lepiej serwował, mogło być różnie. Nie miałem już jednak siły. Schodziło ze mnie powietrze.

Djoković to po Nadalu najlepszy gracz na kortach ziemnych na świecie. W tym drugim secie napędził mu pan niezłego stracha.

- No właśnie. To było niesamowite. Okazuje się, że czasem znacznie trudniej jest przejść eliminacje, niż toczyć wyrównany mecz z trzecim tenisistą świata. Dodało mi to bardzo dużo pewności siebie.

Co sądzi pan o warszawskiej awanturze wokół Agnieszki Radwańskiej?

- Zawsze w takich sytuacjach trzymam stronę zawodników, bo wiem jak się sprawy mają. Szczególnie w Polsce, gdzie organizacja wielu spraw pozostawia wiele do życzenia. Byłem kiedyś w podobnej sytuacji. Obiecano mi dziką kartę do turnieju Orange Warsaw Open, ale potem się z tego wycofano. W Polsce ludzie w tenisie są nielojalni i jeśli czegoś nie masz na papierze, to nie możesz być pewny swego. Dyrektor turnieju nie powinien ujawniać prywatnego maila ojca tenisistki. Agnieszka wylała przez lata wiadra potu na treningach, jest teraz na pograniczu pierwszej dziesiątki na świecie i ma pełne prawo wymagać pewnych rzeczy. Uważam, że nic nikomu nie zawdzięcza.

Płacenie startowego to rzecz powszechna w tenisie?

- Tak. Ale o szczegóły proszę mnie nie pytać, zresztą nie znam dokładnie tej konkretnej sytuacji.

Najlepszy obecnie polski tenisista nie gra ciągle w reprezentacji na Puchar Davisa. Dlaczego?

- Wyjaśniałem tę sprawę już podczas Australian Open. Nie jestem obrażony na Polskę, ale uważam, że pewne sprawy w Polskim Związku Tenisowym nie są załatwione. Chodzi m.in. o wspomnianą sytuację z dziką kartą. Dopóki się nie zmieni kierownictwo PZT, to raczej grać nie będę, choć jestem w kontakcie z kapitanem Radosławem Szymanikiem. Rozmawiamy o różnych opcjach, nie wykluczone, że coś może się zmienić.

Kubot broni meczbola i awansuje do Roland Garros »