Franciszek Smuda: Lech jest takim samym faworytem jak Polonia, Legia czy Wisła

- Sprawa jest jasna. Mam być mistrzem Polski. Jeśli nie, to mam spier... - mówi trener Lecha Poznań Franciszek Smuda. W niedzielę jego Lech przegrał z Ruchem Chorzów
Dwaj Niebiescy zemścili się na Lechu »

Radosław Nawrot, Piotr Leśniowski, Andrzej Grupa: Gdyby nie szczęście, Lecha w ogóle nie byłoby w pucharach. Dostał miejsce po rezygnacji Dyskobolii.

- E tam! Ale bylibyśmy w Pucharze Intertoto. A tam było lepsze losowanie.

Przebilibyście się do Pucharu UEFA?

- Jasne, że tak!

A w meczu Lecha z Austrią? Czterdzieści sekund i byłyby inne nagłówki gazet...

- Bo tacy właśnie jesteście!

Taki jest wynik! To od niego wszystko zależy, nie od dziennikarzy. Jest pan trenerem, który ma w Polsce monopol na dramaty piłkarskie. Najpierw horror Widzew - Brondby, teraz Lech - Austria...

- Nie mam patentu, nie zatrudniają mnie na zasadzie: zrób nam tu dramaty. Nie programuję tego, ale żeby taki dramat powstał, trzeba umieć pomóc temu umiejętnościami. Gdy ich nie ma, o dramatycznym meczu w ogóle nie ma mowy. I trzeba być pazernym na wygraną, walczyć o nią do ostatniej sekundy. Nie spekulować, nie zadowalać się.

Co spowodowało, że Lech zrobił taki postęp? Cztery transfery z przerwy letniej?

- Ja to widzę tak, że dotychczasowi piłkarze Lecha, którzy pracowali ze mną dwa lata, zrobili tak duży postęp, iż mogli szybko wchłonąć tych nowych graczy i wprowadzić ich w nasz rytm gry. Podstawa lepszej gry to dotychczasowy skład. A jeśli znów zrobimy postęp i znajdziemy się na wyższym poziomie, to kolejni, coraz lepsi gracze jeszcze łatwiej się tu zaadaptują. I Lech będzie grać coraz lepiej po każdej rundzie, o ile nie zostanie rozsprzedany. Wtedy można się pokusić o większe sukcesy.

Przecież każdy zespół, który osiąga w Polsce sukces, zostaje rozsprzedany.

- Faktycznie, Widzew, Wisła, Legia...

Dziwi się pan? Jeśli przyjdą Turcy i położą 3-4 mln euro za Murawskiego, to Lech go nie sprzeda?

- Rosenborg Trondheim sprzedawał czołowych graczy, ale tylko wtedy, gdy miał na oku trzech kolejnych, których mógł ściągnąć w ich miejsce.

A pan już ma kogoś na oku za Murawskiego?

- Nawet o tym nie myślę! Jeżeli Lech chce osiągnąć sukces, musi powiedzieć "nie!" sprzedaży takich graczy. Przynajmniej jeszcze przez sezon.

Prezes Jacek Rutkowski też tak myśli?

- Niczego takiego nie deklarował. Mam nawet przeczucie, że jeśli będą oferty na najlepszych graczy Lecha, sprzeda ich. A to byłoby bardzo źle.

Są w Polsce piłkarze, którzy mogliby zastąpić Murawskiego?

- Raczej nie.

Rok temu też tak pan mówił, a jednak ściągnęliście Lewandowskiego czy Peszkę...

- Pojedynczych dobrych piłkarzy da się znaleźć. Nawet teraz, po obejrzeniu kilku meczów II ligi, mam na myśli pewne nazwiska. Z Lewandowskim było tak, że wystarczyło przeczytać w gazetach, kto strzela bramki w II lidze. Pojechałem, zobaczyłem i powiedziałem: kupujemy go.

Lech na pucharach chce zarobić. Nie chodzi chyba tylko o wpływy z transmisji i biletów, ale i ze sprzedaży graczy.

- Ja to rozumiem. Chodzi jednak o to, że gwarantuję, że ci piłkarze, których dzisiaj chcą nam podkupić, za rok nie będą gorsi. Będą lepsi. I cena też będzie wtedy lepsza. Przecież niedawno oglądałem mecz Boliwia - Urugwaj i słyszę, że jakiś zwykły gracz boliwijski jest wart 8 mln euro. No ludzie złoci! 8 milionów euro?! Przecież gdybym poszedł do Rutkowskiego i powiedział mu: "Kup mi Boliwijczyka za 8 mln euro", toby mnie kopnął w dupę tak, że bez samolotu poleciałbym do Krakowa. Ludzie w Wielkopolsce długo czekali na dobry zespół, a on wciąż jeszcze nie jest taki, jak by sobie wszyscy marzyli. W Polsce jednak jest tak, że gdy trener weźmie klub, to najlepiej gdyby nazajutrz był mistrzem, a następnego dnia - w Lidze Mistrzów. Nawet gdy słynny Ernst Happel przejmował kiedyś Hamburger SV, mówił, że za cztery lata prawdopodobnie będą sukcesy. Prawdopodobnie.

Pańskim zdaniem Lech rozwija się za szybko, za wolno czy w sam raz?

- Biorąc pod uwagę możliwości i finanse, które mieliśmy, tempo jest bardzo dobre. Co pół roku jest postęp. Na początku mieliśmy po 30 tys. euro na piłkarzy, teraz mamy więcej.

Czy prezes Rutkowski powiedział panu, że musi pan zdobyć mistrzostwo, by dalej pracować w Lechu?

- Tak mi powiedział. Jeśli nie będzie tytułu, to wypad. I to mnie najbardziej zabolało. Jeśli bowiem prezes widzi, że jest to budowa zespołu na zdrowych zasadach, na lata, bez korupcji i kantów, to nie powinien w ten sposób mówić. Powinien powiedzieć: budujmy dalej. Dać taki sygnał mnie jako trenerowi i kibicom. Kiedy słyszę takie ultimatum, to mnie to boli. I myślę sobie wtedy: dobrze, wobec tego ja już wiem, co mam dalej zrobić.

Co?

- Nie powiem. Prezes sam się zorientuje.

Chce pan podjąć drastyczne kroki jeszcze tej zimy?

- Teraz nie będziemy o tym rozmawiać. Na razie praca z tym zespołem jest wielką satysfakcją.

Awans do fazy grupowej Pucharu UEFA nie zmienił pana sytuacji w Lechu?

- Puchar UEFA to jest frytka. Sprawa jest jasna. Mam być mistrzem Polski. Jeśli nie, to mam spier...

Jeszcze pół roku temu mówił pan, że jeśli Lech wejdzie do fazy grupowej, będzie to ogromne osiągnięcie.

- Bo tak jest.

Do czego może dojść Lech teraz? Zostać najlepszą polską drużyną? Odnieść sukces w Europie?

- Na razie cieszę się, że mamy cztery dodatkowe mecze na poziomie dużo wyższym niż w Polsce. Tego nam najbardziej brakuje. Puchar UEFA jest zbawienny dla zbierania doświadczenia.

Przed walką o Ligę Mistrzów?

- Z punktu widzenia polskich zespołów pod względem sportowym między Ligą Mistrzów a Pucharem UEFA aż takiej wielkiej różnicy nie ma. Przecież wtedy z Widzewem też mogliśmy zamiast na Brondby trafić na Austrię Wiedeń. I mielibyśmy podobną sytuację jak w Poznaniu. Popatrzymy na niektóre grupy Pucharu UEFA i kto tam gra! Przecież niektóre grupy Ligi Mistrzów są słabsze!

Dziś trudniej jest zbudować dobry polski zespół niż wtedy, w latach 90.?

- Dużo trudniej. Choćby dlatego, że wówczas Widzew mogłem zbudować tylko z samych Polaków. Dziś dobry zespół musi mieć graczy zagranicznych, bo nie mamy w Polsce tylu odpowiednich graczy.

Ostatni pański tytuł to mistrzostwo z Wisłą Kraków w 1999 r. To cała dekada bez trofeum. Nie ma pan wrażenia, że świat panu w tym czasie uciekł?

- Zaraz, zaraz, a czy był przypadek, abym nie miał sukcesu tam, gdzie poszedłem? Stal Mielec - moja pierwsza praca w Polsce - była na ostatnim miejscu, gdy ją obejmowałem. Została uratowana. Widzew i Wisła - wiadomo. Odra Wodzisław była w końcu tabeli. Wydobyłem ją. Poszedłem do Lubina i Zagłębie poszło w górę. To jest przypadek?! Przecież nie mogłem z Zagłębiem czy Odrą zdobyć mistrzostwa. Po prostu nie zatrudniali mnie przed Lechem w klubach, które mogły po nie sięgnąć. Ale nie można powiedzieć, że nie miałem sukcesów. Mało tego, praca z zespołami, które walczą o utrzymanie, dała mi doświadczenie, nauczyła determinacji.

Co jest podstawą pańskiej filozofii gry? Szybkie tempo?

- Dobre przygotowanie fizyczne i umiejętności techniczne graczy.

I żadne 4-4-2...?

- Systemy możemy w trakcie meczu układać, jak chcemy. Dla mnie system gry jest istotny po stracie piłki, ale gdy jesteśmy przy piłce, nie ma on żadnego znaczenia. Wtedy ważne jest, aby przechytrzyć system obronny rywala. Zaskoczyć go. Wtedy znaczenie mają indywidualne umiejętności każdego z graczy.

To, co pan mówi, oznacza, że jeden słabszy piłkarz, jedno słabsze ogniwo powoduje rozsypanie całej układanki.

- Bo tak jest. Dlatego nie znoszę tych graczy, którzy nie włożą nogi albo których rywale przewracają jak chcą. Kiedyś nie miałeś szans istnieć jako zespół, gdy miał on dwa słabsze ogniwa. Teraz jedno to już za dużo. Zespół musi być jak jednolity blok przesuwający się po boisku. Nie do ruszenia.

A piłkarzy, którzy mają często kontuzje, pan skreśla?

- Nie, bo czasem to siła wyższa. Ja zresztą też taki byłem jako piłkarz. Co chwilę miałem kontuzję.

Nie lubi pan eksperymentować i wpuszczać na boisko młodych piłkarzy.

- Gdybyście zobaczyli tych młodych piłkarzy... naprawdę, proszę was, bez żartów... 12 lat byli szkoleni we Wronkach i musieliby uczyć się kolejne 12. Zasada jest taka, że bierzemy chłopaka na pół roku, rok. Nie sprawdza się - koniec.

A Peruwiańczyk Anderson Cueto? Miał być wielką gwiazdą Lecha. Też się nie sprawdza?

- On piłkarsko bije ich na głowę. Musi tylko wreszcie zrozumieć, że to nie jest "baby football", lecz piłka męska. Musi wydorośleć, a to już może stać się w styczniu.

Lech jest pretendentem czy faworytem do tytułu mistrza Polski?

- Takim samym jak Polonia, Legia czy Wisła.

Pan żartuje! Po 4:1 z Wisłą w Krakowie...?

- Ten mecz korzystnie się dla nas ułożył. Jesteśmy po prostu zespołem, który może walczyć o mistrzostwo.

Jak się pan czuje jako wizytówka polskiego futbolu w Europie, bo tak należy traktować obecność Lecha w Pucharze UEFA?

- Dobrze, bo to sprawia przyjemność tym 2 mln kibiców Lecha w Wielkopolsce oraz piłkarzom. Teraz na treningu nie muszę w ogóle krzyczeć. Chyba tylko na tych, którzy powielają błędy.

Nie krzyczy pan? Jeszcze nie tak dawno w Wodzisławiu ostro atakował pan dziennikarza "Gazety" i wyzywał od najgorszych tylko dlatego, że napisał, jakim składem ma zamiar grać Odra. Wiosną tego roku, podczas meczu z Dyskobolią, chciał się pan nawet bić z dyrektorem rywali Tadeuszem Fajferem.

- Z Tadziem sprawa jest już załatwiona. Wtedy się zdenerwowałem, bo zarzucili mi, że mam sędziów kupionych. A ja korupcji nienawidzę do tego stopnia, że aż mną wstrząsa. Wszystkie punkty i tytuły, które zdobyłem, są czyste jak łza. Poza tym są różne chwile przed meczem i w czasie meczu. Czasem emocje nie pozwalają nad sobą zapanować. Przed meczem jestem zawsze tak zdenerwowany, że kot mi przeleci przez drogę i już mam ochotę tego kota rozszarpać. No, taki jestem typ.

W trakcie meczu z kolei nie wiem nawet, czy jestem żonaty, mam brata czy siostrę. Amok zupełny. I wtedy nie cierpię, gdy mi ktoś podpowiada z tyłu. Józek Młynarczyk [trener bramkarzy w Lechu] raz tak zrobił, opieprzyłem go i już teraz siedzi cicho. A kiedy podpowiadają mi kibice, żebym np. zmianę zrobił, to dopiero się wściekam. Bo to ja wiem, co zrobić, aby było dobrze. Takie podpowiedzi burzą myśli. Tracę kontrolę nad meczem. Zupełnie jakbym nagle miał jakiś błąd w komputerze.

Po meczu natomiast cieszę się jak dziecko, ale krótko. Po sekundzie mi to mija i już zaczynam myśleć o tym, co dalej. Nie żyję tym, co było. Nie jadę latami na jednym koniu. I cieszę się, że taki mam charakter.

To u prezesa Drzymały nie mógłby pan pracować. On lubi zadzwonić do trenera z sugestiami.

- Chyba bym wtedy takim telefonem rzucił!

Jak to było z telefonem od prezydenta Kaczyńskiego po meczu z Austrią?

- No, był taki telefon!

Na komórkę do pana zadzwonił?

- Siedziałem w pokoju i czekałem na pomeczową konferencję prasową. Rozmawiałem z żoną przez telefon. Gdy skończyłem, telefon zadzwonił. Jakaś pani mówi: "Czy to trener Smuda?". To ja, że tak. A ona: czy mam chwilę czasu, bo chce mnie połączyć z prezydentem. Pomyślałem, że z prezydentem Poznania Ryszardem Grobelnym. Mówię sobie: cholera, czyli na mecz nie przyszedł, a teraz dzwoni? Czekam minutę, dwie... A ta kobieta odzywa się: "Proszę jeszcze o cierpliwość, bo prezydent zaraz podejdzie". I za chwilę słyszę w słuchawce: "Halo... Lech Kaczyński". Pomyślałem, że to głupi dowcip, ale głos był prezydenta. Sympatycznie mówił, dziękował za sukces i piękną grę. Mówił, że cała jego rodzina się zaangażowała w to spotkanie. Prosił, żeby przekazać gratulacje drużynie.

Boli pana to, że kibice w Poznaniu mocno pana krytykują?

- Przeciwnie! Nie mogli dla mnie zrobić nic lepszego! Właśnie tego potrzebuję, aby ktoś mi rzucił nawet kilka przekleństw. To mnie mobilizuje, by pokazać, że to droga, którą ja idę, jest słuszna. Uważam się za trenera niezależnego. Najgorsze, co szkoleniowiec może zrobić, to się uzależnić - od klubu, prezesa, kibiców, piłkarzy.

To nie jest też tak, że większość kibiców w Poznaniu mnie nie lubi i krytykuje. Kiedy idę przez miasto, wchodzę do sklepów i restauracji, zawsze jestem sympatycznie witany. Nigdy nie spotkałem niechęci wobec siebie w innym miejscu niż stadion. Inna sprawa, że takiej rozpoznawalności trenera i piłkarzy, jaka jest w Poznaniu, nie ma nigdzie. Wszędzie, na każdym kroku traktują nas tu jak gwiazdy.

Polscy trenerzy lubią się chwalić, na kim się wzorują, do kogo jeżdżą na staże. Pan się na kimś wzoruje?

- Nie. To, że jeździsz na staże, nic ci nie da, jeśli nie masz bezpośredniego kontaktu z trenerem. Wymiany zdań na temat tego, co robi się przez tydzień na zajęciach. Gdy tylko stoisz sobie za płotem i piszesz: biegną w prawo, w lewo, to tylko o dupę rozbić. Lepiej siedź w domu.

Byłem raz, bo potrzebowałem stażu do zdobycia licencji UEFA Pro. Ale pojechałem wtedy do mojego kolegi Christiana Grossa z FC Basel i prowadziliśmy razem treningi. To była wymiana doświadczeń. Dyskutowaliśmy: ja robię tak, a ja tak, ja bym zrobił to itd. To jest staż.

Propozycje dla pana z klubów Bundesligi to mit?

- Miałem oferty z Herthy, Rostocku, Cottbus. Jak byłem w Widzewie, to Grajewski wszystko torpedował. Rok temu była oferta z Cottbus, a z Erzgebirge Aue to dzwonili do mnie nawet w Wigilię w południe. Mówi, że dadzą Lechowi 200 tys. euro, żeby mnie klub puścił. Powiedziałem o tym prezesowi Kadzińskiemu, ale machnął ręką.

Ale papiery do prowadzenia zespołu w Bundeslidze pan ma?

- Naturalnie.

I chciałby pan zrobić z nich użytek?

- Co będzie, to będzie. Najgorzej, jak ktoś sobie układa scenariusz kariery, bo to do niczego nie prowadzi. Można się tylko rozczarować.

Nie ciągnie pana za granicę?

- Zastanawiać się można, jak będą propozycje. A ja żadnych CV wysyłał nie będę. Nie pamiętam, żeby praca sprawiała mi taką przyjemność jak w Lechu. Dlatego nigdzie mnie nie ciągnie. Jeszcze jedno: umawiałem się z prezesami Lecha, że gdybym miał kiedykolwiek odejść z Lecha, to albo w grudniu, albo w czerwcu. W trakcie sezonu nigdy bym nie zostawił zespołu.

Był pan wcześniej krytykiem Leo Beenhakkera. A teraz?

- Miałem do niego dystans, bo uważam, że obcokrajowiec nie jest najlepszym trenerem polskiej kadry. On nie będzie miał przed meczami nieprzespanych nocy.

Pan nie sypia?

- Przed Austrią czy Legią nie spałem. Dlatego po meczu z Legią spałem tak długo, że nie słyszałem budzika. Aż sąsiedzi walili w ściany, żebym go wyłączył.

Pan miał przecież oferty z zagranicy? Miał pan prowadzić np. kadrę RPA.

- Jeśli miałbym prowadzić jakąś kadrę, to tylko polską. Jestem Polakiem i tu się chcę sprawdzić. Zagranica mnie nie interesuje i nie interesuje mnie los tamtych reprezentacji. Dlatego uważam, że trener reprezentacji powinien być z własnego kraju.

Polacy wolą jednak słuchać trenera z zagranicy niż własnego.

- To pozostałości z dawnych lat. Kiedyś na polskim bazarze był ortalion polski i francuski. Ta sama fabryka go robiła, a Polacy i tak zawsze kupili ten drugi, tylko dlatego, że był zagraniczny. Sam handlowałem, to wiem. To wpatrzenie w zagranicę jest u nas chorobą.

Czuje się pan na siłach, by trenować polską kadrę?

- Dziś to jest niemożliwe. Wszyscy uwielbiają Leo. Poza tym na razie mam coś jeszcze do zrobienia w Lechu.

9. kolejka Ekstraklasy: Niespodzianki i zmiana lidera »