Kazimierz Górski o całym swoim życiu: Piłka to gra prosta

Ludzie mówią: Miał Pan szczęście, bo trafił na wybitnych piłkarzy. A ja odpowiadam: Szczęście to można mieć na loterii, a nie w piłce nożnej. Jak się szczęście zaczyna powtarzać, to już nie jest szczęście - mówił Kazmierz Górski
Robert Błoński, Dariusz Wołowski: Czy ma Pan nagrany mecz na Wembley?

Kazimierz Górski: Nie. Ale za każdym razem, jak go powtarzają, to oglądam. I widzę inaczej. Pytano mnie często, czemu Polska tylko się broniła. My nie chcieliśmy grać tylko pod swoją bramką. Ale przeciwnik był bardzo silny i zepchnął nas do obrony.

Cała filozofia w tym meczu polegała na tym, żebyśmy umieli wyjść z defensywy. I się udało. Strzeliliśmy gola, a potem były jeszcze dwie stuprocentowe okazje.

Co Pan czuł, kiedy Jan Domarski strzelał gola?

- Że stworzyła się szansa wygrania. Kto przewidział, że to my, a nie oni, pierwsi zdobędziemy bramkę? Trzeba pamiętać o atmosferze przed meczem. O tym, co pisała angielska prasa, mówiła angielska telewizja. Oni nie zastanawiali się, kto wygra. Pytanie było: Ile nam strzelą bramek. A najgorzej zdenerwowali się piłkarze, jak kilkadziesiąt minut przed meczem wrócili ze stadionu. Kibice zwyzywali ich od zwierząt, obrzucili puszkami. Myślę sobie: "Jest dobrze. Nie muszę ich mobilizować. Chłopaki będą walczyć". I tak było.

Na Wembley przekroczyliśmy barierę dźwięku w futbolu, bo awansowaliśmy do grona 16 najlepszych drużyn świata. W wypadku porażki może dalej byśmy dusili się we własnym sosie.

Niektórzy mówią, że miałem szczęście. Ja uważam, że szczęście to można mieć na loterii, gdzie kupuje się los i wygrywa. A nie w piłce nożnej, gdzie jest mnóstwo meczów. Nikt nie liczył, że nam się uda z Anglikami. Podobne nastroje były po losowaniu grup mistrzostw świata w 1974 roku. Rywalami byli Włosi i Argentyna. Dostawałem listy, w których radzono mi, byśmy nie jechali do RFN, bo szkoda na to pieniędzy. Ale sport ma to do siebie, że z góry nic nie można przewidzieć.

Czy Wembley to najsilniejsze przeżycie?

- Drugi taki moment to mecz z Brazylią o trzecie miejsce. Zaszliśmy bardzo daleko. Zespół miał dosyć wszystkiego. A tu taki mecz.

Już w tunelu, tuż przed wyjściem na boisko, przybiegł doktor Garlicki i mówi: "Gorgonia noga boli". Wysłałem Andrzeja Strejlaua, żeby sprawdził. Okazało się, że stoper rzeczywiście narzeka na kontuzję.

Zalała mnie krew. Dlaczego piłkarz tak późno zgłasza kontuzję? Gdyby zrobił to na odprawie, ewentualnie rozgrzewce, coś można by zaradzić. Ale my właśnie szliśmy na stadion. Więc ja na to: "G... mnie to obchodzi. Gorgoń gra". Wziąłem na siebie wielką odpowiedzialność. Strasznie ryzykowałem. Wstawiłem go wbrew wszelkim zasadom. Co by było, gdybyśmy przez niego przegrali? Zawodnicy mieliby ogromne pretensje. Ale ja znałem Jurka. To był straszny "cykorius". Wystraszył się, że Brazylijczycy go ośmieszą, pokręcą, strzelą gola i będzie, że przegraliśmy przez niego. Wolał uciec od odpowiedzialności. Nie wiedział, jak to zrobić, więc w ostatniej chwili zaczął symulować.

Działał Pan intuicyjnie.

- Ja nigdy nie bałem się przegrać meczu. Trener, który się boi, nie będzie szukał nowych rozwiązań.

Dlaczego nie robił Pan zmian na Wembley?

- Nie było potrzeby.

Piłkarze żartują, że z wrażenia zapomniał Pan, że można zmieniać zawodników.

- Na mój temat krąży wiele anegdot, nawet takich, które nigdy nie miały miejsca. Np., że "kiedyś, będąc trenerem Legii, wyjąłem z kieszeni kartkę ze składem i czytam, że zagra Kakietek. Zawodnicy na to, że Kakietka w Legii już dwa miesiące nie ma. A ja: Przepraszam, to nie ta marynarka". Tak nigdy nie było. Ale niech ludzie opowiadają, mnie to nie przeszkadza.

Niektórzy twierdzą, że Kazimierz Górski miał wielkie szczęście pracować z wybitnymi piłkarzami. Że wspaniałą reprezentację w latach 70. mógłby prowadzić każdy.

- To bzdury. Najpierw trzeba było znaleźć tych zawodników. Takiego Gorgonia, Tomaszewskiego, Musiała.

Pojechałem do Grecji, nie znałem języka, wpadłem w inne środowisko. I po pół roku z zajmującym na początku piąte miejsce Panathinaikosem, zdobyłem dublet. Można oczywiście powiedzieć, że miałem szczęście. Potem wywalczyliśmy Puchar Bałkanów, później mistrza i dublet z Olimpiakosem, Puchar Grecji z Kastorią. Też miałem szczęście? Tak?

Kiedy byłem trenerem, o moich sukcesach decydował rozum, umiejętność podejmowania pewnych decyzji. Ustalenie składu, taktyki, potem zmiany w czasie meczu.

Nie był Pan wielkim teoretykiem, strategiem futbolu.

- Przecież piłka nożna to prosta gra. Nie potrzeba do niej filozofii. Trzeba wiedzieć, co jest istotą. Ktoś powie: gole. A to nieprawda. Są tylko celem. Taktyka? Też nie. Ona jest do prowadzenia gry. Dla mnie istotą jest zwycięstwo.

Trener, który boi się przegrać, niech wypisze się z tego zawodu. Nie można nastawiać zespołu defensywnie. Zakodować zawodnikom nie to, żeby wygrali, tylko żeby nie przegrali. I później kibice oglądają wybijankę, bo remisik jest dobry. Nie tędy droga.

Jak to się stało, że zaczął Pan grać w piłkę?

- Jak wszyscy młodzi chłopcy grałem w szkole i na podwórku. Nie chciałem grać w klubie, ale koledzy nalegali. Nie wypadało odmówić. W wieku 15 lat trafiłem do RKS Lwów, który grał w lidze okręgowej. Przed wojną z okręgówki wchodziło się do ekstraklasy.

Aby grać w klubie, trzeba było jednak przejść badanie lekarskie. Byłem cherlawy i nie "wydmuchałem" tyle, ile trzeba w spirometr. Ze względu na małą pojemność płuc nie dostałem zgody lekarza na grę w piłkę. Za drugim razem dmuchał za mnie kolega.

Przezywano Pana "Sarenką"?

- Przed wojną młodzież ucząca się w gimnazjum nie mogła grać w klubie w piłkę. Jak kogoś przyłapano, wyrzucano ze szkoły. Trzeba było grać pod pseudonimem. Np. były trener reprezentacji Polski, nieżyjący już Michał Matyas miał pseudonim "Myszka". Ja byłem niski, szczupły, szybki, zwrotny. Świetny sprawnościowo, technicznie. Przezwisko dał mi ktoś podczas meczu ze względu na moje walory fizyczne. I gazety pisały później: Wyróżnił się "Sarenka".

Z jakim obecnie piłkarzem można by Pana porównać?

- Ciężko powiedzieć. Byłem bardzo szybki. Nie musiałem nikogo kiwać, zwodów robić. Kopałem piłkę przed siebie i biegłem. Na boisku wszystkich zostawiałem z tyłu.

Jak Pan wspomina wkroczenie Rosjan we wrześniu 1939 roku?

- Miałem 18 lat. Skończyłem gimnazjum i zastanawiałem się, co dalej robić z życiem? Tymczasem z zachodu od Przemyśla szli Niemcy. Ze wschodu Ruscy.

Bał się Pan Rosjan?

- Nie. Młody człowiek boi się niewielu rzeczy. Ale przyjemnie nie było. Czułem się bezsilny. Byłem patriotą. I nagle widzę, jak na czołgach wjeżdżają obce wojska. Rosjanie nie prezentowali się jak armia. To wyglądało fatalnie.

Jak było za okupacji radzieckiej?

- Zacząłem grać w piłkę. Nazwy polskich zespołów zlikwidowano. Zastąpiono je Spartakiem, Dynamem. Grałem w Spartaku. To był młody zespół złożony z byłych graczy Pogoni i RKS Lwów. U "ruskich" piłkarze mieli przywileje. Szanowali sportowców bardziej niż np. artystów. W sklepach nic nie było. A w klubie wszystko można było dostać.

W 1941 roku wkroczyli Niemcy.

- Skończył się sport. Przez trzy lata, nawet piłki nie kopnąłem. I jak dzisiaj słyszę, że ktoś po kontuzji nie gra rok i na nim kreskę się kładzie, to się śmieję.

Co Pan wtedy robił?

- Każdy gdzieś musiał pracować. Jak nie, to go wywożono. Ja pracowałem w warsztatach kolejowych. Rano szedłem na siódmą, wracałem po 18.

W lipcu 1944 roku znowu weszli Rosjanie.

- Znowu można było grać w piłkę. Tym razem trafiłem do Dynama. Ale pewnego dnia zobaczyłem, że z mojej ulicy nie ma już żadnego kolegi. Wszyscy poszli do polskiego wojska. Mnie nie brali, bo byłem piłkarzem. Głupio mi trochę było wobec kolegów, więc się zgłosiłem na ochotnika. Przychodzę do Dynama i mówię, że idę do armii. A kapitan na to: "Jak to, my cię nie zwolniliśmy". Ja odpowiedziałem, że sam się zgłosiłem. A on: "Job twoju mać. My cię z frontu ściągniemy".

Byłem w ósmym zapasowym pułku. Wytypowano mnie do szkoły oficerskiej artylerii. Wieczorem mieliśmy jechać już do szkoły do Chełma. A rano wyjazd odwołano, bo aresztowano kilkunastu generałów. Wśród nich tego, który i mnie wytypował.

W 1945 roku trafił Pan do Warszawy.

- Znów miałem zostać oficerem, ale szef sztabu zapytał, co robiłem za Sowietów we Lwowie. "Piłkarz? Nam takich nada. Nie pójdziesz do szkoły".

Dzięki temu, że w naszej drużynie grał m.in. dowódca batalionu, mieliśmy przywileje. Gdy inni szli na pola czerniakowskie na ćwiczenia, to my na Legię, "porządki robić" na zdewastowanym stadionie. Polegało to na tym, że na zupełnie rozkopanym bocznym boisku stały armatki przeciwlotnicze. Obsługiwały je młode Rosjanki, "Marusie". No i my sobie z nimi żartowaliśmy. Nic nie robiliśmy.

Pierwsze mecze drużyna WKS Warszawa [do nazwy Legia wrócono dopiero pod koniec 1945 roku - red.], rozgrywała w parku Paderewskiego na Pradze. Przez Wisłę przeprawialiśmy się łodzią, razem z nami orkiestra. Przychodziło mnóstwo ludzi. Stali wokół boiska. Kiedyś pamiętam, w meczu z Grochowem, sędzia niesłusznie nie uznał nam gola. Zaczęła się nerwówka. Kopaliśmy się po nogach. Aż wreszcie jeden z naszych kopnął rywala w tyłek. Ich kibice chcieli nas bić. Wtedy nasi, żołnierze, zaczęli strzelać. Ludzie uciekli. Dwóch piłkarzy Grochowa aresztowano. Wstawiliśmy się za nimi u dowódcy pułku. Puścił ich, bo inaczej by siedzieli. Więcej na Pragę nie jeździliśmy.

Kiedy rozegraliście pierwszy mecz na Łazienkowskiej?

- Pierwszego maja 1945 roku, kiedy jeszcze trwała wojna. Musieliśmy uczcić robotnicze święto. Graliśmy z Syreną Warszawa, klubem miejskim m.in. kierowców autobusów, motorniczych, choć przecież wtedy tramwajów nie było, bo po czym miałyby jeździć?

Po pierwszej bramce dla nas rosyjski pułkownik, szef klubu, woła kwatermistrza i mówi: "Dziś nada im dać po 100 gramów spirytusu". A to było wielkie wyróżnienie. Jak Syrenka wyrównała, pułkownik znowu zawołał kwatermistrza i powiedział: "Nie nada spirytusu". Wołał tego kwatermistrza jeszcze cztery razy, bo mecz zakończył się remisem 3:3. Później w kasynie oficerskim dostaliśmy jednak po stakańczyku. Nigdy wcześniej nie piłem tak mocnego alkoholu. Jak łyknąłem, to mało się nie udusiłem.

Piłka nożna zorganizowała Panu wojnę.

- Gdyby nie ona, to cholera wie, gdzie bym był. Ale na pewno nie w Warszawie. Prawdopodobnie poszedłbym do szkoły oficerskiej.

W 1946 roku zwolniłem się z wojska. Wojna się skończyła i rozwiązano pułk zapasowy. Nie wiedziałem, co robić dalej.

Rodzina była we Lwowie niemal do ostatniej chwili. Dopiero, kiedy brat dostał powołanie do radzieckiego wojska, to zdecydowali się wyjechać. Los rzucił ich do Szczecina. A ja zostałem w Warszawie.

Dobrze się Pan tu czuł?

- Tak, dlatego nie ruszałem się z Warszawy. Mimo kłopotów mieszkaniowych i propozycji z innych klubów zostałem. Odpowiadał mi charakter "warszawiaka". Ja jestem "lwowiak", ale od 53 lat mieszkający w Warszawie.

Czy gdyby była taka możliwość, wróciłby Pan do Lwowa po wojnie?

- Nie miałbym po co i do kogo. Nie miałem tam już rodziny. Pierwszy raz po wojnie byłem we Lwowie w 1985 czy 86 roku. Pojechałem tam z bokserem Michałem Szczepanem, też ze Lwowa, i Danielem Olbrychskim. Wieźliśmy paczki dla tamtejszej Polonii na Boże Narodzenie.

Na miejscu niby wszytko było takie samo. "Co jest", myślę sobie, "czyżbym zapomniał?". Ale nie, zawróciliśmy i taksówkarz mówi, że na miejscu dwupiętrowej kamienicy, w której mieszkałem, i trzech innych domów, które ruscy wyburzyli, postawiono technikum rolnicze.

Lwów wydał mi się ponury, odrapany, zaniedbany. Przed wojną liczył 360 tys. mieszkańców. Teraz jest dwa razy więcej. Rodowici lwowiacy wyjechali, a na ich miejsce przyszli chłopi spod miasta. Domy i ulice te same, ale atmosfera miasta inna. Byłem raz i więcej nie pojadę.

Czy myśli Pan czasem o Lwowie?

- Przypominam sobie dzieciństwo, ulice, którymi chodziłem do szkoły, biegłem na mecz podpatrywać Pogoń Lwów. Widziałem m.in. Ruch Chorzów ze słynnymi Wilimowskim, Peterkiem, Wodarzem. Pamiętam, że mecze oglądało się z "trybuny drzewnej". Jeździła konna policja i wdrapując się na rozłożysty kasztan, trzeba było uważać, bo policjant walił pałą po d..... Miejsca na drzewie były bardzo popularne. Na niektórych gałęziach były wyryte nazwiska.

Pamiętam Wilimowskiego. Takiego zawodnika jak on w dzisiejszych czasach nie widzę. Jak w polu karnym dostał piłkę, był gol. Cudownie trzymał piłkę przy nodze. Miał kiwkę. Nagle obrońca szedł w lewo, a on w prawo z piłką. To warto było zobaczyć. Podczas wojny grał w reprezentacji Niemiec. Jeśli mimo polskiego nazwiska czuł się Niemcem, to jego sprawa. Dzisiaj nikt nie patrzy na to, że ktoś przyjmuje obce obywatelstwo.

Wróćmy do pierwszych lat po wojnie. Co Pan robił po demobilizacji?

- Wtedy z piłki nie można było wyżyć. Graliśmy za darmo. Trzeba było normalnie pracować.

Ja "niszczyłem" prywatną inicjatywę. Od stycznia 1947 roku pracowałem w izbie skarbowej. Dostawałem pisemko i szedłem do wybranej firmy, żeby sprawdzać księgi podatkowe. Nie byłem srogi. Jak zresztą mogłem być, skoro zwykle właściciel częstował mnie "śniadankiem"?

Oprócz pracy trenowałem i grałem w Legii. Jak był mecz, to wyjeżdżaliśmy z Warszawy w sobotę po południu. Spaliśmy na miejscu i rano graliśmy mecz ligowy. W niedzielę wracaliśmy nocnym pociągiem i prosto z dworca szedłem do pracy. Tak jak większość kolegów piłkarzy.

Karierę skończył Pan w 1953 roku w wieku 32 lat.

- Przyszło dużo młodych. Zostałem asystentem trenera Wacława Kuchara, potem Węgra Jana Steinera. Podpatrywałem ich. Skończyłem kurs trenerów.

Odszedłem do Marymontu, który grał o wejście do II ligi. Pierwszy mecz graliśmy w Lesznie. Dwie godziny przed spotkaniem jemy obiad, obok mnie siedzi bramkarz. Przychodzi kelnerka z zupą. A on do niej: "Dla mnie zamiast rosołu setę czystej". Słucham, oczy wybałuszam i nie wiem, co robić. On spojrzał na mnie i mówi: "Trenerze, ja tak zawsze. Zamiast zupy seta". To ja mu na to, że tym razem nie wypije. Wstał od stołu i poszedł do baru. Ja za nim. Przy mnie wypił setkę. Miałem dylemat. Wstawić bramkarza po secie, który będzie widział dwie piłki, czy dać szansę niedoświadczonemu juniorowi? Wstawiłem "pijaka", wygraliśmy 3:2.

W poniedziałek na zarządzie klubu złożyłem rezygnację. Mówię, że ta drużyna to grupa drobnych pijaczków. A prezes Marymontu na to: "Wiemy, panie Kaziu. Ale walczymy o II ligę. Jak wejdziemy, zrobimy porządek". Po awansie odszedłem z Marymontu. Porządku nie zrobiono.

Robert Błoński, Dariusz Wołowski: Czy kiedykolwiek krzyczał Pan na swoich piłkarzy?

- Normalnie to ja jestem spokojny. Ale są momenty, że człowiek nie wytrzymuje. Wtedy bywałem ostry czy wulgarny.

Jak wspomina Pan mecz z ZSRR podczas igrzysk w Monachium, kiedy Andrzej Jarosik nie chciał wejść na boisko z ławki rezerwowych?

- Jakbym miał wtedy jakąś lagę pod ręką, tobym mu wpierd... Do przerwy Rosjanie byli zdecydowanie lepsi. Zamiast 1:0 mogli prowadzić trzema golami.

Po przerwie patrzę i nie wierzę. To inny, słabszy zespół. My gramy, a oni są jak związani. Jednak czas uciekał, a gola dla nas nie było. 20 minut przed końcem myślę sobie, że coś trzeba zrobić, wzmocnić atak. Mówię do Jarosika: "Andrzej rozbierz się". A on do mnie tak: "Teraz?". Krew uderzyła do głowy.

Kazałem przygotować się Szołtysikowi. "Zyga" wszedł, sfaulowali go, był karny i 1:1. Potem strzelił drugiego gola. To nam zrobiło mistrza olimpiady.

Co Pan powiedział Jarosikowi?

- Nic. Już więcej nie powołałem go do kadry.

Czasami jednak potrafiłem się opanować. Np. w finale turnieju olimpijskiego z Węgrami. Rywale są faworytem, ale jesteśmy równym partnerem. Tuż przed przerwą dostajemy gola po błędzie Kazia Deyny.

Idziemy do szatni, krew mnie zalewa. Ale zachowałem spokój. Powiedziałem, że mogło być 0:0, że Węgrzy nie są lepsi, mamy jeszcze 45 minut. Trzeba się zmobilizować i szybko wyrównać. I co? Tuż po przerwie jest 1:1, potem Deyna zdobywa swojego drugiego gola. Jak ja bym zrobił szum, tobym ich zdenerwował i by nie wygrali.

Kiedy najbardziej się Pan denerwował?

- Gdy lekceważyli to, co mówiłem. Robili po swojemu, czyli źle. Podczas meczu nie miałem kontaktu z zawodnikami. Ale miałem sposób, by przekazać wskazówki. Jak się nie układało, to ten, który jest faulowany, ma leżeć i się nie podnosić. Aż sędzia wezwie lekarza. Przez doktora i masażystę przekazywałem wskazówki.

W latach 50. i 60. było wielu świetnych piłkarzy, dlaczego polska piłka nie osiągnęła sukcesów?

- Był Pol, Brychczy, Cieślik, Gracz, Szymkowiak, Oślizło i wielu innych. Cała filozofia polegała na stworzeniu z tych indywidualności kolektywu. Może popełniano błędy w taktyce? Kiedyś graliśmy z Holandią. Remis dawał nam szansę. Graliśmy ośmioma obrońcami i straciliśmy gola parę minut przed końcem.

Ja zawsze miałem zasadę: najpierw strzelić bramkę. Jak jest 1:0, to wtedy mamy co bronić. I czekać ewentualnie na kolejnego gola z kontry. Mój zespół, jak panowie wiedzą, zwykle pierwszy strzelał gola. Od początku grał ofensywnie. Wolałem przegrać 2:3, a nie 0:1. Bo na czym polega piłka nożna? Na strzelaniu goli.

W latach 50. zaczynał Pan od prowadzenia kadry juniorów.

- Jeździliśmy na turnieje UEFA. Graliśmy we Włoszech, Hiszpanii i Luksemburgu. Zachód to był inny świat. W 1957 roku w Hiszpanii podczas meczu z gospodarzami do ławki rezerwowych podszedł polski ksiądz. Zapytał, czy może z nami usiąść? Pozwoliłem. Wszyscy się gapili: "Jak to, ksiądz z komunistami siedzi"? Potem ksiądz przyszedł do hotelu. Wypił pół litra z działaczami. Jak to zobaczył nasz hiszpański opiekun, powiedział, że hotelowy barek jest dla polskiej ekipy otwarty.

W 1960 roku wróciłem na trzy lata do Legii. Zdecydowały względy mieszkaniowe. Miałem żonę, dwoje dzieci i... pokój z kuchnią. Z Legii odszedł akurat jugosłowiański trener Bobek i dostałem jego mieszkanie na Świętokrzyskiej naprzeciwko Pałacu Kultury. Po mnie mieszkał tam Gmoch, do dziś Brychczy.

Później pracowałem z młodzieżówką, byłem asystentem Antoniego Brzeżańczyka w pierwszej reprezentacji, prowadziłem zespół olimpijski, a w 1968 znów młodzieżówkę. Z tamtej drużyny powstała później pierwsza reprezentacja. W ciągu trzech lat nie przegraliśmy meczu. W 1971 roku zostałem trenerem kadry.

Pamięta Pan przegrany 1:3 mecz z RFN?

- Prasa uznała za winnego porażki Jana Tomaszewskiego. A dla mnie większą odpowiedzialność za przegraną ponosi Jerzy Gorgoń. To on miał pilnować Gerda Muellera. Wystarczyło, żeby Jurek tylko stał koło niego. On jednak odpuścił, a ten karzełek strzelił nam dwa gole głową.

Jeżeli drużyna przegrywa, to znaczy, że trener miał złą koncepcję i coś trzeba zmienić. Taktykę albo zawodników. Ja zmieniłem zawodników, bramkarza, obronę. Razem pięciu czy sześciu. I następny mecz z Hiszpanią wygraliśmy na wyjeździe 2:0. Dzięki tej wygranej, w 1972 roku, pojechaliśmy na igrzyska do Monachium.

Czy miał Pan swoich ulubieńców?

- Nie miałem sympatii i antypatii. Szkoleniowiec, który wstawia ulubionego zawodnika, robi błąd, działa na swoją niekorzyść. Nie wierzmy zawodnikom z lig zagranicznych, którzy mówią, że nie grają, bo trener ich nie lubi, a faworyzuje innych. Jak nie gra, to znaczy, że jest słabszy od konkurentów, których nie brakuje.

W "Pana czasach" łatwiej było prowadzić kadrę, wszyscy najlepsi piłkarze grali w Polsce.

- I bardzo dobrze, że miałem ich na miejscu. Jeździłem i oglądałem. Miałem też swój system informacji. Po każdym meczu moi obserwatorzy w terenie - trenerzy, a nawet sędziowie - przysyłali mi meldunki. Oglądałem protokoły arbitrów i jak przy nazwisku był znaczek, to znaczy, że zawodnik się wyróżniał. Jak piłkarz wyróżnił się trzy razy, to wtedy sam jechałem go obejrzeć.

Mnie wystarczyło, że pewne nazwisko się powtarza w ocenach kilku ludzi. Robiłem listę rankingową. Pierwszy ten, drugi ten, trzeci ten. I jak pierwszy wypadał, brałem drugiego. Nie szukałem, bo byłoby za późno. Musiałem wiedzieć, który jest pierwszy, który piąty na liście.

Do rangi symbolu urosło Pana niegolenie się przed meczem.

- Nie goliłem się, jeszcze kiedy byłem zawodnikiem. Bo jak się spociłem, to mnie skóra piekła. To zostało, jak byłem trenerem. Kiedy przed meczem schodziłem zarośnięty na śniadanie, piłkarze mówili: "Trener nieogolony, dziś wygramy". To był chwyt psychologiczny. Trener nieogolony znaczy, że będzie dobrze. Może to przekonanie było chwilowe, ale było. Raz się ogoliłem. Przed meczem w Kielcach z holenderskim zespołem ligowym. Przegraliśmy 1:3.

Czy jest coś, czego Pan w swojej karierze żałuje?

- Za wcześnie skończyłem pracę z reprezentacją. Zostawiłem kadrę u szczytu kariery trenerskiej. W Grecji zdobywałem mistrzostwa, puchary. Passa trwała. A przecież cudotwórcą nie byłem. Umiałem się wpasować w nowe środowisko.

Jeden polski trener przyjechał do Grecji. Pomogłem mu znaleźć pracę. Ale on okres przygotowawczy zaczął od zajęć na siłowni. A widział pan kiedyś greckiego piłkarza ćwiczącego ciężarami? Oni tego nie lubią i nigdy nie robili. Drużyna zaczęła przegrywać mecze. Jerzego Kopę szybko zwolniono, mimo że miał kontrakt.

Dlaczego Pan zrezygnował z pracy z kadrą?

- Po MŚ w Niemczech miałem oferty z zagranicy. A działacze PZPN: "To my po to dawaliśmy ci ordery, żebyś teraz odchodził?". Zgodziłem się więc zostać do końca igrzysk w Montrealu. Drugie miejsce na olimpiadzie było niemal tragedią. Krytykowano zespół. Postanowiłem odejść, złożyłem rezygnację. Ja i czterech innych trenerów mieliśmy jechać do Kuwejtu. Nie doszło to do skutku przez działaczy. Nie było nikogo, kto wydałby mi zgodę na wyjazd. Poszli na urlopy. I szejk, który przyjechał po mnie do Warszawy, zdenerwował się. Wsiadł w samolot, poleciał do Pragi i wziął pięciu Czechów.

Za mecze reprezentacji zawsze były premie. Ja układałem listę i wpisywałem na nią siebie i asystenta Andrzeja Strejlaua. Ale jakiś urzędas wykreślał nas obu czerwonym długopisem. Na meczach kadry zarabiali wszyscy, nawet ci, którzy rozlepiali plakaty na mieście, tylko nie trenerzy. To też była jedna z przyczyn rezygnacji.

Kiedyś poszliśmy z Andrzejem do przewodniczącego GKKFiT. Pytam: "Panie przewodniczący, czy jeśli górnik wykonuje normę, dostaje premię"? "Tak". "A kierownictwo?" "Też". "A my, dlaczego nie"? "Bo nie ma przepisu". "To go stwórzcie". I na tym nasza rozmowa się skończyła.

Kiedyś pojechałem na Śląsk na mecz Ruchu. I prezes Ruchu Trzcionka pyta mnie, ile dostali piłkarze za wygrany 4:1 mecz z Holandią. "Dziesięć tysięcy złotych". "A Pan". "Ja? Nic". Po meczu idę na dworzec, a tu leci działacz Ruchu i daje mi kopertę od prezesa Trzcionki. Było w niej 10 tys. złotych.

Ta gorycz się zbierała. W końcu powiedziałem, że to pieprzę. I odszedłem.

Czy nie przeszkadzała Panu popularność?

- Zdążyłem się przyzwyczaić. Zazwyczaj było to miłe. Jeszcze niedawno, jak byłem w sanatorium, to szczególnie starsze panie wspominały MŚ '74. Dla nich to było wydarzenie.

Pamiętam, raz 80-letnia kobieta przysłała mi ręcznie wykonanych 20 serwetek. Ile to ją pracy kosztowało. Ale tacy byli ludzie. Znaleźli się też złośliwcy. Jeden gość przysłał mi przed MŚ list - 20 trumien. Na każdej wycięta z gazety głowa piłkarza i moja. Nie pokazałem tego piłkarzom.

Jaka była Pana największa porażka piłkarska?

- Tuż po wojnie, z reprezentacją Polski pojechaliśmy do Danii. Przegraliśmy 0:8. Zastanawiałem się, dlaczego dostaliśmy takie baty?

Dzień przed meczem trener Wacław Kuchar zrobił pokazowy trening. Dał nam ostro w kość. W meczu nie mieliśmy sił. Gole padały w ostatnich piętnastu minutach pierwszej i drugiej części meczu. Graliśmy w ustawieniu WM. A Duńczycy już innym systemem. Mieli dwóch świetnych skrzydłowych. Mijali obrońców jak chcieli. Jak minęli, to stoper Parpan szedł na skrzydło. I zostawiał wolny środek. Przegraliśmy taktycznie.

W 1958 roku podejrzałem na MŚ system "brasiliana", czyli 4-2-4. Wprowadziłem go, jako pierwszy w Polsce, w Legii w 1960 roku. Dwoma pomocnikami mieli być Strzykalski i Zientara. Mówię na obozie, o co w tym systemie chodzi, jak trzeba grać, ustawiać się. A tu nagle Strzykalski mówi, że on nie będzie grał. Dlaczego? Bo tego nie umiem. I gadaj pan z takim. Tak wyglądało w Polsce wprowadzanie nowinek taktycznych.

Systemem 4-2-4 grano do 1966 roku. Wtedy na MŚ Anglicy wprowadzili 4-3-3. Temu ustawieniu byłem już wierny do końca.

Czy to była dobra decyzja, że został Pan prezesem PZPN?

- Mówię zawsze: los tak chciał. Zgodziłem się na pół roku. Ale podczas wyborów była tylko jedna kandydatura, moja. Przeszedłem przez aklamację. Jak patrzę na to w tej chwili, to uważam, że byłem za miękki. Ale ja jestem zwolennikiem demokracji. I to było niedobre. Było parę decyzji, w których miałem odmienne zdanie, ale zarząd mnie przegłosował. Tak było np. w sytuacji, kiedy Legii zabrano mistrzostwo Polski.