Kazimierz Górski w 30-lecie remisu na Wembley: To tak niedawno...

Opatrzność czuwała, bo Anglicy cały czas bombardowali bramkę Tomaszewskiego, a Bulzacki i Szymanowski w ostatniej chwili wybijali piłkę z linii bramkowej. Widziałem to, stałem za bramką. Kiedy do końca zostały dwie minuty, z emocji wstałem z ławki i podszedłem do chorągiewki. "Dojdę, to się skończy" - pomyślałem.
Dariusz Wołowski: Na Wembley nad Panem i reprezentacją czuwała Opatrzność...

Kazimierz Górski: Ja panu powiem... Opatrzność czuwała, bo Anglicy cały czas bombardowali bramkę Tomaszewskiego, a Bulzacki i Szymanowski w ostatniej chwili wybijali piłkę z linii bramkowej. Widziałem to, stałem za bramką. Kiedy do końca zostały dwie minuty, z emocji wstałem z ławki i podszedłem do chorągiewki. "Dojdę, to się skończy" - pomyślałem. Ale nie, sędzia przedłużył, więc doszedłem aż za naszą bramkę. Tam się cały czas kotłowało. Aż wreszcie był koniec. Drużyna poznała swoją wartość i potem w każdej trudnej chwili myśleliśmy: "Przetrwaliśmy Wembley, przeżyjemy wszystko".

W przerwie pewnie były nadzwyczajne emocje?

- Tomaszewskiego bolała ręka, bo go Anglik kopnął, ale zdecydowałem, że będzie grał. Trochę wbrew zasadom, ale bałem się, że nierozgrzany Kalinowski nie da rady, a Tomaszewski bronił jak w transie. Zresztą nikogo nie zmieniłem do końca, bo wszyscy grali dobrze i wytrzymali psychicznie.

Minęło 30 lat. Spotyka Pan tamtych piłkarzy?

- Są rzeczy, przed którymi się nie ucieknie. Spotkaliśmy się w telewizji, żeby nagrać wspomnienia o Wembley. Tylko Deyny nie było. 30 lat? A ja czuję, że to było niedawno. Zresztą ludzie pamiętają. Dostałem właśnie w rocznicę alfę romeo [od Fiata Auto Poland - red.]. Nie potrzebuję tak drogiego modelu, ale auto się przyda, bo mam kłopoty z chodzeniem. Zdrowie jest, ale chodzę ciężko.