Sport.pl

Kolarstwo. Gehenna Włoszczowskiej w drodze na Everest

Po półrocznej przerwie spowodowanej koszmarną kontuzją wraca do sportu Maja Włoszczowska. Przy tak zmasakrowanej stopie zwykłemu śmiertelnikowi należałoby przyznać rentę.
Kiedy spotkałem ją na początku roku na konferencji prasowej, na której przedstawiała się jako kolarka górska nowej, zagranicznej grupy zawodowej, wyglądała jak zawsze - starannie wyprasowana bluzka, fryzura ułożona co do kosmyka, ręce idealnie złożone na stole. Kiedy wstawała, okazało się, że nie jest jak zawsze. Szła prosto, ale stąpała z uwagą, ostrożnie stawiając stopę przy każdej zmianie kierunku marszu. Każdy krok wydawał się pod kontrolą. Podejrzewam, że gdyby ktoś wystraszył ją zza pleców, nawet by nie drgnęła, nie chcąc niespodziewanie i bez kontroli odrywać nogi od podłoża.

A minęło już sześć miesięcy.

Na ostatnim przed Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie zgrupowaniu Włoszczowska wyjechała na trening. Chcąc uniknąć upadku, zeskoczyła z roweru i podpierając się, postawiła stopę na kamieniu. Na tyle niefortunnie, że skręciła staw skokowy. Właściwie pogruchotała go na miazgę.

Dr Krzysztof Ficek i jego asystenci z kliniki w Bieruniu przez kilka godzin dochodzili, co stało się z nogą najlepszej polskiej kolarki górskiej. - Kiepsko to wygląda, uraz jest dość duży, uszkodzone są kość i tkanki miękkie. Stopa Mai jest jakby rozerwana na pół - mówił mi wtedy dr Ficek.

Włoszczowska nawet z uśmiechem opowiada teraz o wszystkim. Wtedy wyła z bólu, nie pomagała nawet morfina. - Mimo tej traumy wydawało mi się, że tego samego dnia poskładają mi tę nogę, za trzy miesiące wyjdę na pierwsze treningi, a po pół roku nie będę już pamiętać, co mnie spotkało. Myliłam się - wspomina teraz najlepsza w historii polska kolarka.

Jak się później okazało, sam uraz był dopiero początkiem gehenny. Włoszczowskiej najbardziej daje się we znaki rehabilitacja. Nie taka znana Polakom z seriali o lekarzach przystojniakach, którzy w pięć minut stawiają na nogi obłożnie chorych pacjentów. To pięć, sześć godzin żmudnej i mozolnej pracy każdego dnia. Ruch za ruchem, napięcie mięśnia co kilka sekund ze stoperem w ręku, pierwsze kroki, pierwsze zgięcia poskładanej stopy, którym towarzyszy ogromny ból przy każdym dodatkowym geometrycznym stopniu ruchu.

- Na szczęście postępy widoczne były z dnia na dzień. A każdy wypracowany stopień zgięcia, każde nowe ćwiczenie, które mogłam wykonać, dodawało motywacji. Według prowadzących mnie lekarzy moja rehabilitacja przebiegała półtora raza szybciej niż u zwykłego pacjenta. Słysząc to, chciało mi się pracować jeszcze więcej. Ale początki były koszmarem. Nie tylko z uwagi na rehabilitację, ale też ze względu na uziemienie. Ja, osoba energiczna, niezależna, byłam zdana tylko na innych. Na nogę stąpnąć nie było można, pozostawały kule. Kiedy poruszasz się o kulach, odpadają ręce. A jak tu wziąć kubek z herbatą, nie mówiąc o bardziej skomplikowanych sytuacjach? Solidna lekcja pokory.

Myśleliśmy, że się zabiła

Akurat jeśli chodzi o kontuzje, Włoszczowska wyobraźnię powinna mieć bujną.

Cztery lata temu, tuż przed mistrzostwami świata w australijskiej Canberze, wyjechała na ostatni trening przed startem. Była zdecydowaną faworytką do złota, ale na zjeździe po stromym kamienistym zboczu zapomniała odblokować amortyzator. Kiedy to zrobiła, było już za późno - przeleciała przez kierownicę, roztrzaskując twarz o ostre skały.

Stojący na mecie ówczesny trener kadry Andrzej Piątek odebrał telefon z nieznanego numeru. Dzwonił steward, któremu wijąca się z bólu Maja podała numer do szkoleniowca. Później wszystko potoczyło się błyskawicznie - karetka, transport do szpitala, natychmiastowe prześwietlenia, zabieg.

Widziałem polską kolarkę kilka godzin po wypadku. Wyglądała na tyle źle, że zza zasłon lekarze innych specjalności oglądali ją jak zjawisko. Na jej twarzy właściwie nie było centymetra kwadratowego bez zadrapań, resztek żwiru i opuchlizny.

Trener reprezentacji Polski mówił później: - Myśleliśmy, że się zabiła. Uderzyła twarzą centralnie w skałę.

Dzięki kolejnym zabiegom Włoszczowska poza zgrubieniem na brodzie nie ma na twarzy żadnych śladów po tamtym wypadku. Przez kilka dni nie mogła jednak mówić, na moje pytania odpowiadała pisemnie.

"Jestem w takim stanie, że nie umiem o niczym myśleć. Marzę, by jak najszybciej dojść do siebie, móc porozmawiać, umyć zęby, zjeść normalny posiłek. Chodzenie też sprawia mi ból, nie mam pojęcia, kiedy wsiądę na rower. Chcę jak najszybciej, ale uraz w psychice pozostanie. Szczerze? Cały czas jestem w szoku, bo jeszcze nigdy tak mocno się nie uderzyłam. Byłam przekonana, że złamałam szczękę i mam wstrząs mózgu. Mam nadzieję, że mam przed sobą jeszcze długą karierę" - pisała na kartce.

Uraz został, ale adrenalina, jaka uderza do głowy podczas zawodów, resetuje traumę.

- Zaraz po upadku człowiek zastanawia się, po co mu to. Ale to szybko mija. Zostaje tylko pasja do sportu i frajda z jazdy oraz treningu. Szczególnie kiedy przekraczam metę, zwłaszcza jako pierwsza, wszystkie złe wspomnienia odchodzą. W sumie na 15 lat kariery miałam tylko dwa poważne upadki, wcale nie tak dużo - mówi Włoszczowska.

Trzy tygodnie po koszmarze w Canberze Polka sięgnęła po srebrny medal mistrzostw Europy w rowerowym maratonie.

Co chwila kubeł zimnej wody na głowę

Tym razem, choć poskręcana stopa wyglądała mniej przerażająco niż poharatana przed czterema laty twarz, o powrót nie jest łatwo. Godziny spędzone na rehabilitacji wcale nie idą w zapomnienie, a do celu wciąż daleko. Zdrowy człowiek skręca stopę na 45 stopni. Maksymalny zakres ruchu u Mai to 30 stopni. - Brakuje 15. To sporo, ale najważniejsze, że cały czas jest progres... - zamyśla się Maja.

Orzecznik lekarski, do którego dotarliśmy, ze względu na charakter jego pracy nie chce wypowiadać się pod nazwiskiem. Kiedy opisujemy mu przypadek Włoszczowskiej, uważa, że ograniczony ruch w podawanym zakresie kwalifikuje pacjenta do starania się o rentę.

Rehabilitanci z kolei, którzy pracują z kontuzjowanymi sportowcami, są przyzwyczajeni do pacjentów, którym wydaje się, że zaraz wrócą. A wracają nie po kilku tygodniach, ale po wielu miesiącach.

- Rehabilitacja to nauka pokory, a także samozaparcia - mówi Remigiusz Rzepka z kliniki Fizjofit. - Sportowcy zaś to osobny gatunek. Dostał się w nasze ręce chłopak trenujący siatkówkę. Uczestniczył w wypadku, w którym zginęli inni pasażerowie. Wpierw lekarze przekonywali nas, że nie ma szans na chodzenie przy tego typu uszkodzeniach. Postanowiliśmy pracować, przywracać go do sprawności w tym stanie. Nasz pacjent stanął na nogi. Później miał nie zrobić kroku, ale wspólnie pokonaliśmy i to proroctwo. Zaszliśmy tak daleko, że facet biega, wrócił do siatkówki. Trudno mi dotrzeć już do dokumentacji tego przypadku, ale pamiętam, że miednica pacjenta składała się z kilkunastu kawałków. Tylko twardziele chcą wrócić na szczyt.

Włoszczowska, która słynie przecież z cierpliwości, irytuje się jednak, wspominając, jak podczas sesji z rehabilitantami co chwila dostawała kubeł zimnej wody na głowę. - Myślisz, że zrobiłeś już kilka kroków do przodu, a tu nagle trzeba wrócić do poprzednich ćwiczeń. Nie masz siły, wiotkie mięśnie nie dają rady. Na rowerze podjazd, który był kiedyś ledwie zmarszczką, teraz staje się Mount Everestem. Ale już na ten Everest wjechałam. Od trzech miesięcy regularnie trenuję, obecnie na pełnych obciążeniach. Odbudowałam mięśnie, czuję moc w nogach, wróciła radość z treningu. Kto wie, może po tej kontuzji wrócę silniejsza? Robię teraz dużo więcej ćwiczeń, wzmacniam zaniedbane wcześniej partie mięśni, rozwijam się.

Kiedy już Maja zacznie się ścigać, musi wiedzieć, że z każdym startem ryzykować będzie tak samo.

Trener Piątek mówi mi: - Kolarstwo górskie jest sportem ekstremalnym, w który wkalkulowane jest wielkie ryzyko. Ktoś może się przewrócić, komuś może się coś stać. To świadomy wybór tych, którzy to kolarstwo uprawiają.

W tym sporcie wypadki są normą. Trudne trasy, walka ramę w ramię, czasem łokieć w łokieć. Zaraz na początku kariery, jadąc po medal mistrzostw świata w Fort William, Włoszczowską do rowu zepchnęła w ferworze walki bardziej utytułowana Niemka Sabine Spitz. Maja z pokiereszowaną ręką, zostawiając za sobą strugę krwi, dotarła do mety, ale o medal już nie walczyła. Zawodniczki wyjaśniły sobie sytuację i ścigają się dalej. W tym roku Włoszczowska nawet dostała propozycję jazdy w drużynie utworzonej przez Spitz.

Nic mnie nie powstrzyma przed powrotem

Nie tylko Włoszczowską dotykały kontuzje, którymi mogliby się chwalić przedstawiciele sportów walki.

Podczas zawodów Pucharu Świata w RPA inna czołowa kolarka górska z Polski - 20-letnia wówczas Paula Gorycka - przejechała rundy ze złamaną nogą. Wywalczyła drugie miejsce.

- Zwolniłam przed zjazdem, chciałam się podeprzeć, by nie stracić równowagi. Wtedy uświadomiłam sobie, że coś jest nie tak z moją kostką - opowiada Gorycka. - Płakałam z bólu. Blisko miejsca wypadku stał mój trener. Nie wiedział, co mi jest, krzyknął: "Wskakuj na rower, zaraz przejdzie!". Oczywiście posłuchałam. Na mecie miałam nogę jak bania. Wygrałam z sobą i z bólem, a walka była naprawdę ciężka. Sport czasem pokazuje nam, że nawet nie wiemy, jak wiele jesteśmy w stanie wytrzymać.

Gorycka wylizała się z tej kontuzji bardzo szybko. Uraz Włoszczowskiej jest nieporównywalnie większy, zatem i rehabilitacja dłuższa. Wszystko wskazuje na to, że niedługo dobiegnie końca. Pozostanie jednak bariera psychologiczna.

- Cieszę się, bo udaje mi się łączyć rehabilitację z pełnym programem treningowym. Nawet na narty biegowe się wybiorę, choć w grę wchodzi tylko mniej lubiany przeze mnie styl klasyczny. Rehabilitacja uczy cierpliwości, pokonywania ze spokojem każdego kroku. Do ścigania się jeszcze gotowa nie jestem. Do tego potrzebuję absolutnej pewności w stopie, ale to już tylko kwestia czasu. Liczę się z tym, że na początku mogę mieć opory psychiczne na zjazdach. To jednak nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz w mojej karierze. Po Canberze już po trzech tygodniach nie miałam żadnych lęków. Teraz też powinno pójść szybko. Mam już nawet za sobą treningi na rowerze górskim po lodzie - opowiada Włoszczowska.

Ale musi też wiedzieć, że nie wszystkim udaje się wrócić.

Sebastian Świderski, jedna z ikon polskiej siatkówki przełomu wieków, po fatalnych kontuzjach usiłował podnosić się kilka razy. 36-letni przyjmujący, który sięgał z juniorami po mistrzostwo świata, a w dorosłej siatkówce po wicemistrzostwo globu, w ubiegłym roku zakończył karierę. Przez siedem lat występował we włoskiej Serie A, w kadrze grał 298 razy, m.in. na igrzyskach w Pekinie.

- Jesteś w stanie zliczyć, ile kontuzji dotknęło cię podczas kariery? - pytam Świderskiego.

- Nie, nie liczyłem, bo gdybym zaczął, zapisałbym cały zeszyt.

- Lekarze gorzko żartują, że mógłbyś służyć za żywy model sportowca po przejściach w gabinetach ortopedycznych i nie tylko.

- No tak, zwłaszcza że nie były to tylko kolana. Mięsień czworogłowy nawet zrywałem, miałem poważne naderwania mięśni łydek, kontuzje kolan, szyi, kręgosłupa, nie sposób wymienić wszystkiego.

Co gorsza, większość urazów dopadała Świderskiego nie w czasie treningu, lecz w czasie meczów. Kibice doskonale pamiętają spotkanie kontrolne przed mistrzostwami Europy w 2009 r. Siatkarz próbował rozbić blok bułgarskiej reprezentacji, ale padł jak rażony. Mówił, że poczuł, jakby ktoś kopnął go w łydkę. Pękło ścięgno Achillesa.

Byłem świadkiem tego wydarzenia, podobnie jak kolejnego wypadku - sprzed dwóch lat. W meczu ligowym w Rzeszowie Świderski upadł na ziemię, złapał się za kolano i zaczął krzyczeć wniebogłosy. Dopiero telewizyjne powtórki pokazały, jak przy ataku Świderski usiłuje wyhamować prawą nogą przed linią. Już w wyskoku na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Jego koledzy z drużyny i przeciwnicy od razu złapali się za głowę. Kolano siatkarza wyglądało nienaturalnie, bo oderwał się od niego mięsień czworogłowy uda. Żegnany oklaskami Świderski w przypływie adrenaliny podziękował jeszcze kibicom brawami za wsparcie. Zdaniem lekarzy zwykły śmiertelnik zalałby się łzami i skomlał z bólu.

Kariera Świderskiego to właściwie dwa zazębiające się stany - gra i rehabilitacja. Zapewnia, że nigdy nie wracał dla pieniędzy. Po prostu zawodowy sportowiec powrót po najgorszym nawet urazie ma we krwi. - Wystarczy, że kocha się to, co się robi, i chce się dalej. Poza tym nie chciałem kończyć kariery pokonany przez urazy. Chciałem pokazać dzieciakom, że można wrócić, będąc nawet w najtrudniejszej sytuacji, a miłość do sportu potrafi przełamać wszystkie bariery i nic nie powstrzyma zawodnika przed powrotem - uważa siatkarz.

Maja najprawdopodobniej już niebawem wróci do pełnej sprawności. W nowej grupie powinna zaprezentować się jak najlepiej już w obecnym sezonie na zawodach o Puchar Świata, a na jesień na mistrzostwach globu. Tam chce odzyskać tytuł najlepszej z 2010 r. Na igrzyskach w Rio de Janeiro w 2016 r. też planuje skok po złoto. Wtedy jej stopa będzie już się skręcać na 45 stopni.

- Powrót po kontuzji jest dużo trudniejszy niż przygotowania do walki o medal. Wymaga dużo więcej pracy, dużo więcej cierpliwości, opanowania i pokory. Ale też jest dużo bardziej motywujący. Zwłaszcza gdy ma się tak fantastycznych kibiców jak ja. Codziennie dostaję e-maile o tym, że jestem dla ludzi motywacją, że skoro ja się nie poddaję, mam efekty i wracam do sportu, to oni też nie będą się poddawać. Po takich słowach nie straszna mi żadna praca, żaden trening, żaden ból. Dla nich chcę zdobyć w Rio to, o co nie dane mi było powalczyć w Londynie - kończy Włoszczowska.

Więcej o: