Jerzy Janowicz. Każdy serwis ma zrobić krzywdę

2 : 0
Informacje
ATP Paryż - II runda singla
Wtorek 30.10.2012 godzina 12:30
Wyniki szczegółowe
1 S
2 S
Wynik
J.Janowicz
7
6
2
M.Cilić
6
2
0
W poniedziałek Jerzy Janowicz po raz pierwszy w karierze wygrał z tenisistą z pierwszej ?20? świata. We wtorek wygrał z graczem nr 15. Teraz czas na rywala z absolutnego topu. - Pokonałem już dwóch graczy ze światowej czołówki, to znaczy, że mogę wygrywać z takimi zawodnikami - mówi Janowicz.
Łodzianin ten rok zaczynał jako 221 tenisista świata grając w turniejach rangi Futures. W tym sezonie wygrał trzy challengery, ale największym jego dotychczasowym sukcesem był awans do trzeciej rundy Wimbledonu. Podobnie, jak na rozgrywanym obecnie Mastersie w Paryżu Jerzy zaczynał grę od eliminacji.

Na US Open zagrał bez powodzenia odpadając w pierwszej rundzie. Tydzień temu był na 64 miejscu listy ATP (najwyżej w karierze), dziś jest 69. Punkty już zdobyte w hali Bercy dadzą mu awans w okolicę 55 miejsca. Ale Polak jeszcze turnieju nie skończył. Zapowiada walkę o zwycięstwo z Andym Murrayem. Wcześniej jednak Brytyjczyk musi się uporać Paulem-Henri Mathieu. Francusko-szkocki pojedynek w środę, a Polak dzięki temu, że jako pierwszy awansował do trzeciej rundy w końcu ma dzień odpoczynku.

Rozmowa z Janowiczem

Mariusz Rabenda: Cztery mecze, dzień po dniu pewnie sprawiły, że teraz czujesz solidne zmęczenie?

Jerzy Janowicz: Trochę zmęczenia jest, zwłaszcza, że każdy z tych pojedynków musiałem zagrać na 100 proc. umiejętności. Najpierw w eliminacjach, bo tylko to dawało szanse na awans, a potem - już w turnieju głównym - musiałem się wznieść na poziom nawet wyższy niż potrafię. Nie dość, że moi rywale to absolutna czołówka światowa, to na dodatek oni naprawdę zagrali dobre mecze. Musiałem non stop być maksymalnie skoncentrowany, a na dodatek bywały momenty, że trzeba było zacisnąć zęby i radzić sobie z bólem.

Jakaś dolegliwość?

- Mam problemy z barkiem.

Już podczas challengera Pekao Szczecin Open narzekałeś na bark. Kontuzja się odnowiła?

- Kłopoty pojawiły się jeszcze wcześniej, przed Szczecinem. Ale nie ma co narzekać. Są środki przeciwbólowe, trzeba sobie radzić.

Patrząc na wyniki twoich pojedynków z Phillippem Kohlschreiberem i Marinem Ciliciem, odnosi się wrażenie, że to były bardzo podobne mecze. W obu przypadkach pierwsze sety wygrywałeś po tie breakach, a drugie partie były łatwiejsze.

- Nie było łatwych momentów w tych meczach, a i same pojedynki były bardzo różne, bo rywale grają w dwóch innych stylach. Koncentrowałem się przede wszystkim na tym, by wygrywać gemy przy własnych serwisach i czekać na nieco słabsze momenty gry rywali. W obu przypadkach ta taktyka skutkowała.

Kluczem do zwycięstw było jednak wygranie tie breaka w pierwszych setach.

- Bo zwycięzca po takim secie zwykle dostaje dodatkowej motywacji. Gdybym przegrał tie breaka, potem każde potknięcie z tej klasy rywalami może skutkować przegraniem własnego gema a w konsekwencji meczu. Dlatego nie mogłem sobie pozwolić nawet na moment dekoncentracji, a każdy serwis musiał być wykonany na 300 proc. możliwości.

Jesteś zawodnikiem, u którego pierwszy serwis ma bardzo duże znaczenie. Dziś 87 proc. piłek z twojego serwisu dawało ci wygraną akcję. Na dodatek miałeś rewelacyjne statystyki drugiego podania - 71 proc. wygranych. Wczoraj także z drugiego podania 71 proc. piłek kończyło się twoją wygraną. Postanowiłeś z drugiej piłki serwować równie mocno, jak z pierwszej?

- Nie było mowy o odpuszczaniu żadnego serwisu. Drugi musiał rywalowi zarówno dziś, jak i wczoraj zrobić "jak największą krzywdę". Nie chodzi o to, by tylko trafić w kort. Piłki muszą być szybkie, a jednocześnie trudne i urozmaicone. Raz gram piłkę mocno rotowaną na bekhend, innym razem ciętą na forhend, albo mocnego kicka zagrywanego przez ciało.

Pewnie jeszcze kilka tygodni temu mogłeś jedynie pomarzyć o zwycięstwach z zawodnikami z pierwszej "20". Teraz masz dwóch takich na rozkładzie i w perspektywie bardzo prawdopodobny pojedynek z Andym Murrayem. Jakie myśli teraz kołaczą ci się w głowie?

- Murray to już absolutnie górna półka światowego tenisa. Teraz staram się odpocząć i jak najmniej myśleć o tym co będzie. Pokonałem już dwóch graczy ze światowej czołówki, to znaczy, że mogę wygrywać z takimi zawodnikami. Jeśli przyjdzie mi mierzyć się z Murrayem nie zamierzam niczego zmieniać w moim tenisie - koncentracja na 300 procent przez cały mecz i granie najlepiej jak umiem.

Żeby zagrać w turnieju głównym BNP Paribas Masters w Paryżu musiałeś przebrnąć przez eliminacje. Zawsze jest ryzyko, że ta sztuka się nie uda. Wielu tenisistów rezygnuje ze startu w kwalifikacjach po ogłoszeniu listy turnieju głównego.

- Ja gdy dowiedziałem się, że dostanę się do drabinki eliminacyjnej od razu zdecydowałem, że jadę do Paryża. Maiłem świadomość tego, żeby zagrać tu w turnieju głównym trzeba mieć ranking w granicach 45 miejsca. Mój - w okolicach 70. mógł, ale nie musiał wystarczyć do kwalifikacji. Jak widać warto było tu przyjechać.

Czyli za rok zagrasz w Paryżu od razu w turnieju głównym?

- [śmiech] Chciałbym, by tak się stało. Mam nadzieję.

Przed Pekao Szczecin Open mówiłeś, że masz do obrony 25 pkt. z poprzedniego roku i chciałbyś zdobyć trochę więcej. Zdobyłeś już 200 pkt. więcej. O tylu chyba nie marzyłeś.

- Policzę punkty po turnieju w Paryżu, teraz nie chcę sobie tym zaprzątać głowy.

To ostatni twój start w tym sezonie?

- Planowałem jeszcze challengera w Bratysławie, ale powiedziałem sobie, że jeśli wygram z Ciliciem - rezygnuję z Bratysławy. Wygrałem. Po Paryżu więc będą wakacje.

A przyszłoroczny kalendarz startów diametralnie różny od tegorocznego, kiedy zaczynałeś sezon od startu w futuresach.

- Wiadomo, że będę chciał grać jak najwięcej turniejów ATP i na nich się koncentrować. Początek sezonu jednak wcale nie musi być taki oczywisty. Żeby zagrać w Sydney w turnieju głównym trzeba mieć ranking w pierwszej "50". Mi na tę chwilę jeszcze trochę do tego brakuje.

Czyli musisz w czwartek wygrać Murrayem, by nie martwić się o Sydney.

- O właśnie. To najlepszy sposób. I tego się trzymajmy [śmiech].