Skoki narciarskie. Kamil Stoch: Łukasz, dziękuję!

- Nie poddaję się, walczę, pracuję, choć ostatnio zrobiłem kilka kroków w tył - mówi dwukrotny mistrz olimpijski Kamil Stoch. I wierzy, że dzięki temu nabierze rozpędu.
Co powiedziałbyś tym, którzy obwiniają odchodzącego z kadry Łukasza Kruczka za zły sezon?

- Mam do nich jedno pytanie: co oni w życiu osiągnęli, żeby oskarżać Łukasza? Jeśli osiągnęli więcej, niech krytykują.

Najgorszy moment tego sezonu?

- Kulm [Stoch przepadł tam w kwalifikacjach MŚ w lotach]. Wiadro lodu na głowę. Nie lodowata woda, ale sam lód.

Jak długo trwał niepokój, ile będzie trwał kryzys?

- Kilka chwil. Po powrocie do hotelu wszystko wróciło do normy.

W myśl słów taty, że trzeba sto razy przegrać, aby raz wygrać?

- Hmmm, muszę policzyć, ile tych porażek ostatnio było...

Masz za sobą miesiące męczarni?

- Nie. Cztery miesiące walki i pracy. Można je analizować, szukać błędów. Wielu byśmy się dokopali. Lato było okresem, w którym bezskutecznie pracowałem nad poprawą pozycji najazdowej. Tymczasem mogłem to sobie odpuścić na chwilę, zająć się rozwiązaniem innych kłopotów technicznych i wrócić do pozycji najazdowej później, kiedy pozostałe elementy byłyby utrwalone. No, ale to też jest lekcja, i zaprocentuje w przyszłości. Nie ma boleśniejszej, ale i lepszej nauki niż na błędach, które popełniamy.

Z wypowiedzi szefów PZN wynikało, że będziesz miał wpływ na wybór nowego trenera kadry.

- Tak, ale ostatnie zdanie mają działacze. Nie mogę wskazać nowego trenera kadry i już. Nawet nie chcę. Jestem zawodnikiem i moją rolą jest skupienie się na pracy, treningach, skokach, na tym, co mam zrobić po opuszczeniu belki. Ale jak mnie zapytali, to odpowiedziałem.

Gdy dowiedziałeś się, że Łukasz Kruczek odchodzi, przeszła ci przez głowę myśl, żeby stworzyć własny zespół, jak kiedyś Adam Małysz?

- Przeszła, ale bardziej ze względu na ludzi, którzy napierali, abym poszedł w ślady Adama, zrobił coś swojego i pracował sam. Nie jestem do tego stworzony. To zależy od charakteru. Od tego, jak człowiek lubi funkcjonować. Ja lubię być w grupie, czerpać z niej energię, i uważam, że grupa czerpie energię ode mnie. To jest jak transfuzja pozytywnych emocji. Doszedłem więc do wniosku, że lepiej będzie, jeśli zostawię wszystko tak, jak jest.

Kilka lat temu powiedziałeś, że jak Łukasz odejdzie, to ty skończysz karierę. Teraz jak zareagowałeś?

- Tamte słowa padły w zupełnie innej sytuacji. Teraz Łukasz przyszedł do mnie i powiedział, że potrzebuje zmienić tor życia, odetchnąć, popatrzeć na wszystko z dystansu. I ja go rozumiem, miał świetne uzasadnienie tego, co mówił. Nie jest to przecież decyzja innych, sam ją przemyślał. Tym bardziej nie chciałem ani jej podważać, ani na siłę zmieniać.

Od czwartku zastąpi go pewnie Stefan Horngacher. Rozmawiałeś z nim w Planicy podczas ostatnich zawodów w Pucharze Świata? Jak wrażenia?

- Ze Stefanem zazwyczaj są miłe rozmowy. Chyba że się czegoś czepia jako trener. Z czasów, gdy pracował w Polsce, wspominam go jako profesjonalistę. Ma bardzo trafne spostrzeżenia dla zawodników, podchodzi do każdego inaczej. Wie, czego skoczek potrzebuje. Potrafi wzbudzić zaufanie i szacunek. Może wnieść do reprezentacji nową jakość, świeżość, jak każda nowa osoba. Ale czy zaowocuje to wynikami, dopiero się przekonamy.

Chodzi o odbudowę drużyny, bo się pogubiła.

- To będzie praca wszystkich, bardzo ciężka zresztą.

Były osoby, którym zależało, aby zepsuć atmosferę w kadrze - tak mówiłeś...

- Bez komentarza.

Ale tych słów nie odwołujesz?

- Nie odwołuję. Są jednak sytuacje, które rozwiązuje się za zamkniętymi drzwiami. Dla dobra kadry musimy to zrobić sami, bez mediów.

Kończy się osiem lat pracy z Kruczkiem, naznaczone medalami igrzysk i mistrzostw świata.

- Łukasz był kluczowy. Może niejedyny, ale to on miał największy wpływ na moje sportowe życie. Byli inni trenerzy, sztab, który pracował nade mną równie ciężko, ale Łukasz był głównym zarządcą. Przeżyliśmy razem piękną przygodę, wszyscy na nią pracowaliśmy, ale dobiegła końca. Czas na inną podróż, każdy ruszy w nią na własną rękę - my, zawodnicy, i sztab, który zostanie. Łukasz pójdzie swoją drogą.

Z jakimi emocjami kończysz sezon? Rozgoryczenie, żal, nadzieja?

- Wszystkiego jest po trochu. Sporo emocji dobrych i gorszych. Z jednej strony żałuję, że sezon się skończył, bo widziałem że już, już, że niebawem, że jeszcze jeden, dwa skoki i wszystko ruszy tak, jak powinno. A z drugiej, dobrze, że się kończy, bo będzie czas na przeanalizowanie tego, co się stało, na wprowadzenie poprawek i pracę nad dobrymi skokami.

Czy tegoroczne niepowodzenie boli mocno?

- Zależy, jak ktoś podchodzi do sezonu takiego jak ten. Nie było w nim mistrzowskiej imprezy. Oczywiście MŚ w lotach, Puchar Świata, zawsze są cele, ale tym razem te mniejszego kalibru. Nie uważam, że sezon był tragiczny. Skończyłem go na 21. miejscu w PŚ, mimo załamania formy w niektórych konkursach walczyłem o dobre miejsca. A dla części kolegów był to lepszy okres. Stefan Hula, Dawid Kubacki, Maciek Kot mieli bardzo dobrą końcówkę zimy. Andrzej Stękała dobrze skakał, choć jest jeszcze tak naprawdę juniorem. To pokazuje możliwości grupy.

Na ile wzmacnia sportowca doświadczenie takiego sezonu jak ten?

- Wzmacnia, jeśli czuje się jedność. Dali mi ją kibice, ludzie, którzy ze mną pracowali, i rodzina; no, ale ona jest ze mną zawsze. Media miały swoje oczekiwania, ale nie napierały. I dały mi chwilę oddechu. To pokazało, że zbudowaliśmy przez ostatnie lata coś fajnego. Ale przede wszystkim wzmocnił mnie sztab szkoleniowy, który cały czas we mnie wierzył, jak miałem chwile zwątpienia czy słabości. Kibice różnymi drogami przesyłali słowa otuchy, motywacji. Ważne to było. Pozytywnie zaskoczył stosunek sponsorów, którzy może i mieli większe oczekiwania, ale po prostu podeszli do wyników ze spokojem, zapewniali, że wierzą, iż będzie lepiej, a sezon taki jak ten po prostu musiał się zdarzyć.

Wszyscy powtarzamy, że Kamil wróci, a ty?

- Też zadawałem sobie to pytanie, więc mam dziś gotową odpowiedź. Ja nigdzie nie odszedłem. Jestem. Nie poddaję się, walczę, pracuję. A to, że sezon był słabszy, nie oznacza, że następny nie będzie dużo lepszy. Powtarzałem w wywiadach, że chcę się rozwijać, a teraz mam doskonałą okazję do tego, bo cofnąłem się o kilka kroków. Pole do rozwoju jest. Teraz muszę odpocząć. Bardziej psychicznie niż fizycznie. Trener Kruczek i sztab zadbali o moją fizyczną dyspozycję, czuję się teraz tak jak nigdy w życiu. Gdyby technicznie skoki były lepsze, sezon wyglądałby inaczej. Oczywiście, taki sezon może się powtórzyć, ale wierzę, że następny będzie dużo lepszy.

Przyjemny moment sezonu?

- Z każdej sytuacji coś dobrego można wynieść. Nawet w najsłabszym okresie doświadczałem tego. Tak jak tutaj. Zająłem trzecie miejsce w mistrzostwach Polski, a kibice stoją na zimnie i czekają na mnie. Wierzą we mnie i motywują. Panowie ze mną rozmawiacie, jakbym wciąż był gwiazdą.

Trzeba teraz wszystko wyzerować?

- Nie. Nie ma sensu wyzerowywać. Praca, którą zrobiłem przez ostatnie miesiące, zaprocentuje, tylko trzeba coś dołożyć, coś odjąć, poustawiać. I ruszy. Najpierw jest jednak odpoczynek. Może nie będzie to zupełne zapomnienie, ale odcięcie się na chwilę od skoków i od myśli, co będzie jutro. Że muszę iść na trening, że muszę na nim coś ważnego zrealizować. Chociaż trenować będę.

Ostatnie zawody sezonu to były mistrzostwa Polski w Wiśle. Zdobyłeś brąz.

- Wysoki poziom, kilka skoków ponad 130 m. Musiałem wznieść się na wyżyny, aby dolecieć do podium. Ten ostatni konkurs był dla mnie tak trudny jak cały sezon. Widzę jednak światełko w tunelu, dla kolegów i dla mnie. Popełniając błędy techniczne, daję sobie radę w powietrzu i odległości są przyzwoite. Odbicie jest spóźnione, a jednak potrafię jeszcze ponad 130 m ulecieć. Potencjał jest więc ogromny.

A gdyby cofnąć czas do jesieni, to....

- Nie. Nie cofajmy czasu.

Wybierz z nami Królową Zimy!




Czy Kamil Stoch odbuduje się po słabym sezonie?
Więcej o: