Skoki narciarskie. Stoch: Nikt nie jest święty

- Nigdy nie musiałem walczyć ze sobą, by zwlec się z łóżka, pójść na trening, przypiąć narty i usiąść na belce. Skoki wciąż dają mi radość, wciąż nakręcają. Wierzę, że mogę być lepszy - mówi Kamil Stoch. Rozmowa z Kamilem Stochem, dwukrotnym mistrzem olimpijskim w skokach narciarskich
Radosław Leniarski, Dariusz Wołowski: Przed panem sezon bez igrzysk i mistrzostw świata. Kulminacją będzie Turniej Czterech Skoczni i mistrzostwa w lotach. Jak skoczek tak utytułowany znajduje motywację, gdy w puli jest do wygrania tak mało?

Kamil Stoch: Chciałbym wygrywać, najlepiej w każdym konkursie - to się nigdy nie nudzi. Ale motywację odnajduje się w radości z tego, co się robi. By poczuć frajdę w locie, medal, premia i uznanie nie są potrzebne. Nie twierdzę, że wciąż jestem jak dziecko, które pierwszy raz przypina narty dla zabawy. Ale przyjemność potrafiłem zachować. Tyle lat pracowałem na sukces, że teraz, gdy czuję się na siłach, by wygrywać, nie mam zamiaru zatrzymać się w pół drogi. Coś już osiągnąłem, ale wierzę, że mogę znacznie więcej. Dlaczego nie miałbym marzyć o wygraniu Turnieju Czterech Skoczni, o zdobyciu medalu w lotach czy Kryształowej Kuli? To są cele, które motywują, wymagają harówki i pełnej powagi.

Dlaczego TCS jest dla Polaków taki trudny? Wygrał go tylko Małysz.

- On jest trudny nie dla Polaków, tylko dla wszystkich. W dziesięć dni skacze się na czterech obiektach o zupełnie różnych wymaganiach technicznych. To duże obciążenie fizyczne i mentalne. Myślę, że wszystko rozgrywa się w głowie. W czasie Turnieju skoczek nie jest w stanie zmienić swojej formy fizycznej, może się tylko przełamywać.

Przed igrzyskami rewelacją TCS był Thomas Diethart. Pytaliśmy wtedy zaniepokojeni, czy nie boi się pan, że w Soczi to on będzie gwiazdą nr 1. Pan prosił, by spokojnie czekać. Skąd się brała ta pewność?

- Z doświadczenia i wiary we własne siły. Ja cenię siebie wysoko. Niezbyt wysoko, ale wysoko. Wiedziałem, co robię, wiedziałem, że szczyt formy zaplanowaliśmy na igrzyska. Oczywiście wynik to zawsze w jakimś stopniu loteria, w sporcie nie da się przewidzieć i zaplanować każdego kroku. Zwłaszcza w skokach. Ale mieliśmy wydarzenia pod kontrolą.

Tego lata podczas Grand Prix miał pan kłopoty. Dziwne: dwukrotny mistrz olimpijski, mistrz świata, zdobywca Pucharu Świata nagle zapomina, jak skakać? Nie może po prostu powtarzać tego, co robił wcześniej?

- Nie zapomina, jak skakać, ale czasem o centymetr inna pozycja najazdowa skutkuje skokami o kilka metrów krótszymi. Nie wiem, czy to piękno skoków, czy przekleństwo. Ten sport zna niespodziewane wzloty i upadki. Wielcy stawali się mali w jednej chwili, a mali - wielcy. Ja miałem latem problemy z pozycją najazdową i co za tym idzie - z techniką skoku, z odpowiednim kierunkiem odbicia. Na szczęście wszystko wyprostowałem tuż przed końcem sezonu. Ostatni konkurs był już po mojej myśli, zająłem szóste miejsce, a ostatnie tygodnie przepracowałem bardzo solidnie i ze spokojem czekam na zimę.

Nie da się powiedzieć o sezonie letnim, że jest równie ważny jak zimowy.

- Zawodnicy podchodzą do niego różnie. Jedni startują od początku do końca, inni skaczą mało, jeszcze inni w ogóle odpuszczają. Ja jestem zdania, że warto skakać latem na poważnie, bo zawody zawsze uczą nas więcej niż najlepszy trening. Skakanie pod presją jest bardziej kształcące. Dlatego sezon letni, o ile nie był dla mnie zbyt udany ze względu na wyniki, o tyle był udany, jeśli chodzi o zebrane doświadczenie.

Porozmawiajmy o lotach. Wszyscy Polacy mieli z nimi spory problem. Jeden medal MŚ Piotra Fijasa to mało. Nawet Adam Małysz nie potrafił okiełznać mamuta. Coś trzeba z tym zrobić?

- Przynajmniej trzeba wjechać na górę, zapiąć narty i skoczyć. Ja loty uwielbiam, dają mi wielką frajdę, zabawę. Ale obiecywanie medali dziś graniczyłoby z wróżbiarstwem.

FIS wprowadził kilka zmian w regulaminie. Kombinezony będą kontrolowane przed skokami. To dobrze czy źle?

- Dobrze. Trzeba się tylko przyzwyczaić, zaplanować czas, by przed skokiem poddać się kontroli. Zmniejsza się pole do manipulacji. Czym innym jest dozwolony wyścig technologiczny, lepsze kombinezony, narty, wiązania - czym innym naciąganie przepisów lub ich łamanie. Świętych wśród nas nie było, każdy próbował wykorzystać luki w regulaminie.

Czego panu życzyć w tym sezonie?

- By warunki były jak najczęściej równe dla wszystkich. By nie wiało za mocno, by konkursy nie były loterią. Ze wszystkim innym poradzę sobie sam.

Wielu skoczków i innych sportowców opowiada, że zbyt ostra rywalizacja prowadziła ich do depresji lub załamania nerwowego.

- Nie jestem tu autorytetem, sam nigdy czegoś podobnego nie przeżyłem. Miałem chwile zwątpienia, momenty trudne, ale nigdy nie musiałem walczyć ze sobą, by zwlec się z łóżka, pójść na trening, przypiąć narty i wbrew sobie usiąść na belce. Skoki wciąż dają mi radość, wciąż nakręcają. Wierzę, że mogę być lepszy, wciąż mam poczucie, że jestem bliżej początku niż końca sukcesów.

Został pan ambasadorem firmy Breitling - jako człowiek kochający latanie. Nie tylko na nartach.

- Lataliśmy właśnie szybowcami w Jeleniej Górze. Chciałbym się tym zająć w przyszłości, oprócz skoków. Jako urozmaicenie. Uwielbiam latać nie tylko z nartami, ale też bez nich: samolotami, szybowcami. Latanie daje mi poczucie niesamowitej wolności, spokoju, radości. Mam w planach kurs i zdobycie uprawnień na szybowce. Latałem ostatnio, siedząc za sterami, ale za mną siedział instruktor. Było super, choć mimo wszystko to jednak jak jazda małym fiatem w stosunku do latania myśliwcem wojskowym, który jest jak ferrari.

Kto jest pana faworytem, jeśli chodzi o sportowca roku w Polsce?

- Nie mam pojęcia.

Ale sukcesu Agnieszki Radwańskiej w turnieju Masters pan nie przeoczył?

- Oczywiście. Bardzo się ucieszyłem, należało jej się to w końcu.

Tenisiści zarabiają nieporównywalnie więcej niż skoczkowie.

- Nie mam z tym żadnego problemu.





Czy Kamil Stoch wygra nadchodzący sezon Pucharu Świata?