Skoki narciarskie. Kadra do Lillehammer, Stoch na stół operacyjny

Kamil Stoch, który był o krok od powrotu na skocznię. Ale zamiast tego przejdzie operację kostki. Dziś kadra skoczków wylatuje bez niego do Lillehammer. - Najbardziej boli serce - kręci głową nasz mistrz olimpijski.
W środę w Zakopanem wystarczyło spojrzeć na dwukrotnego mistrza olimpijskiego, by zorientować się, co się dzieje. Ok. godz. 10 biegał w pobliżu parkingu i z uśmiechem witał się z fotoreporterami. Po kontuzji nie było wtedy śladu. Półtorej godziny później wyszedł z domku przy skoczni i od razu było jasne, że ma problem. Szedł o własnych siłach, ale kręcił głową i wyraźnie kulał. - Możemy porozmawiać? - zapytaliśmy. - Chyba nawet nie ma o czym - odparł łamiącym się głosem.

Było o czym. Okazało się, że rano Stoch był gotowy, by wrócić do skakania, po niemal dwóch tygodniach przerwy, i w sobotę wystąpić w Lillehammer - po raz pierwszy w sezonie. Miał oddać dwa, może trzy próbne skoki i w ten sposób sprawdzić, czy z kostką jest już wszystko w porządku. Nawet to się nie udało. Podczas tzw. skoków imitacyjnych poczuł, że nie da rady nawet wyjechać krzesełkiem na górę Wielkiej Krokwi.

- Rano byłem na konsultacji i doktor powiedział, że wszystko się goi, mogę iść skakać. Ale radość nie trwała zbyt długo - rozkładał ręce Stoch. Do treningów próbował wrócić już w ubiegłym tygodniu. Efekt był wtedy taki sam. Najpierw nadzieja, a potem ból w kostce. - Chciałem oddać skok w bucie przypiętym specjalną taśmą, ale jak się odbiłem, coś gruchnęło i wszystko zaczyna się od nowa. Nie poskaczę. Ruchomość mojego stawu jest prawie zerowa, ale najbardziej boli serce - mówił Stoch.

Jeszcze niedawno mógł snuć plany obrony Kryształowej Kuli i walki o mistrzostwo świata, ale dziś musi się zastanawiać, czy w ogóle będzie na to szansa. W środę spod Wielkiej Krokwi Stoch pojechał na kolejne konsultacje lekarskie i tam się dowiedział, że tzw. leczenie zachowawcze nie ma już sensu. W czwartek skoczek przejdzie operację usunięcia chrzęstno-kostnej wyrośli. Optymistyczny scenariusz jest teraz taki, że jeszcze w tym roku wróci na rozbieg, ale to nic pewnego. Czy możliwy będzie występ w Turnieju Czterech Skoczni (28 grudnia - 6 stycznia)? - Cele Kamila będą musiały zostać zweryfikowane. Na pewno nie wróci, aż będzie w pełni zdrowy i da radę skakać na 100 procent - przyznaje Łukasz Kruczek, trener reprezentacji Polski.

Aleksander Winiarski, lekarz polskich skoczków: - Wydawało się początkowo, że obejdzie się bez zabiegu. Ale próby podczas treningu dały inną odpowiedź. Widać, że nie ma też poprawy i nie ma sensu, żeby próbował skakać, za duże ryzyko, ta kontuzja się odnawia. Dlatego zmieniliśmy strategię. Tracilibyśmy czas, zwlekając z operacją.

Nieobecność Stocha to największy, ale niejedyny problem. Po konkursach w Klingenthal i Kuusamo w kadrze zapaliła się czerwona lampka ostrzegawcza, bo Polacy lądowali dużo bliżej od rywali, nie tylko najlepszych. Jeszcze dwa dni temu nie było nawet pewności, czy w ogóle wybiorą się do Norwegii. Kruczek zastanawiał się, czy nie odpuścić, czy nie zająć się treningami, ale ostatecznie postanowił, że zabierze ze sobą Piotra Żyłę, Jana Ziobrę, Dawida Kubackiego, Klemensa Murańkę i Aleksandra Zniszczoła.

- Jest w nas sportowa złość, ale nie panika. Ostatnio skoki były pozbawione swobody. Tak jest, kiedy zawodnik chce wprowadzić jakiś nowy element, troszeczkę się usztywnia i od razu brakuje 5-10 metrów - tłumaczy Kruczek i zapewnia, że da się to szybko naprawiać: - By wszystko wróciło do normy, jedni potrzebują zaledwie kilku skoków, inni kilku dni.

Pomóc miało Zakopane. Każdy z naszych reprezentantów we wtorek i środę oddał na Wielkiej Krokwi po ok. 12 skoków. I każdy zapewniał, że wszystko wraca do normalności. - Nie jestem niespokojny o to, co będzie - mówi Apoloniusz Tajner, szef związku narciarskiego i były trener Adama Małysza. - W Zakopanem skoczkowie mieli ciszę i spokój. To w zasadzie jedyna skocznia poza Skandynawią, która jest przygotowana do skakania. Były świetne warunki, a kilka skoków powinno pozwolić naszym chłopakom wrócić na swój poziom. Odzyskują normalny rytm. W dwa dni oczywiście cuda się nie wydarzą, gdy trzeba na nowo budować formę. Ale oni musieli ją tylko przywrócić. Przed dwoma laty było podobnie. Wtedy początek był słaby, ale z konkursu na konkurs Polacy skakali coraz dalej.

- Jakie były skoki? - zagadnęliśmy Żyłę.

- No, dobre - wzruszył ramionami z typowym dla siebie uśmiechem. A kiedy przypomnieliśmy, że tymczasowo przejmuje rolę lidera kadry, machnął ręką: - E tam, liderem to bym był, jakbym miał na sobie żółty plastron.

W piątek Lillehammer pierwsze treningi i kwalifikacje. W sobotę i niedzielę konkursy indywidualne.

Poznaj żony i dziewczyny skoczków narciarskich [ZDJĘCIA]


Czy Stoch stracił już szansę na obronę Kryształowej Kuli?