Grant grozi Adamkowi: mogę być mistrzem świata

- Kilka razy ktoś przystawił mi do głowy mi pistolet lub nóż i coś mi zabierał... ?Na dzielnicy? gangi strzelały do siebie, ale ja stałem obok, strzegł mnie anioł - mówi Michael Grant, dwumetrowy były chórzysta i pianista kościelny, który w sobotę w nocy chce zbić Tomasza Adamka. Relacja na Sport.pl

Szybkość i stalowa szczęka - to przewaga Adamka w walce z Grantem

Trening Granta w pięknym, przeszklonym "Athletic and Creative Arts Club" - wśród ruder przedmieścia Newark wyglądającym tym piękniej - zaczął się w południe. Olbrzym najpierw skakał na skakance, widok sam w sobie sprawia wrażenie nierealności, a potem walczył z cieniem. W finale zajęć szkoleniowiec Amerykanina Eddie Mustapha Muhammed chciał chyba zrobić wrażenie na jedynym przedstawicielu polskiej prasy - zmusił zawodnika do wyprowadzenia kilkunastu kombinacji ciosów, więc pięściarz zrobił szalenie groźną minę i szarżował na Eddiego. Wyglądało nieźle.

Radosław Leniarski: Jest pan uważany za supertalent sportowy, co - obserwując pana na treningu - mogę tylko potwierdzić. Skąd ta wszechstronność w sporcie?

Michael Grant: - Urodziłem się z tym i pielęgnowałem. W Chicago, gdzie dorastałem, na ulicy i na boiskach non-stop graliśmy z chłopakami w baseball, kosza, w futbol. To było nasze wychowanie, wychowanie w sporcie. Jako chłopak z wielodzietnej rodziny, gdzie rodzeństwo zajmowało się właściwie same sobą, miałem sporo luzu. Mama ciężko pracowała, a ojciec zmarł, gdy byłem mały. Potem miałem nawet więcej luzu, bo starsi wyprowadzili się z domu i zostaliśmy z mamą i siostrą, która się urodziła, jak miałem trzy lata.

Czyli dzieciństwo nie wyglądało tak jak Mike'a Tysona, lub Riddicka Bowe, z gangsterami na ty?

- Też łatwo nie było, bo kilka razy ktoś przytknął mi pistolet lub nóż i coś mi zabierał...

Panu? Nie bał się?

- Nie zawsze byłem taki duży. Jak miałem 16 lat, mierzyłem 190 cm wzrostu i nie byłem najwyższy na ulicy. Ale potem im odskoczyłem.

Moja dzielnica nie była bezpieczna, też były gangi, które do siebie strzelały, ale ja stałem obok, strzegł mnie anioł.

Anioł stróż? Jest pan bardzo religijny, na konferencjach przewija się pańskie zdanie "Niech go Bóg błogosławi" wypowiadane pod adresem przeciwnika.

- Pięściarze są religijni, bo muszą czuć mocne oparcie, gdy wchodzą do ringu. W moim przypadku religijność wyniosłem z domu. Mama co niedzielę wysyłała mnie do kościoła. A że trzeba matki słuchać, zawsze robiłem co mi kazała. Śpiewałem w chórze kościelnym i grałem w kościele na pianinie. Co rano czytam biblię, nawet na zgrupowaniach [podczas wywiadu po konferencji prasowej w środę Michael indagował polską reporterkę TV, ile razy ona czyta Biblię i czy uczęszcza na coniedzielne msze - rl].

To chyba kilka oktaw obejmuje pan palcami na klawiaturze?

- Cóż... [Michael z uśmiechem patrzy na dłonie jak bochny chleba poligonowego). Przestałem grać. Teraz uczę grać moją córkę. Ale nie z nut, nie z książki, tyko z serca.

Dlaczego zaczął pan boksować? Podobno mógł pan przebierać w propozycjach z zawodowych lig...

- Kiedy miałem 19 lat, właśnie szło na 20, poznałem w Las Vegas Richarda Steele, tego słynnego sędziego, a wówczas menedżera prowadzącego bokserski klub. Gdy mnie zobaczył, powiedział: "Chłopaku, daję ci samochód, apartament w Las Vegas i tygodniówkę większą niż miesięcznie zarabia twoja matka". I jako gówniarz, który chciał pokazać, że jest coś wart, podpisałem kontrakt.

Wcześniej dostałem propozycję z baseballowej Kansas City Royals, żeby zacząć u nich trenować jako miotacz. Ale byłem już w koledżu, a ówczesne przepisy zabraniały uczniom podpisywania zawodowych kontraktów w baseballu. Zbyt późno dostałem propozycję z NFL, od Los Angeles Rams, ale poćwiczyłem trochę z nimi.

Jako obrońca? Bo chyba na skrzydłowego jest pan za duży.

- Pierwsza linia obrony. Najciężsi, najsilniejsi ludzie w Ameryce. Wtedy ważyłem 130 kg. Mam nawet teraz rozstępy (tu Grant pokazuje mięsień piersiowy, gdzie rzeczywiście widać wielkie rozstępy), bo w boksie musiałem schudnąć kilkanaście kilogramów.

Żałuje pan teraz decyzji o boksowaniu? NBA, NFL, MLB gwarantują wielkie pieniądze i sławę na wieki, w boksie jest niebezpiecznie, rywale chcą panu zrobić krzywdę...

- Bywało, że żałowałem. Ale od czasu pierwszych sukcesów już nie żałuję.

Pamięta pan walkę z Andrzejem Gołotą, pamięta pan pierwszą rundę, gdy leżał pan dwukrotnie na deskach?

- To był szok. Trafiliśmy się nawzajem w tym samym momencie, tylko że jego odrzuciło w bok, a mnie w dół. Byłem strasznie zły, napalony na niego. Pamiętam, że pewnej chwili trener krzyczy mi do ucha: "Siódma runda". "Co? Już siódma, muszę coś zrobić!" Żadnej nie pamiętałem, byłem w amoku.

A 10. starcia, w którym Gołota się poddał?

- Nie wierzyłem w to co widzę. Ale wiem, że i on i ja szliśmy do końca, widziałem, że jest wykończony. Ta walka i tak nie trwałaby wiele dłużej.

Przegrał pan z Lennoksem Lewisem przez nokaut, co zrozumiałe, bo był wielkim mistrzem. Ale jak to się stało, że znokautowali pana również Dominick Guinn, a Jameel McClin nawet w pierwszej rundzie?

- Zmieniałem trenerów, miałem kontuzje, byłem rozklekotany jako bokser. Ale musiałem zarabiać pieniądze. Stąd te nokauty. Kiedy jednak biłem się z Lewisem [2000 rok], miałem podobną moc do niego, czy do Kliczków. Ustępowałem im tylko doświadczeniem. A teraz mam doświadczenie, zaś jeśli porównasz Lewisa lub Kliczków z Adamkiem, to niestety dla niego, ustępuje im, nawet Gołota bił mocniej. Zresztą, oprócz Lewisa, najmocniej - tak to czuję. Adamek to nie ta klasa.

Myśli pan, że wciąż stać pana na tytuł mistrza świata?

- Bracia Kliczko są do pokonania. David Haye również. Adamek też. Więc dlaczego nie ja.

Tajemnicze urządzenie i super cios Adamka  ?

Więcej o: