- To zwykły oszust. Ma włosy postawione do góry tylko dlatego, by nie było widać jego diabelskich rogów - mówił o nim Witalij Kliczko. Andrzej Gołota tłumaczył, że to "król czarodziejów i największy złodziej w boksie". A polskich dziennikarzy bajerował niczym poeta. Don King w wieku 92 lat ma na koncie kilkaset walk o mistrzostwo świata, ale też wiele zniszczonych karier i dwa morderstwa.
1954 rok. W Polsce trwają huczne obchody dziesięciolecia Polski Ludowej, a mistrzem bokserskim w wadze ciężkiej po raz czwarty zostaje Antoni Gościański z CWKS Warszawa.
W tym samym roku w Stanach Zjednoczonych trwa pierwsza kadencja rządów generała Eisenhowera. W kraju najpiękniej boksują Sugar Ray Robinson czy Bobo Olson, ale 23-letniemu Donaldowi Kingowi nie śni się jeszcze kariera promotora. Na razie jest raczkującym biznesmenem w rodzinnym Cleveland. Ale szybko los wikła go w tarapaty. Gdy trzech rabusiów napada na jego kasyno, Don wyjmuje broń. Strzela trzy razy w kierunku jednego ze złodziei - Hillary'ego Browna. Trafia prosto w plecy. Naboje okazały się śmiertelne.