"Obrabowali mnie". Największy przekręt w historii? "Cały świat wie"

Bartłomiej Kubiak
- Nie wierzę! Obrabowali mnie. Kontrolowałem całą walkę. Wygrałbym ją nawet z opuszczonymi rękami - wykrzykiwał wzburzony Lennox Lewis, który pomimo całkowitej dominacji na kartach punktowych tylko zremisował z Evanderem Holyfieldem. W niedzielę mijają 23 lata od walki, która do dziś uznawana jest za jeden z największych przekrętów w historii boksu.

Stawką był tytuł niekwestionowanego mistrza wagi ciężkiej, ale walka toczyła się o coś więcej. To był schyłek lat 90., wciąż jeszcze trwała piękna epoka w dziejach zawodowego boksu, więc bezdyskusyjny mistrz królewskiej kategorii wagowej wchodził na szczyt światowego sportu. Ważne było też miejsce odniesienia tego triumfu - zaplanowana na 13 marca 1999 roku walka odbywała się w nowojorskiej hali Madison Square Garden. Stolica świata, olbrzymie zainteresowanie, najwyższy poziom sportowy i dwóch gladiatorów.

Zobacz wideo Kliczko walczył przez całe życie. "Teraz chwycił za broń i stanął do obrony Kijowa"

twitter.com/Buckarobanza/Bracia Kliczko nawołują do bojkotu hitowego pojedynku. "Każdy musi być ukarany"

"Gdybym tylko mógł wam pokazać, kto do mnie dzwonił"

Z jednej strony 33-letni Lennox Lewis, mistrz federacji WBC, który wygrał 34 walki, z czego 27 przez nokaut, a przegrał tylko raz. Z drugiej o trzy lata starszy Evander Holyfield, kładący na szali pasy WBA i IBF, mający 36 zwycięstw, 25 nokautów i ledwie trzy porażki. A wokół nich 21 284 widzów w Madison Square Garden - m.in. burmistrz Nowego Jorku Rudy Gulianii, aktorzy Jack Nicholson, Denzel Washington i Robert de Niro, rockmeni Mick Jagger i Keith Richards, syn byłego prezydenta John Fitzgerald Kennedy jr. i przyszły prezydent USA Donald Trump.

Lista grubych ryb, która oglądała tę walkę na żywo, była naprawdę długa. Ale tamtego wieczoru w Madison Square Garden chciał być każdy. Za wejściówki, których ceny zaczynały się od stu dolarów i których rzecz jasna nie było od dawna, w przeddzień walki na czarnym rynku trzeba było zapłacić nawet 10 tys. dolarów. - To niesamowite, komu musieliśmy odmówić biletów. Gdybym tylko mógł wam pokazać, kto do mnie dzwonił w ostatniej chwili, nie uwierzylibyście - w rozmowie z dziennikarzami ekscytował się Dave Checketts, szef Madison Square Garden. Hali, która - warto podkreślić - w drugiej połowie lat 90., miała też gorszą prasę.

Wszystko przez to, co stało się dwa lata wcześniej po walce Andrzeja Gołoty z Riddickiem Bowe'em, kiedy pojedynek obu pięściarzy zakończył się największą bokserską bójką XX wieku. I to dosłownie, bo tłukli się wtedy wszyscy. Nie tylko Gołota z Bowe'em, ale także kibice na trybunach, którzy ruszyli na siebie z pięściami po tym, jak sędzia Wayne Kelly na pół minuty przed końcem siódmej rundy zdyskwalifikował Polaka za ciosy poniżej pasa.

Ale Madison Square Garden to wciąż była marka. Wyjątkowe miejsce dla boksu, co potwierdzić miała walka Holyfielda z Lewisem. - Las Vegas to zwykły plac zabaw dla dorosłych. Nie ma tam takiej atmosfery, jaka jest w Nowym Jorku. To tutaj jest epicentrum podniecenia - tłumaczył Lou DiBella, wiceprezes telewizji HBO Sports, która nabyła prawa do transmitowania tej walki.

W tle wojna na Ukrainie, na małym zdjęciu Aleksandr Powietkin i Władimir Putin"Meldoniumowy Sasza". Wielbiciel Putina stracił rozum i pokazał prawdziwe oblicze

Holyfield się odgrażał: To nie jest przepowiednia, ale obietnica

Amerykanie byli wówczas zakochani w Holyfieldzie, który w poprzednich latach dwukrotnie pokonywał Mike'a Tysona - w drugiej z ich walk Tyson odgryzł mu kawałek ucha i został zdyskwalifikowany, co jeszcze tylko spotęgowało zainteresowanie pojedynkiem i Holyfieldem. Jego kibice liczyli na kolejne efektowne zwycięstwo, a on sam tylko podkręcał atmosferę. - Mówię wam, zdominuję najpierw dwie pierwsze rundy, a w trzeciej go znokautuję. I to nie jest przepowiednia, a obietnica. Wiem, że znokautuję Lewisa - zapowiadał Holyfield. A Lewis kwitował te przechwałki tylko jednym zdaniem: - Będzie próbował mnie znokautować, a sam zostanie znokautowany.

Brytyjczyk Lewis, który w 1997 roku już w pierwszej rundzie pokonał Gołotę, był większy i silniejszy, miał znacznie dłuższe ręce. Ale mniejszy od niego Holyfield - jak pisał przed rokiem o nim portal bokser.org - miał za to wielkie serce do walki. Za sobą prawdziwe bitwy z najlepszymi pięściarzami ostatniej dekady, w których nigdy nie pokazał słabości. I to właśnie on był faworytem bukmacherów, momentami nawet w stosunku trzy do jednego. Do tego miał także zarobić więcej, bo Holyfield - bez względu na wynik - zagwarantował sobie 20 milionów dolarów, czyli o połowę więcej niż Lewis.

Liczyły się pieniądze, ale liczyło się też to, kto przejdzie do historii boksu, gdzie mistrzów świata było wielu, ale niepodzielnie panujących królów - zaledwie kilku.

"Mogę z nim walczyć w każdej chwili"

Wyczekiwana walka jednak rozczarowała. To znaczy: rozczarował przede wszystkim faworyzowany Holyfield, bo od pierwszej rundy okazało się, że za Lewisem - poza warunkami fizycznymi - przemawiają również umiejętności. Kontrolował rywala lewym prostym, bił piekielnie mocno przy linach. I choć Holyfielda nie powalił, to dominował przez większość rund. Gdy walka się skończyła, Lewis od razu uniósł pięść. Czuł, że wygrał. I każdy tak to widział. Werdykt wydawał się być tylko formalnością. No i wtedy zapanowała konsternacja.

Siedem tysięcy Anglików w Madison Square Garden zaczęło buczeć, gdy spiker jako pierwszy odczytał wynik Eugenii Williams z USA - 115:113 dla Holyfielda. Po chwili Anglicy bili jednak brawo, bo Stanley Christodoulou z RPA punktował 116:113 na korzyść Lewisa. By zaraz znowu się wściekać, gdy ich sędzia, Anglik, Larry O'Connell dał remis 115:115. To oznaczało, że nowego króla niepodzielnie panującego króla wciąż nie było. Każdy z powrotem zabrał do domu swoje pasy, Holyfield WBA i IBF, Lewis - WBC.

Zdumieni byli wszyscy. Nawet komentatorzy HBO, którzy od razu powiedzieli, że Lewis został obrabowany. Że to zwykła kradzież i jeden z najdziwniejszych werdyktów w historii boksu. Nie dowierzał ani Lewis, ani Holyfield. A przede wszystkim Lewis. - Jestem bezdyskusyjnym mistrzem świata w wadze ciężkiej i cały świat o tym wie. Moje ciosy trafiały go od pierwszego do ostatniego gongu. Zostałem oszukany. Nie mogę uwierzyć w punktację sędziów. Przegrałem może dwie rundy z 12. Wygrałbym ten pojedynek nawet z opuszczonymi rękami. Holyfield powinien oddać mi te dwa pasy, ponieważ doskonale wie, że są moje - mówił wzburzony Lewis.

Kiedy zapytany został o kolejną walkę z Holyfieldem, która miałaby w końcu wyłonić prawdziwego mistrza, odparł: - Mogę z nim walczyć w każdej chwili. Nawet teraz. Jutro albo za miesiąc. Ale on już chyba tego nie chce. Wie, że to ja jestem mistrzem.

Zróbmy rewanż. Zróbmy rewanż, bracia!

Wzburzony był także Dino Duva, współpromotor Lewisa, który na konferencję prasową przyszedł z kartką ze statystykami. - Wszystkie zadane ciosy: Holyfield 385, Lewis 613, wszystkie trafione ciosy: Holyfield 130, Lewis 348. Wszystkie zadane ciosy proste: Holyfield 171, Lewis 364, trafione: Holyfield 52, Lewis 187. Kto jest zwycięzcą? - pytał Duva.

Każdy znał odpowiedź na to pytanie. No, może poza Donem Kingiem, głównym organizatorem walki i promotorem Holyfielda, a także samym Holyfieldem. - Oddajmy sędziom szacunek, przecież Ameryka jest wielka przez tolerancję różnicy zdań. Zróbmy rewanż. Zróbmy rewanż, bracia! - wykrzykiwał Don King.

Zaraz po nim na konferencji pojawił się Holyfield. - To nie kibice, a sędziowie wokół ringu punktują walkę. Dziś zrobili to, co uważali za słuszne. Pogodziłem się z tym. Przed walką usłyszałem głos Boga, że znokautuję Lewisa w trzeciej rundzie i choć tak się nie stało, to nadal w niego wierzę. Nadal uważam, że jestem naznaczony przez Boga. Lewis chce walczyć jeszcze raz? Jasne, nie ma problemu. Za pół roku zobaczymy, kto jest lepszy - mówił Holyfield, który nie sprawiał wrażenia pokonanego.

Szkocki sędzia znokautowanyPotężny nokaut sędziego. Natychmiast padł po efektownym uderzeniu [WIDEO]

Do rewanżu doszło 13 listopada 1999 roku w Las Vegas, gdzie zobaczyliśmy dużo lepszą walkę niż osiem miesięcy wcześniej w Nowym Jorku. Werdykt też był sprawiedliwy, a sędziowie jednogłośni - punktowali 116:112, 117:111 i 115:113 na korzyść Lewisa.

Kilka miesięcy później Brytyjczyk stracił pas WBA, kiedy odmówił walki z Johnem Ruizem. Wakujący tytuł tej federacji odzyskał na chwilę Holyfield, ale nie zbliżył się do pasów WBC i IBO. Lewis z krótką przerwą - najpierw porażka w kwietniu 2001 roku, a siedem miesięcy później udany rewanż z Hasimem Rahmanem - utrzymał tytuły do 2003 roku (z pasa IBF zrezygnował na podstawie ugody z Donem Kingiem). Pokonał wtedy Witalija Kliczkę i zakończył sportową karierę. Nie jako król, ale wciąż panujący mistrz świata wagi ciężkiej, co też było dużym osiągnięciem, bo wcześniej tak ze sceny schodzili tylko Gene Tunney i Rocky Marciano.

Więcej o: