Walka odbyła się w niedzielę wieczorem. - Muszę wyboksować rywala w każdej z możliwych sytuacji - powiedział przed walką w Londynie Lawrence Okolie. Jej przebieg był jednak zupełnie inny. W pierwszych dwóch rundach było czuć agresję Anglika. Okolie kilka razy trafił Cieślaka, ale ten stał spokojnie na nogach. Dopiero w trzeciej rundzie Polak przeszedł do ofensywy. "Powinien narzucić większą presję, Michał jest niebezpieczny wtedy, gdy jest agresorem, idzie do przodu" - komentował na gorąco Grzegorz Proksa.
Kolejne rundy były pełne szarpaniny i klinczu. Czego innego spodziewali się kibice i nie tylko, bo jak się okazuje także współpromotor Cieślaka. Po dwunastu rundach sędziowie jednogłośnie na punkty (117-110, 116-111, 115-112) wskazali na Lawrence'a Okolie.
- To jest śmiech przez łzy. Gdyby Michał przegrał po czystej walce bokserskiej, to taki jest sport. Baliśmy się przed walką, że sędzia ringowy pozwoli na klincze, pisaliśmy w tej sprawie pisma, rozmawialiśmy, natomiast Michael Alexander, będący stary wygą, wiedzącym wszystko o boksie, po prostu nie widział tego, czego nie chciał widzieć i pozwolił na taką walkę, która ewidentnie lepiej pasowała Okolemu - powiedział po walce Andrzej Wasilewski cytowany przez Interię Sport.
Więcej treści sportowych znajdziesz na Gazeta.pl
Współpromotor Michała Cieślaka przyznał, że jest mu żal jego podopiecznego. - Był fantastycznie przygotowany fizycznie, trenerzy zrobili kawał dobrej roboty, a kibice tak naprawdę dostali "gniot". 12 rund przepychania się, łapania się, suplesów. Duży niedosyt - powiedział.
I dodał: - To była walka, która jest antypromocją boksu. Chcę te dyscyplinę widzieć jako pewną sztukę pracy nóg, pewnych elementów technicznych, a tutaj tego nie było, bo głównie był klincz. Szukając pozytywów, Michał stoczył dobrych 12 rund, pokazał się jako zawodnik twardy, z charakterem. Był na deskach, ale wstał, atakował, do ostatniej sekundy próbował walczyć - zakończył Wasilewski.