Absurdalna walka Szpilki? I to w klatce. "Śmieszny pomysł"

Krzysztof Smajek
- Szpilka kontra Włodarczyk w klatce? Śmieszny pomysł. Przecież żaden z nich nic nie umie w MMA. To byłby klasyczny freak fight. Uważam, że prawdziwi sportowcy nie powinni tego robić - mówi Sport.pl Andrzej Wasilewski.

Krzysztof Smajek: Artur Szpilka twierdzi, że obraził się na boks i zamierza walczyć w MMA. Co pan o tym sądzi?

Andrzej Wasilewski: Nie rozumiem, jak Artur mógł się obrazić na boks, bo przecież boks dał mu wszystko, co ma. W trakcie kariery spotkał wielu życzliwych ludzi i nie kojarzę, żeby ktoś go oszukał lub wprowadził w błąd. Artur nigdy nie bał się wyzwań i był dla mnie sportowcem. Teraz chce być aktorem w przedstawieniach okołosportowych. Kiedyś martwiło mnie to i reagowałem bardziej impulsywnie. Zwłaszcza wtedy, gdy Artur straszył nas odejściem do KSW. Ale już oswoiłem się z myślą, że będzie walczył w czymś, co niektórzy będą mylnie nazywać MMA.

Zobacz wideo Szpilka chce walczyć w MMA. Promotor: To będzie zabawa a nie sport

Myśli pan, że Szpilka podpisze kontrakt z federacją MMA czy jednak z którąś z freakowych?

- Oferty ma pewnie od wszystkich federacji. Każdy będzie chciał zatrudnić Artura, żeby wykorzystać jego popularność i zasięgi. On wciąż budzi dużo emocji. Dziwię się, że KSW już wcześniej nie położyło na stole bardzo ciekawej oferty i nie ściągnęło go do siebie. Brakuje im tak wyrazistej i medialnej postaci jak Szpilka.

A pan gdzie najchętniej by go widział w MMA?

- Dla mnie nie ma to znaczenia. Jego walki w MMA zawsze będą walkami freakowymi, czyli będą to występy trochę cyrkowe, trochę wstydliwe, bo udające sport. Chciałbym, żeby Artur głośno mówił, że to jest zabawa, która ze sportem nie ma nic wspólnego. Chyba tylko Marcin Najman jako jedyny nie boi się mówić, że się bawi w coś, co niektórzy nazywają MMA. W jego przypadku nie mam z tym problemu, rozumiem, że taki wybrał sobie sposób zarobkowania.

Będzie pan jeszcze próbował przekonać Artura do walk w boksie?

- Artur jest ambitnym facetem, dlatego wydaje mi się, że jest niespełnionym sportowcem. W ringu szukał nie tylko pieniędzy, ale też wyzwań sportowych. Doszedł daleko, ale gdyby dał się nam prowadzić, to jestem przekonany, że zaszedłby dalej. W boksie na najwyższym poziomie już raczej nie osiągnie tego, o czym wspolnie marzyliśmy. Choćby ze względu na fizyczność. Poza tym jestem przeciwnikiem przeciągania karier w boksie. Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny. Oczywiście, łatwiej to zrobić, gdy jest się zabezpieczonym finansowo. Jeżeli Artur ma odłożone pieniądze, to powinien myśleć o dalszym życiu. Mówię to z bólem serca, bo z biznesowego punktu widzenia jego nazwisko by nam pomagało.

Szpilka obraził się na boks, Krzysztof Włodarczyk jest w więzieniu, więc w najbliższym czasie nie dojdzie do ich pojedynku. Artur w rozmowie z Michałem Koprem z ringpolska.pl powiedział, że chciałby walki z Diablo w MMA. Jak się pan na to zapatruje?

- Śmieszny pomysł. Przecież żaden z nich nic nie umie w MMA. To byłby klasyczny freak fight. Uważam, że prawdziwi sportowcy nie powinni tego robić.

Sceptycznie podchodzi pan też do powrotu na ring Tomasza Adamka, który ma stoczyć dwie walki pożegnalne.

- Nie jestem przekonany, czy Tomek wróci. Zgadzam się z Mateuszem Borkiem, że nie powinien tego robić. Chociaż uważam, że Mateusz już wcześniej nie powinien wciągać go na ring. Decyzję Tomka o próbie dziesiątego już chyba z rzędu powrotu oceniam negatywnie, bo jestem niestety przekonany, że on to robi głównie dla pieniędzy. Chciabym Tomka tak jak i Artura zapamiętać na zawsze z tych dobrych walk.

W mediach krąży informacja, że Adamek miałby zarobić za walkę około 250 tysięcy dolarów.

- Też słyszałem taką plotkę. Jeżeli to prawda, to taką gażę uznałbym za szczyt kretynizmu. Takie pieniądze można przeznaczyć na porządną galę. Za takie pieniądze można zorganizować ze dwie, trzy walki o mistrzostwo Europy. Ale to są czyjeś prywatne pieniądze i ktoś je wydaje zgodnie ze swoją wolą.

Do ringu po kilkuletniej przerwie wraca też Andrzej Wawrzyk, niedoszły rywal Deontaya Wildera. Jest pan zaskoczony?

- Mam nadzieję, że Andrzeja interesy idą jak najlepiej. Ale niestety od razu nasunęło mi się, że jeśli wraca po takiej przerwie, to musi mieć ekonomiczny powód. Do naszej grupy się nie zgłosił. Nawet nie wiem, z kim podpisał kontrakt. Andrzeja zawsze lubiłem i wiązałem z nim duże nadzieje. Do pewnego poziomu bardzo dobrze boksował, później ograniczyła go zbyt mala odporność na potężne ciosy. A bez tego nie da się wygrywać z najlepszymi na świecie. Dzisiaj wygląda tak, jak musi wyglądać po tylu latach przerwy. Cudów nie będzie. Może jest szykowany pod walkę z Adamkiem.

I może to byłby ciekawy pomysł.

- Dla mnie to walka bez żadnych emocji, musiałbym się bardzo nudzić, żeby ją obejrzeć. Choć kilka lat temu bardzo chciałem doprowadzić do walki Wawrzyka z Adamkiem. To było w czasie, gdy wydawało się, że Adamek będzie schodził ze sceny. Ale Mateusz Borek nie chciał tej walki i odradzał ją Tomkowi.

Niedawno na Twitterze poruszył pan temat badań antydopingowych w polskim boksie. Podjął pan jakieś kroki w tym kierunku?

- Dostrzegam ten problem, ale z braku czasu nie zająłem się jeszcze tą sprawą. Myślę, że w Polsce większość promotorów nie będzie tym zainteresowana. Ale od czegoś trzeba zacząć. Zgłoszę do Polskiej Unii Boksu wniosek, żeby przy każdej walce o pas mistrza Polski testy antydopingowe były obowiązkowe. Choć może być ciężko je robić w przypadku, gdy polski pięściarz będzie walczył z przeciwnikiem z zagranicy. Taki rywal, kiedy się dowie, że będą obowiązkowe badania, może w ogóle nie przyjechać na galę. Jeśli będzie miał do wyboru walkę w Polsce z testami lub walkę w Czechach bez nich, to część tych nieuczciwych pojedzie do Czech. Dlatego wprowadzenie badań ograniczyłoby dostęp do zagranicznych zawodników na niższych poziomach. Pewnie łatwiej byłoby to zorganizować, gdybyśmy robili testy w walkach między Polakami. Ale takich walk na trochę wyższym poziomie prawie w ogóle nie ma.

W takim razie, których zawodników należałoby badać?

- No właśnie, to jest problem. Zdaję sobie sprawę, że nie przebadamy każdego zawodnika przed galą. To jest niemożliwe z kilku powodów. Jednym z nich są finanse. O zawodnikach z zagranicy już wspominałem. Myślę, że część polskich pięściarzy też się nie zgodzi na badania. Pamiętajmy, że na liście zakazanej są nie tylko najdroższe hormony świata czy sterydy, ale także diuretyki pomocne przy zbijaniu wagi. Jestem przekonany, że wielu przeciętnych zawodników, którzy boksują na polskich galach, zwłaszcza na galach mniejszych grup, używa substancji, które są na zakazanej liście. Jeśli nie rozwiążemy tego przepisami państwowymi, to problem nie zniknie.

Artur Szpilka i Łukasz Różański mieli robione testy przed walką? Pamiętam, że takie były zapowiedzi.

- Byli badani dwa albo trzy razy przed walką. Zlecaliśmy te badania.

A kto za nie płacił? Artur w rozmowie ze Sport.pl mówił, że koszty wziął na siebie.

- Nie wiem, kto zapłacił dwa czy trzy tysiące za badania. Ja zapłaciłem Arturowi za walkę kilkaset tysięcy złotych i nie będę się zastanawiał, kto płacił za badania. To była gala z dużym budżetem, więc kwoty za badania nikogo mocno nie obciążyły. Same rękawice na tę walkę kosztowały cztery tysiące złotych. Problem z badaniami pojawia się wtedy, gdy budżet na galę wynosi 70 czy 80 tysięcy. Nie da się wtedy przebadać wszystkich zawodni

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.