Mateusz Masternak o walce z Arturem Szpilką. "Wolę innych. Polacy deprecjonują Radczenkę"

- Znamy się z Arturem prywatnie, więc raczej wolę boksować z innymi, ale nawet w historii polskiego boksu znajdziesz nie tyle walki kumpli, ile nawet starcia bliźniaków, jak pojedynek z lat 60. między Arturem a Zbigniewem Olechem. Dlatego nigdy nie mów nigdy - mówi nam Mateusz Masternak, czołowy polski pięściarz wagi cruiser, który wciąż marzy o igrzyskach olimpijskich w Tokio.

33-letni Mateusz Masternak (41-5) to jeden z najlepszych polskich pięściarzy. Były mistrz Europy federacji EBU w wadze cruiser porzucił niedawno zawodowy ring i wrócił na ring amatorski, bo chciał spróbować swoich sił na igrzyskach olimpijskich. Pandemia koronawirusa przerwała kwalifikacje olimpijskie, więc Polak stoczył punktowany sparing z Siergiejem Radczenką. Polak pokonał Ukraińca na punkty (80-71, 79-72, 80-71) na gali Suzuki Boxing Night II.

Antoni Partum: Co ci dała walka z Siergiejem Radczenką?

- Cenne doświadczenie. To był pojedynek w specyficznym momencie, bo tuż po pandemii, więc fajne było znowu wejść do ringu. Mam wrażenie, że część kibiców deprecjonuje Ukraińca, a to niebezpieczny rywal. Ma naprawdę bardzo ciężkie ręce, a "puncher" zawsze ma szansę na wygraną. Radczenko walczył już z Michałem Cieślakiem, Krzysztofem Głowackim czy Arturem Szpilką i ci dwaj ostatni przekonali się, że to niewygodny rywal.

Ty, podobnie jak Cieślak, zdeklasowałeś Ukraińca, ale Artur Szpilka miał spore problemy. Większość ekspertów uważa, że Polak nie zasłużył na wygraną. Sparowałeś kiedyś ze Szpilką, czy możesz go porównać do Radczenki?

- Trudno ich porównać, bo Artur jest leworęcznym zawodnikiem. Gdy przez moment trenowaliśmy razem w WCA Fight Club, to Artur ważył wtedy niemal 120 kg, więc był zupełnie innym pięściarzem niż dzisiaj. A z tym "nowym Arturem" jeszcze nie sparowałem.

Kto by wygrał ich rewanżowy pojedynek?

Pamiętajmy, że to było dla Artura pierwsze starcie w wadze cruiser od 10 latu, dlatego teraz powinien mieć łatwiej. Z drugiej strony, Siergiej przekonał się, że naprawdę ma szansę na wygraną i że może go znokautować, więc na pewno skoczyła mu pewność siebie, a to ma w ringu olbrzymie znaczenie. Żeby tym razem wygrać, Artur musiałby zupełnie inaczej zaboksować.

Czyli jak?

- Na przykład tak jak ja, czyli być ruchliwym, niektóre ataki przepuszczać, inne przyjmować na blok i konsekwentnie rywala karcić. Trzeba schodzić z linii ataku, zadać dwa, trzy ciosy i tak w kółko przez osiem rund. Ale jeśli Szpilka znowu będzie opuszczał ręce przy linach, to kolejny raz czeka go trudna przeprawa.

Gdyby Szpilka znowu wygrał, to byłbyś gotów się z nim zmierzyć?

- Znamy się z Arturem prywatnie, więc raczej wolę boksować z innymi, ale nawet w historii polskiego boksu znajdziesz nie tyle walki kumpli, ile nawet starcia bliźniaków, jak pojedynek z lat 60. między Arturem a Zbigniewem Olechem. Dlatego nigdy nie mów nigdy.

Zobacz wideo

Wracasz na zawodowstwo czy wciąż twoim priorytetem jest występ na igrzyskach olimpijskich?

- Igrzyska to moje marzenie, ale ostatecznej decyzji wciąż nie podjąłem. Kwalifikacje do Tokio zostały przerwane i wciąż nie wiadomo, kiedy zostaną wznowione. Ba, istnieją teorie, że będzie kolejna fala pandemii i być może znowu całe igrzyska są zagrożone. Mam 33 lata. Nie chciałbym stracić dwóch lat na przygotowania do turnieju, który może się nie odbyć.

Czyli wracasz na zawodowstwo?

- W przyszłym tygodniu mam spotkanie z Grzegorzem Nowaczekiem, prezesem Polskiego Związku Bokserskiego, z którym omówimy wszystkie za i przeciw i podejmiemy decyzję. Może będę łączył zawodowe walki i eliminacje do igrzysk?

Czy powrót do boksu amatorskiego dał ci coś, co może potem wykorzystać na zawodowym ringu?

- W boksie zawodowym można sobie bardziej zaplanować walkę. Możesz męczyć rywala przez kilka rund i wygrać na punkty. W amatorskim boksie za wszelką cenę powinieneś dążyć do złamania rywala, bo masz tylko trzy rundy. Nie możesz liczyć, że komuś zabraknie kondycji. W boksie olimpijskim trzeba być bardziej ruchliwym, tempo walki jest często wyższe.

Igor Jakubowski, olimpijczyk z Rio De Janeiro, w wywiadzie dla radia "Weszło", mówił, że to, co robił PZB, pod względem organizacyjnym wyjazdu do Brazylii, można nazwać kpiną. Skąd nadzieja, że teraz byłoby lepiej?

- Nie przejmuje się rzeczami, na które nie mam wpływu. Wiem jednak, że mogę zaufać Grzegorzowi Nowaczekowi, bo widzę, że robi dobrą robotę. Dużo się zmieniło na lepsze w polskim boksie amatorskim, co pokazała ostatnia gala Suzuki. Wreszcie to wszystko idzie w dobrą stronę.

Słyszałem, że już nie trenujesz, tak ciężko jak kiedyś.

- Trenuję boks od 18 lat, a w sporcie jestem od 21 lat, więc moja pamięć mięśniowa jest na takim zaawansowanym poziomie, że czasem wystarczy tylko sobie coś przypomnieć. Nie muszę się zajeżdżać. Nie chodzi o to, by lekko trenować, ale z głową. Kiedyś trenowałem 11-12 razy w tygodniu, do walki z Radczenką trenowałem dwa razy mniej, a czułem się w znakomitej formie. To było cenne doświadczenie. Tym bardziej że łączyłem treningi z pracą.

No, właśnie jest żołnierzem. Jak wygląda twój dzień?

- Muszę doprecyzować jedną rzecz: dla mnie trening może nie być katorżniczy, ale osoby, które ze mną trenują, mogą nie dać rady go ukończyć. Po prostu mój organizm jest już przystosowany do naprawdę wysokich obrotów. A co do mojego planu dnia podczas przygotowań z Radczenką, to pracę rozpoczynałem przed siódmą, a o 15:30 wychodziłem. O 16:00 już miałem trening, wieczorem wracałem do domu.

Dlaczego zostałeś żołnierzem?

- Chciałem pomiędzy walkami czymś się zająć, by mieć stabilizację finansową. Nawet jak dużo zarabiasz, ale pieniądze leżą na kupce, to z każdym dniem kupka robi się coraz mniejsza. Mam trójkę dzieci, więc chcę mieć stały dochód. I niezależnie od tego, czy wrócę na zawodowstwo, to już na zawsze chcę łączyć sport i pracę.

Jakie masz jeszcze marzenia sportowe?

- Jestem realistą. Moim największym marzeniem jest to, aby moja rodzina była zdrowa. A sportowe? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, wciąż o tym myślę. Chciałbym za 15 lat spojrzeć w lustro i odpowiedzieć sobie, że wybrałem słuszną drogę i że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy.

Skoro jesteś realistą, to jakbyś się ocenił na tle czołowych polskich zawodników wagi cruiser, jak Michał Cieślak i Krzysztof Głowacki?

- Nie mnie to oceniać. Niech się wypowiedzą kibice, ale jeśli mnie pytasz, to czuję się najlepszym.

Coraz większą popularność zdobywają walki na gołe pięści. Gdyby zadzwonił do ciebie Mateusz Borek lub Mariusz Grabowski, to przyjąłbyś ofertę?

- Nie będę tego krytykował, ale to nie moja bajka. Jeśli chce ktoś to organizować, ktoś chce się bić, a kibic obejrzeć to w telewizji, to mi nic do tego. Mnie to jednak nie kręci. Mam dość miękkie ręce, dlatego obawiam się, że po jednej walce czekałyby mnie ze trzy operacje rąk, więc szkoda zdrowia. Poza tym dla mnie pięściarstwo jest jakąś formą sztuki. Nie chciałem, żeby to zabrzmiało zbyt górnolotnie, ale to dla mnie to po prostu coś więcej niż tylko pranie się po gębach.

To może kiedyś spróbowałbyś sił w MMA? Izu Ugonoh rzucił boks i szykuje się do startu w klatce. Podobna przyszłość może czekać Szpilkę. Czy ciebie również mogą skusić wielkie pieniądze, jakie oferuje KSW?

- Nie wiem, czy to wielkie pieniądze, bo nie dostałem takiej oferty. Poza tym nie można mnie porównać zbytnio do Izu, bo on się wywodzi z kick boxingu, trenował też muay thai, więc nadaje się bardziej do MMA niż pospolity pięściarz. Jeśli ktoś jest dobry w boksie, to wszędzie znajdzie dla siebie miejsce, bo dobry boks sprzeda się w każdym kraju. Izu nie miał najlepszej passy, więc widocznie uznał, że w boksie nie ma dla niego miejsca, więc spróbuje MMA. Gdyby miał lepsze wyniki w pięściarstwie, to - jak przypuszczam - nie pchałby się do klatki. Ja kocham boks i nie myślę o niczym innym.

Więcej o: