Artur Szpilka nie pamiętał, ile razy był liczony. Wstrząsające kulisy walki z Radczenką

- Artur Szpilka po walce z Siergiejem Radczenką nie pamiętał, ile razy był liczony. Nie wiem, z czego to wynikało. Może był tak mocno trafiony, a może był w emocjonalnym szoku. Mam nadzieję, że to drugie - mówi Andrzej Wasilewski w rozmowie z PoGongu.

Po ogłoszeniu werdyktu walki Szpilka vs Radczenko bił pan brawo, ale później na Twitterze napisał pan, że Artur przegrał z Ukraińcem.

Andrzej Wasilewski: Na żywo były ogromne emocje i wydawało mi się, że Artur wygrał większość rund. Oczywiście oprócz tych, gdzie były nokdauny. Nie punktowałem runda po rundzie, ale wydawało mi się, że walka jest bardzo bliska. Trochę mnie zdziwiło, że jeden z sędziów dał 95-92 dla Artura. Zgadza się, klasnąłem i podniosłem rękę w geście zwycięstwa. Na miejscu nikt nie gwizdał i nie słyszałem, żeby ktoś komentował werdykt. Zatkało mnie, gdy wszedłem na Twittera. Czytałem, że to był największy skandal w historii polskiego boksu. Gdy emocje opadły, obejrzałem powtórki walki. Za pierwszym razem wyszło mi 95-92 dla Radczenki, za drugim dałem jedną rundę mniej Ukraińcowi. To była ciasna walka. Nie wiem, dlaczego mówiono o gigantycznym skandalu. Zdecydowana postawa niektórych ekspertów spowodowała, że się pochyliliśmy nad sprawą.

Zobacz wideo

Ale werdyktu nie dało się już zmienić.

Mam dużą wiedzę o boksie i znam regulaminy. Od początku wydawało mi się, że nie ma możliwości na złożenie protestu. W boksie zawodowym można oprotestować błędy formalne. Natomiast weryfikacji nie podlega ocena sędziowania. Nie było podstaw, by złożyć protest.

Chciał pan to w ogóle zrobić?

Byłoby to trochę kuriozalne, że jako organizator składam protest, ale braliśmy to pod uwagę. Nie mogę jednak protestować, że ja i tysiąc ludzi widzieliśmy inaczej walkę niż sędziowie. Już w niedzielę po południu czytałem regulaminy, ale wiedziałem, że ciężko będzie coś znaleźć. Gdyby to była walka o tytuł i nie odbyły się badania antydopingowe, byłby to pretekst do protestu. Szedłem nawet w tym kierunku, ale to była walka rankingowa.

Sporo krytyki wylało się na pana po gali w Łomży. Artur Szpilka też dostał rykoszetem za werdykt.

 Ani ja, ani Artur nie mieliśmy nic wspólnego z werdyktem. Jeśli ktoś uważa inaczej, to albo nie ma pojęcia, jak to działa, albo ma złą wolę. Nie pochwalam tego, ale w sporcie jest tak, że ściany pomagają gospodarzom. Przez kontrowersyjną decyzję sędziów, niektórzy mogli z wściekłością krytykować największą grupę bokserską w Polsce. To zamazało obraz imprezy. Jeżeli pan pozwoli, powiem kilka rzeczy. Była to pierwsza od lat gala bokserska, gdzie kilka tygodni przed imprezą wyprzedana była hala. Średniej wielkości hala, ale została wyprzedana. Myślę, że poza kontrowersyjnym werdyktem w pojedynku wieczoru, prawie każda walka trzymała w napięciu. Nie było żadnego potknięcia organizacyjnego. Strasznie mnie i moich współpracowników boli to, że wszystko jest w cieniu negatywnych emocji związanych z pojedynkiem wieczoru. Walka Szpilki pod względem sportowym była na niskim poziomie, ale emocji w niej nie brakowało.

Ile straciliście wizerunkowo na tej gali?

Werdykt był kontrowersyjny, ale nie róbmy z tego strasznej afery. Z tej walki można wyciągnąć pozytywne wnioski, bo przypomniała o kłopotach z sędziowaniem w boksie. Wbrew pozorom kilka dobrych rzeczy z tego wyszło. Nie widzę żadnej wizerunkowej straty. Ze strony sponsorów też żadnej. Nikt do mniej w tej sprawie się nie odezwał. Jest pan pierwszy, który zadał to pytanie. Chciałbym podkreślić, że to była bardzo udana gala boksu. Szkoda, że nikt tego nie podkreśla. Szkoda, że w mainstreamie bardzo mało mówi się o zwycięstwie Fiodora Czerkaszyna. Ubolewam nad tym.

Mało brakowało, a gala by się nie odbyła.

Było takie ryzyko. W piątek wieczorem miejscowy sanepid podjął decyzję, że zamykamy galę. Przedstawiciele sanepidu byli na ważeniu w galerii handlowej. Widzieli setki ludzi, którzy przyszli na ważenie. Nic im nie przeszkadzało. Jednak późnym wieczorem wysłali pismo, że gali nie powinno być. Impreza się odbyła dzięki temu, że władze miasta i wojewoda poszukali kompromisu, a my zastosowaliśmy pewne procedury wskazane przez fachowców.

Werdykt to jedno, ale kontrowersje wywołało też zachowanie sędziego ringowego, który w 9. rundzie przerwał atak Radczenki i odjął mu punkt. Szpilka był wtedy w sporych opałach.

W dziewiątej rundzie sędzia przerwał akcję Radczenki, a w dziesiątej Szpilki. Zaskakujące jest to, że wszyscy komentują sytuację z dziewiątej rundy, a nikt nie mówi o dziesiątej rundzie. Sędzia zrobił, świadomie lub nie, coś, czego nigdy nie powinien robić, czyli oddał to, co zabrał w poprzedniej rundzie. Zgadzam się z opiniami, że to pomogło Arturowi przetrwać trudny moment. Jednak w dziesiątej rundzie sędzia zatrzymał atak Szpilki.

To świadczy o tym, że sędzia ringowy był słaby.

To świadczy o tym, że człowiek jest istotą niedoskonałą. Każdy sędzia ringowy w emocjach popełnia błędy. Oglądając walkę w telewizji, te błędy widać. Sędzia musi podejmować decyzje w ułamku sekundy. Widziałem znakomitych sędziów, którzy w wielu walkach popełniali błędy.

Dlaczego austriacka federacja nadzoruje walki na organizowanych przez pana grupę galach boksu?

15 lat temu, gdy współtworzyłem w Polsce Wydział Boksu Zawodowego PZB, przez kilka lat jeździłem po Europie i walczyłem, żeby polski boks miał godną reprezentację za granicą. Współtworzyłem regulaminy, które funkcjonowały przez kilkanaście lat. Moim zdaniem dzisiaj nie ma w Polsce instytucji, która ma właściwe umocowanie prawne do nadzorowania walk w boksie zawodowym i która godnie reprezentuje polski boks za granicą. Dlatego byliśmy zmuszeni coś z tym zrobić. Mieliśmy do wyboru dwie federacje: austriacką i niemiecką. Prowadziłem z nimi rozmowy, ale federacja austriacka była bardziej zainteresowana współpracą. Chciała wrócić do naszego kraju, bo wiele lat temu promotor Alberta Sosnowskiego, Iwony Guzowskiej, Roberta Złotkowskiego, Jacka Bielskiego i Agnieszki Rylik nie zgadzał się z instytucją, która była wtedy w Polsce i zatrudnił właśnie federację austriacką do nadzorowania walk w Polsce. Sankcjonowała ona około 50 gal w naszym kraju.

Jednak przez wiele lat na organizowanych przez pana galach pracowali polscy sędziowie. W którym momencie stracił pan do nich zaufanie?

Nie straciłem zaufania do polskich sędziów, wręcz przeciwnie. Kilku z nich bardzo cenię. Boks zawodowy jest sportem niebezpiecznym i trzeba zakładać, że kiedyś w ringu nastąpi jakiś wypadek. Poważny czy mniej poważny. Wtedy pojawi się pan prokurator, który zaprosi na przesłuchanie. Zacznie pytać: kto nadzoruje walki? Według jakich przepisów? A poszkodowani będą pytać o ubezpieczenie. Stąd niezbędny jest absolutny porządek prawny. Mniej lub bardziej świadomie ponosiłem ryzyko, ale od dwóch lat wnosiłem o dokonanie zmian. Nie zostały one zaakceptowane.

Jakie zmiany ma pan na myśli?

Nie chciałbym wchodzić w szczegóły. Można się domyślić, dlaczego łatwiej funkcjonować w pewnym chaosie na podstawie działalności gospodarczej niż zamiast stowarzyszeń kultury fizycznej, które mają audyty i gdzie jest porządek prawno-podatkowy.

Sędziowie z Austrii są drożsi od polskich?

Nie i to jest najśmieszniejsze. Byłem tym zaskoczony. To są te samo pieniądze, licząc z dojazdem sędziów.

Szpilka w walce z Radczenko dwa razy leżał na deskach. O czym to świadczy?

To jest bardzo dziwne. Przy pierwszym liczeniu wydaje mi się, że źle stał na nogach. Artur po każdym przyjętym ciosie dziwnie reaguje. To jest niezrozumiały instynkt, nad którym nie panuje. Z wiekiem to się jeszcze pogłębiło. Nie ma głowy z tytanu jak Andrzej Gołota w szczycie formy.

Artur twierdzi, że po zmianie kategorii wagowej zarabia grosze. Może nie warto za takie pieniądze dostawać po głowie.

Ohydnie nie lubię stwierdzenia, że Artur walczy za grosze. Rzeczywiście w porównaniu do jego najlepszych walk w wadze ciężkiej teraz boksował za przecinki tamtych kwot, ale w dalszym ciągu, jak na polskie warunki, to są niemałe pieniądze. Radczenko dostał zdecydowanie mniejszą gażę.

Szpilka po walce mówił, że wygrał wszystkie rundy. Później zmienił zdanie i napisał w oświadczeniu: „Następnego dnia, gdy obejrzałem walkę na chłodno, to zobaczyłem ją trochę inaczej.” Sam doszedł do takiego wniosku, czy ktoś za niego napisał to oświadczenie?

Artur po walce nie pamiętał, ile razy był liczony. Nie wiem, z czego to wynikało. Może był tak mocno trafiony, a może był w emocjonalnym szoku. Mam nadzieję, że to drugie. To jest odpowiedź na pana pytanie. Arturowi nie jest łatwo narzucić swoją wolę. On nie poddaje się presji kibiców czy ludzi z teamu. Po obejrzeniu walki w telewizji stwierdził, że trochę inaczej ją widział niż w ringu. I to chyba wystarczy. Nie będziemy się smażyć na żelaznych prętach, żeby dać kibicom satysfakcję.

Czy pan jako promotor ma wpływ na to, z jakim trenerem pracuje Artur?

Wkroczył pan w obszar, w którym nie mogę dać sobie rady sam ze sobą. Artur jest jednym z zawodników, któremu pozwoliłem, żeby organizował sobie sztab trenerski. Był innym zawodnikiem, gdy trenował z Fiodorem Łapinem. Potem był jeszcze ciekawy związek z Ronnie Shieldsem. Potem nastąpił zjazd. Chociaż Artur z walki z Mariuszem Wachem, a ten z ostatniej soboty to był jeszcze inny zawodnik. Z Wachem był jeszcze pięściarzem, a walce z Radczenką kompletnie się pogubił. Podchodzę krytycznie do jego postawy. Dla mnie walka Artura, mimo zwycięskiego werdyktu, była porażką.

Po walce napisał pan, że czas na poważne wnioski. O jakie wnioski chodziło?

Poważny wniosek był taki, że z panem Romanem Anuczinem jako trenerem Artur daleko nie zajedzie. Pojawia się jednak pytanie, czy inny trener coś zmieni? Przekonamy się o tym po rewanżowej walce z Radczenką.

Artur już zrezygnował z pracy z Romanem Anuczinem. Pan od dawna nie był zwolennikiem ich współpracy. Takie przynajmniej odnosiłem wrażenie.

Boks Artura pod wodzą Anuczina zrobił się słaby, nieskuteczny, wręcz beznadziejny. Anuczin bardzo dużo z siebie daje. Trenowali od rana do wieczora. To nie jest tak, że ktoś czegoś nie dopilnował. Była między nimi sympatia i chemia, ale styl nauczania trenera i elementy taktyczne nie pomogły Arturowi. W trakcie walki znalazłem się w narożniku Szpilki, bo widziałem, że Artur szukał mnie wzrokiem. Był pogubiony i zdekoncentrowany. Chciałem mu coś podpowiedzieć, bo widziałem trenera, że mówi do niego sto rzeczy naraz po angielsku, a Artur go nie słucha. To pokazuje, że ich współpraca była beznadziejna. Nie do końca za to winię trenera. Była między nimi bariera językowa. Przy okazji chciałem sprostować jedną rzecz. Niedouczeni kibice i niedouczeni dziennikarze dziwili się, jak mogłem się znaleźć w narożniku Artura. W regulaminie nie ma zapisu, który mówi, że promotor, menedżer, siostra, kochanka czy ktokolwiek inny nie może się pojawić w narożniku. Przepis mówi, że w narożniku nie mogą znajdować się więcej niż cztery osoby. Złośliwie ktoś próbował węszyć spisek.

Rozmawiał pan z Arturem na ten temat zmiany trenera?

Nie poruszaliśmy tego tematu, Artur nie lubi przyznawać komuś racji. Jest zawodnikiem, który albo kocha, albo nienawidzi. W stosunku do trenera Anuczina miał bardzo dużo pozytywnych emocji, nie była to dla niego łatwa decyzja. Artur zdawał sobie sprawę, że jego współpraca z trenerem nie układała się tak, jak należy. Bo nie było jej efektów.

Jakiego trenera potrzebuje Artur? Do Fiodora Łapina już nie wróci.

Tego nawet nie rozważamy. W Polsce jest jeszcze dwóch liczących się trenerów. Myślę, że ciekawymi szkoleniowcami są Andrzej Liczik i Piotr Wilczewski. Artur powinien skontaktować się z którymś z nich. Nie chcę się wtrącać. Kiedyś ustaliliśmy, że szuka trenera na swoją odpowiedzialność. Kilka lat temu w brzydki sposób pożegnał się z trenerem Łapinem. To było w emocjach, po sprzeczce. Artur jest trudny w prowadzeniu, trzeba go zmusić do koncentracji. Trzeba być dla niego autorytetem. Takim był dla niego Fiodor Łapin.

Kiedy może się odbyć rewanż Szpilki z Radczenką?

Ze względu na koronawirusa trudno ustalić jakiś termin. Plany organizacyjne są w zawieszeniu. Jesteśmy już po rozmowie z Radczenką i wstępnych ustaleniach. Czy się z nich nie wycofa, nie mam pojęcia. Na razie trudno podpisywać kontrakty, gdy nie wiadomo co i jak.

Radczenko w oświadczeniu, które wysłał do „Super Expressu” napisał: „Osobiście Andrzej Wasilewski nie wysłał mi żadnej oferty na drugą walkę, skontaktował się ze mną inny przedstawiciel Knockout Promotions. W boksie istnieje taka zasada, że stawka za rewanż to minimum podwójna wypłata w stosunku do pierwszej walki. Ale przedstawiciel zasugerował, że doliczy za drugi pojedynek 500 euro więcej niż za pierwszy. To druga zniewaga po skradzionym zwycięstwie!” Jak wyglądają te negocjacje z pana perspektywy?

Jestem zawodowcem i o negocjacjach nie rozmawiam. Pan Radczenko, jak będzie dalej próbował rozmawiać przez media, utrudni lub wręcz uniemożliwi zorganizowanie rewanżu.

Na co jeszcze stać Artura Szpilkę?

Myślę, że to pytanie Artur sam sobie zadaje. Jego walka z Radczenką pokazała, że powinniśmy bardzo, ale to bardzo ograniczyć swoje apetyty, jeśli chodzi o jego sukcesy. Artur chce wierzyć, że to był wypadek przy pracy. Chce jeszcze raz walczyć z Radczenką, żeby zobaczyć, czy Ukrainiec nie jest dla niego sufitem. Artur stoczył kilka ciężkich wojen w kategorii ciężkiej. Wiemy, ile razy był na deskach. Nikt nie jest ze stali, o czym przekonał się Adam Kownacki. Boks jest przewrotny i perfidny. Robert Helenius, który pokonał Adama, był za słabym sparingpartnerem dla Artura przed jego walką z Wachem. Uciekał po ringu, nie chciał przyjmować ciosów, mówił, że bolą go żebra. Nagle ten zawodnik, który wydawał się skończony, nokautuje Adasia. Kownacki przejechał się po Arturze jak walec, a dostał KO, być może kończące marzenia o wielkiej karierze, od zawodnika, którego Artur bił na sparingach.

Co musi się stać, żeby doradził pan zakończenie kariery Szpilce?

Już po walce w Łomży myślałem, że może powinien to zrobić. Artur przyjechał do mnie w poniedziałek i przekonywał, że po tylu wojnach i tylu latach kariery nie zasługuje na to, żeby kończyć karierę w takim stylu, po kontrowersyjnej wygranej z Radczenko. Zmiana trenera i rewanż. To da nam odpowiedź na temat jego przyszłości. Szpilka zdaje sobie sprawę, że w przypadku porażki w drugiej walce z Ukraińcem to musi być natychmiastowy koniec.

Gdy patrzę z boku na relacje między panem a Arturem, wydaje mi się, że są one szorstkie. I to bardzo.

Panie redaktorze, utrwalił się taki stereotyp. Kiedyś Artur rzucił mi się do gardła. Kilka razy to mu się zdarzyło. Bardzo mi się to nie podobało, ale nauczyłem się tym nie przejmować. Robił to czasem pod publiczkę. Chciał się popisać przed kolegami. Wszyscy dojrzewamy, dawno tego nie było. Czasami mamy inne spojrzenie na różne sprawy, ale nasze relacje są jak w rodzinie. Nie zawsze każdego kocha się w danej chwili. Żyjemy z Arturem w relacjach promotor-zawodnik już chyba 13 lat, czyli kawał czasu. Przeżyliśmy jego wyroki karne, przeprowadzkę do USA, powroty. Dużo tego było. Artur nie jest łatwym pięściarzem do prowadzenia, ale przez te lata starałem się z nim współpracować najuczciwiej, jak potrafiłem.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek, dziennikarz Sport.pl i autor bloga: PoGongu

Więcej o: