Miał potencjał na mistrzostwo świata. Walka z Kownackim będzie najważniejszą w jego życiu

Kilka lat temu branżowe portale zastanawiały się, czy Robert Helenius może zostać bokserskim mistrzem świata. Kontuzje i konflikt z promotorem spowolniły jego karierę, którą w niedzielę nad ranem polskiego czasu może zakończyć Adam Kownacki.

- To będzie najważniejsza walka w moim życiu. W przeszłości toczyłem pojedynki o mniejsze tytuły, a teraz stoję przed wielką szansą. Nie zmarnuję jej. Jestem bardzo spokojny. Mam za sobą walki w kilku krajach, wygrywałem przecież z byłymi mistrzami świata - powiedział Robert Helenius przed walką z Adamem Kownackim.

"Nordycki Koszmar" i Kownacki zmierzą się już w nocy z soboty na niedzielę polskiego czasu. Helenius przed walką chętnie wraca do swoich najlepszych czasów, jednak te są już tylko wspomnieniem. Dziś 36-latek nie jest zaliczany do ścisłej czołówki pięściarzy wagi ciężkiej, a ewentualna porażka z Kownackim zakończy jego marzenia o tytule mistrza świata.

Zobacz wideo Helenius kolejną przeszkodą Kownackiego.

"Boks jest dla mnie wszystkim"

Helenius urodził się w Sztokholmie, gdzie żyła jego rodzina, a jego ojciec zajmował się boksem. Gdy Robert miał dwa lata, Heleniusowie przeprowadzili się do Finlandii. - Gdy miałem pięć lat, tata zabrał mnie i moich braci na salę treningową. Od tamtej pory wiedziałem, że chcę zostać pięściarzem. Treningi zacząłem w wieku 10 lat - wspominał Helenius w rozmowie z Fightsports.tv.

Chociaż najbliższy rywal Kownackiego ma podwójne obywatelstwo, to sam podkreśla, że więcej łączy go z Finlandią. To pod jej flagą stoczył ponad 200 amatorskich walk. Helenius był brązowym medalistą mistrzostw Europy kadetów, w 2006 roku został amatorskim wicemistrzem Europy. W tym samym roku przeniósł się do Niemiec, gdzie najpierw nie wywalczył awansu na Igrzyska Olimpijskie w Pekinie, a później związał się kontraktem z potężną grupą promotorską Wilfrieda Sauerlanda.

- Boks jest dla mnie wszystkim. To nie jest moja praca, to mój styl życia. Podporządkowałem temu wszystko: jedzenie, sen, trening. Wszystko kręci się wokół boksu. Mogłem zająć się czymś łatwiejszym, co przyniosłoby mi większe zyski, ale już jako dziecko wiedziałem, co chcę robić w życiu - mówił Helenius.

Zawodową karierę Fin rozpoczął w maju 2008 roku. Dziesięć zwycięstw z rzędu sprawiło, że niespełna dwa lata później Helenius doczekał się pierwszego, bardzo poważnego wyzwania. W styczniu 2010 roku jego rywalem był były mistrz świata - Lamon Brewster. Ten sam, który w 52 sekundy rozprawił się z Andrzejem Gołotą.

"Miał rzucić wyzwanie braciom Kliczko"

Do pokonania Brewstera, Helenius potrzebował ośmiu rund. Chociaż Amerykanin najlepsze lata miał dawno za sobą, to wygrana była dla Fina dużym krokiem naprzód. W ciągu następnych 18 miesięcy Helenius pokonał też dwóch innych, byłych mistrzów świata - Samuela Petera i Siarhieja Lachowicza. 

O "Nordyckim Koszmarze" rozpisywały się największe bokserskie portale. Fin był uważany za jeden z największych talentów w wadze ciężkiej. "Jak na dwumetrowego pięściarza Helenius ma bardzo szybkie ręce, a moc jego ciosu jest imponująca. To bardzo dokładny zawodnik, który ma też naturalny dar do kontrolowania dystansu oraz własnego temperamentu. Fin nie jest ani zbyt agresywny, ani przesadnie spokojny. Te cechy sprawiły, że pokonał Petera szybciej niż Władimir Kliczko ledwie siedem miesięcy wcześniej" - pisał o nim portal Bleacherreport.com.

W grudniu 2011 roku doszło do walki Heleniusa z Dereckiem Chisorą. Stawką pojedynku był tytuł mistrza Europy oraz przepustka do walki o mistrzostwo świata. Chociaż Fin wygrał niejednogłośnie na punkty, to zwycięstwo nie dało oczekiwanych efektów. Wręcz przeciwnie, stało się początkiem największych problemów w jego karierze.

Według wielu ekspertów lepszym pięściarzem w walce, która odbył się w Helsinkach, był Chisora. - To niezrozumiała decyzja. Robert miał być twardym gościem, który najpierw rozbije Chisorę, a później rzuci wyzwanie braciom Kliczko. Dereck obnażył jednak jego wszystkie braki. Według mnie Fin wygrał maksymalnie cztery rundy. Pomogły mu ściany - mówił po walce słynny trener Freddie Roach.

"Helenius był wtedy niepokonanym zawodnikiem grupy Sauerland Promotions i pokładano w nim spore nadzieje, co też niewątpliwie miało znaczenie w takiej, a nie innej ocenie jego walki" - na łamach "Polsatu Sport" napisał Janusz Pindera. Prestiżowy magazyn "The Ring" wynik pojedynku uznał za "prezent" dla Heleniusa, przez co Fin spadł w jego rankingu z piątego na szóste miejsce wśród kandydatów do walki o mistrzostwo świata.

Kłopoty ze zdrowiem i promotorem

Słabą postawę w walce z Chisorą Helenius tłumaczył kontuzją prawej ręki, której doznał w pierwszej rundzie. Badania wykazały niewielkie złamanie, jednak wymagało ono zabiegu, by zapobiec kolejnym urazom. Fin wrócił na ring po 11 miesiącach przerwy i odniósł dwa kolejne zwycięstwa. W drugiej walce, w której pokonał na punkty Michaela Sprotta, Helenius złamał nadgarstek i potrzebował kolejnego zabiegu.

Mniej więcej w tym samym czasie rozpoczęły się jego problemy z promotorem. W styczniu 2014 roku ojciec pięściarza zorganizował konferencję prasową, na której zarzucił grupie Sauerlanda nieodpowiednie prowadzenie syna. Według Kalle Heleniusa Niemcy zmuszali jego syna do podejmowania walk z niezaleczoną kontuzją, co miało mieć wpływ na jego kolejne problemy zdrowotne. Jego zdaniem agenci Sauerlanda oszukali Roberta przy podpisywaniu umowy, która m.in. nie gwarantowała mu ubezpieczenia i zaniżała jego zarobki.

- Lata z Sauerlandem były piekłem. Dzisiaj jesteśmy im winni 50 tysięcy euro za niezbędne operacje. Chociaż twierdzili, że koszty będą pokryte z ubezpieczenia, to okazało się, że oni nam te pieniądze tylko pożyczyli - grzmiał Helenius senior.

- Umowa, którą dyrektor sportowy Sauerlanda przedstawił nam w Helsinkach w 2007 roku, była fantastyczna. To, co Robert podpisał później w Niemczech, było czymś zupełnie innym. Robert zaufał im, nie przeczytał kontraktu jeszcze raz, co było największym błędem jego życia. Wynagrodzenie zostało zmniejszone o połowę! Za walkę z Brewsterem mój syn otrzymał 15 tysięcy euro, a Amerykanin 50. Co więcej, w umowie była klauzula, która zakazywała Robertowi opowiadania komukolwiek o szczegółach. Dowiedziałem się o nich po trzech latach.

- Gdy Robert zgłosił kontuzję prawej ręki, doktor zrobił małe badania i powiedział, że może walczyć. Gdy mój syn twierdził, że ból nie ustępuje, trener Ulli Wegner odpowiedział, by przestał narzekać. Słyszałem, że Nisse Sauerland ma przyjechać do mnie z dwoma gorylami, by porozmawiać o moim podejściu do jego grupy. Czekam i serdecznie zapraszam - zakończył.

- Gdy podpisywałem umowę z Niemcami miałem 23 albo 24 lata. Nie miałem pojęcia o tym biznesie. Wykorzystali to i mnie oszukali - mówił w fińskich mediach sam pięściarz. Heleniusowie jednostronnie zerwali umowę z grupą Sauerlanda, przez co sprawa trafiła do sądu.

Treningi i praca w odlewni

Z tego powodu Helenius nie walczył aż przez dwa lata, a jego kariera załamała się. Wraz z rodziną wrócił na Wyspy Alandzkie. Mimo że Fin rozpoczął tam treningi pod okiem nowego szkoleniowca - Johana Lindstroma - to boks musiał zejść na dalszy plan. Musiał, bo przez przymusową przerwę w sporcie, Helenius rozpoczął "normalną" pracę. Pięściarz pracował m.in. w odlewni.

- To dość specyficzne zajęcie. Podjąłem zatrudnienie, aby wyżywić siebie, żonę i dzieci. Gdy pracujesz, trening bokserski siłą rzeczy nie może być tak intensywny i kompletny. Nastały trudne czasy. Mieszkaliśmy w naprawdę starej, dwustuletniej chacie na pięćdziesięciu czterech metrach kwadratowych. A musicie wiedzieć, że zimą w Finlandii jest bardzo zimno - opowiadał Helenius w wywiadzie na łamach "Przeglądu Sportowego".

Fin zmienił tryb życia, ale nie zrezygnował z treningów. A te, dzięki podejściu Lindstroma, zdecydowanie różniły się od zajęć w Niemczech. - Każdy może trenować ciężko, ale nie każdy potrafi robić to mądrze. Z uwagi na minione kontuzje Roberta podzieliliśmy jego zajęcia na części. W jednym okresie pracowaliśmy nad koordynacją i elastycznością, w drugim nad kondycją, a w kolejnym nad siłą. Po przejściu przez wszystkie fazy rozpoczęliśmy zajęcia mające na celu wykorzystanie wszystkich tych umiejętności. Tak buduje się sportowca - opowiadał Lindstrom na łamach portalu Finlandtoday.fi.

- Nie rozumiem, jak ktokolwiek mógł zmuszać go do treningu z workiem bokserskim, gdy narzekał na kontuzję ręki. To niedorzeczne, to tylko pogłębiało jego problemy. Taki uraz nie sprawiał jednak, że Robert musiał całkowicie przerywać zajęcia. W zamian mógł pracować nad kondycją i wytrzymałością. Na przykład poprzez dłuższe biegi - dodał.

Helenius postanowił wrócić w marcu 2015 roku. W Tallinie już w pierwszej rundzie pokonał Węgra Andrasa Csomora. Trzy miesiące później, w trzeciej rundzie, znokautował Gruzina Bekę Lobjanidze. Przy pierwszym pojedynku odezwała się grupa Sauerlanda, która uważała walkę za nielegalną. Sąd na Wyspach Alandzkich uznał jednak, że do momentu rozstrzygnięcia sporu między stronami, pięściarz może samodzielnie organizować kolejne pojedynki.

W grudniu tego samego roku Helenius odzyskał tytuł mistrza Europy. Fin pokonał jednogłośnie na punkty Niemca Franza Rilla. Początkowo Helenius miał walczyć z rodakiem Rilla - Erkanem Teperem - jednak ten wycofał się z pojedynku z powodu kontuzji. Pierwszą obroną odzyskanego tytułu miała być dla Heleniusa rewanżowa walka z Chisorą.

Miała, jednak Fin odrzucił taką możliwość. Zamiast tego za rywala wybrał sobie Francuza - Johanna Duhaupasa. Walka zakończyła się sensacyjną porażką Heleniusa w szóstej rundzie. Była to pierwsza przegrana "Nordyckiego Koszmaru" na zawodowych ringach.

Niespodziewana ugoda i powrót

Kiedy wydawało się, że kariera Heleniusa znalazła się na kolejnym, poważnym zakręcie, w mediach pojawiło się oświadczenie grupy Sauerlanda oraz otoczenia pięściarza. Strony doszły do porozumienia, zrezygnowały ze wszystkich postępowań prawnych i zawarły umowę współfinansowania co najmniej dwóch walk zawodnika.

- Zawsze wierzyliśmy, że Robert może zostać mistrzem świata. Naszym celem jest przywrócenie go do rywalizacji o tytuł - mówił wtedy dyrektor generalny niemieckiej grupy Nisse Sauerland.

Helenius po powrocie bez problemu wygrał dwa pojedynki i już w październiku 2017 roku otrzymał szansę walki o mistrzostwo świata. Fin przegrał na punkty z Dillianem Whyte’em pojedynek o wakujący pas WBC Silver. Porażka Heleniusa nie była jednak niespodzianką. Brytyjczyk długo nie mógł znaleźć przeciwnika, a Fin podjął walkę na kilka tygodni przed terminem. Głównie z powodów finansowych.

- Sauerland Event zostawiło mnie z długami. Nie miałem nawet pieniędzy na to, aby swobodnie wrócić do Finlandii. Choć moje największe walki transmitowano w niemal 70 krajach, to nic z tego nie miałem. Zostały mi jedynie długi - opowiadał Helenius w wywiadzie w "Przeglądzie Sportowym".

Porażka z Whyte’em nie wpłynęła mocno na pozycję Fina w wadze ciężkiej. Po kolejnym powrocie Helenius odniósł trzy zwycięstwa z rzędu. Latem zeszłego roku "Nordycki Koszmar" postanowił zaprezentować się przed amerykańską publicznością. Jego debiut w USA wypadł jednak fatalnie. Helenius przegrał przez nokaut w ósmej rundzie z Geraldem Washingtonem, którego kilka miesięcy wcześniej w dwie rundy zdemolował Kownacki.

- W walce z Washingtonem poczułem się zbyt pewnie. Za bardzo się odprężyłem, zgubiłem koncentrację. Sam jestem sobie winien, więc z tej porażki nie wyciągałbym większych wniosków - mówił Helenius na łamach portalu Worldboxingnews.net.

Walka z Kownackim, czyli "walka życia"

W listopadzie Fin bez problemów poradził sobie z Brazylijczykiem Mateusem Roberto Osorio. Było to jednak tylko przetarcie przed walką z Kownackim. Walką, której wynik najprawdopodobniej zdecyduje o losach kariery Heleniusa. Wygrana może okazać się przepustką do walki o mistrzostwo świata. Porażka najpewniej definitywnie zakończy nadzieje 36-latka.

- To najważniejsza walka w moim życiu i jestem do niej najlepiej przygotowany. Przez cztery tygodnie trenowałem w domu, później spędziłem tydzień w Alabamie, gdzie sparowałem u boku Deontay'a Wildera. Debiut w USA był bardzo zły, ale ruszę na Kownackiego od pierwszej rundy i pokażę amerykańskiej publiczności, na co mnie stać - powiedział Helenius.

- Adam ma wielkie serce do walki, ale jego umiejętności nie są imponujące. Wiem, gdzie znajduje się moja przewaga. Mam plan na ten pojedynek i nie pozwolę Kownackiemu narzucić swojego stylu - dodał, nawiązując do swojego wzrostu (Helenius jest o dziewięć centymetrów wyższy) oraz imponującego zasięgu ramion.

Fińskie media poświęcają walce dużo uwagi. - Wszyscy wiemy, jak walczy Adam. Bardzo dużo pracowałem nad kondycją. Nie chcę wdawać się z nim w bijatykę. Moim celem jest wykorzystanie jego błędu w defensywie. A taki na pewno się pojawi - powiedział Helenius w rozmowie z portalem Satakunnankansa.fi.

- To jedna z najważniejszych walk w historii krajów nordyckich. Kibice zobaczą spektakularny pojedynek. Kownacki jeszcze nigdy nie przegrał, więc teraz będzie musiał poradzić sobie z nowym doświadczeniem - zapowiedział.