Warszawski łobuz w drodze po mistrzostwo świata. Czy Maciej Sulęcki pokona Demetriusa Andrade?

Maciej Sulęcki (28-1), obok Adama Kownackiego, to największa polska nadzieja na tytuł mistrza świata w zawodowym boksie. W nocy z soboty na niedzielę zmierzy się z Demetriusem Andrade (27-0). Stawką pojedynku jest pas mistrzowski WBO w wadze średniej.

Od dzieciaka rozrabiał i lubił się bić. Słowem, był łobuzem. Nauczyciele ze szkoły podstawowej nieustanie dzwonili z pretensjami do jego rodziców, aż w końcu ojciec zapisał urwisa na boks. I tak to się zaczęło: od treningów na Gwardii pod okiem trenera Romana Misiewicza, a potem Stanisława Łakomca i Sebastiana Skrzecza. Tam nauczył się podstaw boksu, ale waleczności nauczyło go życie.

Zobacz wideo

- Nie przesadzałbym, że miałem jakoś wyjątkowo trudne dzieciństwo, bo z pewnością byli tacy, co mieli znacznie gorzej. Na pewno nie byłem z bogatego domu. Bywały ciężkie momenty, szczególnie gdy rodzicie się rozwiedli, ale nigdy nie narzekałem, bo trudne warunki szlifują charakter - mówi Sulęcki.

Przełomowa walka z Proksą

Przełomowym momentem w karierze Sulęckiego była wygrana walka z Grzegorzem Proksą w 2014 roku na gali Polsat Boxing Night. A przecież nikt na niego nie stawiał. Szczególnie, że walczył z kontuzjowaną prawą dłonią. Sulęcki jednak sprawił sensację i już w 7. rundzie brutalnie znokautował Proksę.

Następnie rozprawił się kolejno z: Darrylem Cunninghamem, Rodriguezem Berrio, Derrickiem Findleyem, Hugo Centeno Jr., Michi Munozem, Damianem Bonellim i Jackiem Culcay. Z tym ostatnim jednak nie wypadł najlepiej.

- Zgubiła mnie pewność siebie. Myślałem, że skoro obiłem kilku łatwych przeciwników, to już sobie z każdym poradzę. Poza tym, nie byłem wtedy przygotowany do tej walki w stu procentach. Mieszkałem poza Warszawą, urządzałem dom, urodziła mi się córeczka. Treningi były dla mnie upierdliwe - wyjaśnia Sulęcki. Pięściarz jednak uczy się na błędach, więc od tamtej pory zawsze gdy przygotowuje się do walk, to opuszcza dom rodzinny. Mieszka samemu w wynajętym mieszkaniu, tak by w pełni skoncentrować się na boksie. Śniadania, trening, obiad, trening, regeneracja, sen. I tak w kółko. Aż do walki.

Przeżył śmierć trenera

W kwietniu 2018 roku zmierzył się z Danielem Jacobsem, byłym mistrzem świata. Polak zaprezentował się świetnie, ale ostatecznie przegrał na punkty. Niektórzy jednak, np. Artur Szpilka, kwestionowali uczciwości werdyktu sędziów.

Po walce z Jacobsem wiele się zmieniło. Ale nie wszystko na lepsze. Choć na stałe zagościł w światowej czołówce, to musiał się pogodzić ze stratą tragicznie zmarłego Andrzeja Gmitruka. Trenera, który był jego prawdziwym mentorem. - Najwięcej zawdzięczam Panu Andrzejowi. Świetnie mnie motywuje, jest w tym naprawdę kapitalny, a także walcząc u jego boku, wiem że mam dodatkową parę oczu. On wszystko widzi. Od razu wychwytuje błędy i stara się je natychmiast niwelować – mówił przed walką z Jacobsem Sulęcki. Gmitruka już nie ma, a nowym trenerem Sulęckiego został Piotr Wilczewski, kiedyś kolega z sali, dziś jego szkoleniowiec.

- Siadło mi to na głowie, przeżyłem to bardzo mocno. Śmierć trenera to był wielki szok i do kilku dni po pogrzebie myślałem tylko o tym. W pewnym momencie poczułem, jednak że czas się ogarnąć. Czuję, że trener wspiera mnie tam z góry duchowo - oznajmił pięściarz w rozmowie z TVP Sport.

Spełni marzenie?

Już w najbliższy weekend Sulęcki będzie mógł spełnić swoje marzenia o zostaniu mistrzem świata. Zadanie nie będzie jednak łatwe, bo jego rywalem jest niepokonany Andrade. - Amerykanie od dawna wiążą z nim ogromne nadzieje. W boksie amatorskim osiągnął wiele. Dwa razy wygrał prestiżowy turniej Złote Rękawice. Złota igrzysk olimpijskich jednak nie zdobył. Ale i tak mówimy o pięściarzu z najwyżej półki. W końcu jeszcze nigdy nie przegrał – mówi nam Janusz Pindera, ekspert bokserski telewizji Polsat.

I dodaje: - Andrade to bardzo „śliski” i niewygodny rywal. W ringu charakteryzuje się specyficzną odwrotną pozycją, często ustawia się do swoich rywali bokiem, przez co trudno go trafić. Jego boks też nie jest łatwy do opisania. Najtrafniej określić to mianem kontrolowanego chaosu. Andrade często obniża pozycję, a że jest bardzo szybki, to trzeba na niego uważać. Szczególnie na jego prawy sierpowy – mówi Pindera.

- To będzie zupełnie inna walka niż z Jacobsem. Być może nie będzie to piękny pojedynek, ale na pewno zacięty. Mam tylko nadzieję, że Maciek utrzyma pełną koncentrację, bo chwila nieuwagi na tym poziomie, może skończyć się tragicznie. Mimo że do tej pory, nawet jak miewał kryzysy, to z nich wychodził. Bukmacherzy stawiają na Amerykanina, ale dla mnie to typowa walka 50 na 50 – ocenił Pindera.

Jeśli Sulęcki wygra to zostanie jedynym obecnym polskim mistrzem świata. I kto wie, może w przyszłości stanie się kimś dla kibiców, kim był Andrzej Gołota? Choć to może niefortunne porównanie.- Kiedyś był moim idolem, ale po tym jak uciekł z ringu podczas walki z Tysonem przestał nim być. Pamiętam taką śmieszną sytuację z hali Gwardii, jak byłem dzieciakiem. Wraz z trenerem Misiewiczem przechodzimy korytarzem i nagle dostrzegamy Andrzeja Gołotę. Trener mnie pyta: chcesz z nim zdjęcie? A ja spojrzałem w oczy Gołocie i mówię: z nim? Nie, dziękuję. Byłem potwornie zły na niego. Ucieczka z ringu była dla mnie niewyobrażalną ujmą na honorze. Mam nadzieję, że nigdy żaden kibic nie będzie się za mnie wstydził. A nawet liczę, że będziecie ze mnie dumni – przekonuje Sulęcki.