Dariusz Michalczewski: Dzisiaj gaże pięściarzy są śmieszne. Ja brałem sto tysięcy za reklamę na spodenkach

Dariusz Michalczewski po trzynastu latach od zakończenia kariery sportowej został promotorem boksu. Pierwszą galę zorganizuje 8 grudnia w Gdańsku. - Dzisiaj gaże zawodników są śmieszne w porównaniu z tym, ile ja zarabiałem. Chcę organizować w Polsce walki o mistrzostwo świata - mówi Michalczewski.

Krzysztof Smajek: Dlaczego tak długo odpoczywał pan od boksu?

Dariusz Michalczewski: Po 25 latach boksowania miałem już dość tego sportu. Przez 11 lat walczyłem na ringach amatorskich, później przez 14 lat na zawodowych. Za dużo tego było. Bardzo kochałem boks, ale męczyło mnie napięcie i stres, które mu towarzyszyły. Wobec mnie zawsze były duże oczekiwania. Jeszcze dwa lata po zakończeniu kariery, gdy wstałem rano z łóżka, to przebierałem nerwowo nogami, bo myślałem, że muszę iść na trening. Odczuwałem ulgę, gdy dochodziło do mnie, że mam wolne. Kilkanaście lat odpocząłem od boksu i teraz wracam w roli promotora.

Kto pana namówił do wejścia w ten biznes?

Do podjęcia tej decyzji dojrzewałem. Wiele razy rozmawiałem o promotorce z moim wspólnikiem Przemkiem Szymańskim, aż w końcu podczas naszych dyskusji zacząłem o sobie mówić per promotor. Skoro tak już siebie nazywałem, to klamka zapadła. Wpadłem w to. Podoba mi się ta robota i wydaje mi się, że znam ją od podszewki. Boks jest teraz w kryzysie. Czyli to dobry moment na wejście w biznes.

>> Anthony Yigit z fatalną kontuzją. Sędzia przerwał walkę [ZDJĘCIE]

Ile gal rocznie chce pan organizować?

Na razie skupiamy się na gali 8 grudnia w Gdańsku. W przyszłym roku, jak dobrze pójdzie, chcemy zrobić co najmniej trzy duże gale. Jedną z nich planuję zorganizować w Hamburgu.

Często pojawiają się informacje, że promotor X pokłócił się z zawodnikiem Y. O co najczęściej kłócą się ludzie w boksie?

O kasę, bo to jest nieuniknione. Zawodnik chce jak najwięcej zarabiać, a promotor płaci mu jak najmniej, bo chce mieć więcej dla siebie. Ja miałem bardzo dobry kontakt z promotorem, Klausem Peterem Kohlem. Był dla mnie jak ojciec, ale prowadziliśmy twarde negocjacje. Czasami przez godzinę lub dwie ostro się kłóciliśmy, ale rozstawaliśmy się w zgodzie. Kohl mówił: do roboty, syneczku. Zawsze miałem dwie walki - jedną o gażę, a drugą w ringu.

>> Izu Ugonoh poznał rywala. Został nim Ali Eren Demirezen

O duże kwoty się kłóciliście?

Na początku zawodowej kariery były sprzeczki o małą kasę. Kohl mówił, że za walkę da mi 80 tysięcy marek, ja chciałem 100 tysięcy. - Bierz 80 tysięcy, bo przyprowadzę ci przeciwnika, który ci wpier…. - mówił Kohl. - Ok, niech będzie 80 tysięcy – odpowiadałem i było po negocjacjach. Później, jak już zrozumiałem biznes, to chciałem zarabiać coraz więcej. Proponowałem 150 tysięcy, a Kohl znów zaczął straszyć, że przyprowadzi rywala, który mnie zleje. Wtedy już wiedziałem, że jestem mocny, więc odpowiadałem: przyprowadzaj, kogo chcesz. I płać. Po latach były już rozmowy o wyższych stawkach. Chciał płacić trzy i pół miliona, ja chciałem cztery. Byłem koniem pociągowym grupy Universum, więc w rozmowach z Kohlem mogłem pozwolić sobie na więcej niż inni chłopcy. Zawsze jakoś się dogadywaliśmy.

Jako promotor będzie pan stał po tej samej stronie barykady co Kohl. Jest pan gotowy na twarde negocjacje z pięściarzami?

Tak, ale na razie dam im więcej niż będą chcieli, bo w grę nie wchodzą jeszcze duże pieniądze. Dzisiaj gaże są śmieszne w porównaniu z tym, ile ja zarabiałem. Za reklamę na spodenkach brałem sto tysięcy marek, a jak ktoś chciał się targować i proponował dziesięć tysięcy mniej, to kończyłem dyskusję i kumpel dostawał reklamę za darmo. To były inne czasy, inne zarobki i inny poziom sportowy.

Pierwszym pięściarzem, z którym podpisał pan kontrakt jest Izu Ugonoh. On będzie twarzą pana stajni bokserskiej?

Nie byłoby mnie tutaj, gdybym nie wierzył, że Izu jest diamentem do oszlifowania. Reszta jest w jego rękach. Wielu chłopaków chce u mnie boksować. Mam wiele pomysłów. I mam możliwości ich realizacji.

Jaki ma pan pomysł na karierę Izu?

Chciałbym, żeby w 2020 roku walczył o mistrzostwo świata. Po grudniowej walce o pas WBO Europe wejdzie do pierwszej dziesiątki. Później jeszcze ze dwa pojedynki i konfrontacja z mistrzem.

Zgodzi się pan z opinią, że Izu do tej pory nie wycisnął stu procent z kariery?

Izu ma 31 lat. W przypadku pięściarza wagi ciężkiej to nie jest dużo. Ma przed sobą jeszcze sporo lat boksowania. Przecież on nie zaczyna kariery. Ma za sobą walkę z Dominikiem Breazeale'em, w której pokazał, że należy do światowej czołówki. Jestem przekonany, że to jest materiał na mistrza świata.

Jednak po walce z Breazeale'em Izu wypadł na długo z obiegu. Od lutego 2017 roku stoczył tylko jeden pojedynek.

Izu może kłócić się ze mną o gaże i warunki, ale nie może spierać się o dobór przeciwników. On nie powinien walczyć z rywalami spoza setki rankingu. Każdy przeciwnik musi mu dać jakieś doświadczenie. Izu musi przechodzić kryzysy w trakcie walk. Ali Eren Demirezen będzie wymagającym rywalem. Ma na koncie dziesięć pojedynków, wszystkie wygrał przed czasem. Jestem przekonany, że Izu z nim wygra i podskoczy w rankingach.

>> Mariusz Wach podłoży się Szpilce? "Wiking" zaprzecza

Kiedyś współpracował pan z Mateuszem Masternakiem. On może trafić do pańskiej grupy?

Ktoś do kogoś na pewno zadzwoni. Szkoda mi Mateusza, bo z Dorticosem dał fajną walkę, ale przegrał zasłużenie. Możliwe, że na polskim ringu sędziowie daliby mu wygraną. Przede wszystkim Masternak nie miał inicjatywy. Jak Dorticos szedł do przodu, to on się cofał. Pokazał charakter, ale nie narzucił rywalowi swojego stylu. Dostosował się do tego, co robił Kubańczyk. Mateuszowi zabrakło agresji, nie zaryzykował. To był światowy poziom boksu. Niestety, takich walk jest dzisiaj jak na lekarstwo.

Kto będzie odpowiadał za matchmaking w pana grupie?

To moja działka. Następną galę będę organizował prawdopodobnie w kwietniu w Gliwicach. Chciałbym, żeby odbyła się tam walka o mistrzostwo świata. Oczywiście nie naszego pięściarza. Na moich galach będą występowali zawodnicy z całego świata. Będę kładł nacisk na poziom sportowy.

Jest pan zwolennikiem walk polsko-polskich?

Rynek pokazuje, że kibice chcą takich pojedynków. Ludzie lubią oglądać zawodników, których znają i się z nimi utożsamiają, bo są z tego samego miasta, bo robią zakupy w tym samym sklepie co oni. Lokalny bohater przyciągnie więcej kibiców niż lepszy od niego pięściarz, ale nieznany w Polsce. W naszym kraju nie wszyscy znają się na boksie. Wielu kibiców w trakcie walk krzyczy: lewa, prawa i uderz.

Maciej Kawulski, współwłaściciel KSW, powiedział, że boks to są dwa ciosy.

Trochę nie docenił boksu. To jest szermierka na pięści, szybkie szachy jak ja to nazywam. MMA nie jest tak spektakularne jak boks na najwyższym poziomie.

MMA jest zagrożeniem dla boksu? Czy te dyscypliny mogą dobrze funkcjonować obok siebie?

Pewnie, że mogą. Choć nie wiem, jaki jest poziom MMA w Polsce, bo się na tym nie znam. Czasem oglądam KSW i widzę, jak dwóch facetów się bije w stójce, za chwilę są w klinczu i się wywalają. Później wstają i znów się wywalają. Czasami są spektakularne kopnięcia i nokauty. Przyznaję jednak, że KSW robi fajny show.

KSW idzie też w kierunku freak fightów. Zna pan Popka?

Chyba kojarzę. To jest ten wytatuowany raper ze złotymi zębami?

Tak. Z klatki KSW go pan kojarzy czy ze sceny muzycznej?

Bardziej z klatki. Jego kawałków nigdy nie słyszałem.

Czy w boksie jest miejsce dla takich ludzi jak Popek?

Nie, bo boks to jest wyższa szkoła jazdy niż MMA. Trzeba znać abecadło. W MMA wystarczy jak jesteś silny albo sprytny. Podejrzewam, że Popek wyszedłby do ringu z juniorem i dostałby po pysku. A w MMA może wygrać z jakimiś osiłkiem podobnym do siebie.

>> Artur Szpilka zrobił show na konferencji prasowej. Ubrał swoje psy w... garnitury!

Boks jest dzisiaj popularny w Polsce?

Ludzie są głodni boksu, kiedyś to była nasza narodowa dyscyplina. Poza piłką nożną oczywiście. Dlatego zostałem promotorem.

Dlaczego pięściarzom jest tak trudno zakończyć karierę? Mówią do widzenia i za chwilę wracają.

Przede wszystkim chodzi o kasę. Większość sportowców dwa lata po zakończeniu kariery zostaje bez pieniędzy. Jesteśmy upośledzeni życiowo i biznesowo. Od młodych lat wszyscy wszystko za mnie robili. Oprócz treningów nie miałem innych obowiązków. Na dodatek obchodzono się ze mną jak z jajkiem. Cicho, bo Darek śpi, cicho bo Darek odpoczywa. W trakcie kariery zbierasz kasę, która systematycznie wpada na konto. Nie masz czasu jej wydawać. Owszem, kupisz samochód sobie, żonie. Kupisz też dom, ale wypłaty cały czas wpływają i kupka rośnie. Gdy idziesz na sportową emeryturę, nic nie potrafisz robić. Masz więcej czasu, wokół ciebie pojawia się więcej kumpli. Wydajesz oszczędności i nawet nie zauważasz, że na koncie zamiast kasy jest już tylko kurz. Sportowiec ma dwa lata, żeby znaleźć nowy pomysł na życie. Jeżeli tego nie zrobi, to wpada w finansowe kłopoty. Dlatego pięściarze próbują cerować budżet powrotami na ring.

Tomek Adamek też miał problemy z zakończeniem kariery, ale on nie wracał na ring z powodów finansowych. Chciał jeszcze raz wejść na szczyt. Co pan sądzi o tych próbach?

Wydaje mi się, że Tomek wracał dla pieniędzy. W starciu z Jarrellem Millerem nie podjął jakiekolwiek walki. Po ciosach Amerykanina uklęknął, nie wiem nawet, czy nie chciał się przewrócić. Przed walką fajnie opowiadał o swojej szybkości i dałem mu się nabrać. Gdy zobaczyłem tego grubasa Millera, to myślałem, że Adamek wygra. Tak słabego Tomka jeszcze nie widziałem. Doradziłbym mu, żeby już skończył karierę. Moim zdaniem niepotrzebnie zmieniał kategorię wagową. Ktoś mu nagadał, że w ciężkiej będą duże pieniądze. W cruiser do dzisiaj byłby mistrzem świata.

Pan nie roztrwonił pieniędzy zarobionych w ringu.

Jeden z doradców Kohla powiedział mi kiedyś: Darek, ty jesteś marką. Możesz na tym zarabiać pieniądze. Wróciłem do domu i zastanawiałem się, o co chodzi z tą marką. Później dowiedziałem się, że muszę iść do urzędu patentowego i zarejestrować znak towarowy. Tak zrobiłem. Inwestowałem pieniądze.

Zawodników ze swojej grupy promotorskiej będzie pan tego uczył?

Dzisiaj trochę się już to zmieniło, bo prawie każdy pięściarz ma swojego doradcę. Jak podpisuję kontrakt z zawodnikiem, to nie rozmawiam z nim, tylko z jego menedżerem. Chłopaki muszą jednak pamiętać, że menedżer to musi być zaufany człowiek. Braciom Kliczko, gdy przyjechali do Hamburga, dałem radę: panowie, musicie mieć innego doradcę finansowego i innego adwokata niż Kohl. Ja tak zrobiłem i dobrze na tym wyszedłem. Kohl był na mnie obrażony, ale miałem to w nosie.

Po raz kolejny znalazł się pan wśród nominowanych do Międzynarodowej Bokserskiej Galerii Sław. Nie irytuje pana, że jeszcze tam pan nie trafił?

Od synów i kibiców dowiaduję się, że gdzieś tam zostałem nominowany. Nie przywiązuję do tego wielkiej wagi. Nie mam wszystkich mistrzowskich pasów, które zdobyłem na zawodowych ringach, bo je rozdałem na licytacje. Nie jestem gadżeciarzem. A jeśli chodzi o Galerię Sław, to pewnie kiedyś tam trafię.