Przed sobotnim pojedynkiem wyraźnym faworytem bukmacherów był David Haye. Były mistrz świata WBA odgrażał się, że może znokautować Bellewa w każdej chwili. Podczas spotkań obu pięściarzy konieczna była ochrona, aby nie skoczyli sobie do gardeł.
Kibice liczyli więc na wojnę w ringu i z pewnością się nie zawiedli.
Od początku starcia Haye nastawiony był bardzo ofensywnie. Poruszał się nisko na nogach i wyczekiwał odpowiedniego momentu na atomowy atak. Kilkakrotnie wystrzelił jak z armaty, lecz jego ciosy mijały się z celem. Kiedy w końcu w czwartej rundzie trafił serią uderzeń na szczękę Bellewa, wydawało się, że koniec jest blisko. Jego rywal przetrwał jednak nawałnicę, a następnie całkowicie odwrócił losy rywalizacji.
Szósta runda była prawdziwą wymianą ciosów, a Haye nieoczekiwanie wylądował na macie. Podniósł się, lecz jego największym problemem stało się ścięgno Achillesa. Już przed walką krążyły pogłoski, że nie jest w pełni zdrowy, co w sobotnią noc okazało się to prawdą.
Od siódmej rundy Haye nie był w stanie normalnie się poruszać i zapraszał Bellewa do ataku. Sam stawał przy linach i wyczekiwał jednego celnego uderzenia, którym zakończyłby walkę na swoją korzyść. "Bombardier" z Liverpoolu walczył jednak ostrożnie i stopniowo wykańczał bardziej doświadczonego przeciwnika.
W jedenastej rundzie Bellew posłał serię uderzeń, po których kulejący "Hayemaker" wpadł w liny i omal nie wypadł z ringu. Sędzia rozpoczął liczenie, David podniósł się najszybciej jak mógł, lecz z jego narożnika wyleciał biały ręcznik. I sensacja stała się faktem - skazywany na porażkę Bellew wygrał swoją debiutancką walkę w wadze ciężkiej.
Pojedynek dwóch brytyjskich pięściarzy obfitował w wiele uderzeń i dramaturgię. Haye przez niemal połowę starcia nie był w pełni sprawny, ale zostawił serce w ringu i się nie poddał. Bellew co prawda zwyciężył, ale swoją postawą pokazał, że nie ma szans z innymi zawodnikami królewskiej kategorii.
Pomimo wcześniejszych bardzo niekulturalnych zachowań, obaj panowie wymienili po walce kilka zdań i serdecznie sobie za nią podziękowali.