Sosnowski dla Sport.pl: nie warto deprecjonować swojego rekordu i szukać niewielkich pieniędzy, szczególnie kosztem zdrowia

Zaczynał od gal Andrzeja Gołoty, potem walczył też przed Mayweatherem czy Pacquiao. - Kiedyś do ringów wchodziłem taśmowo - wspomina Albert Sosnowski, podsumowując swoją karierę dla Sport.pl. Sam rękawice założy ewentualnie, by się pożegnać. Swoje doświadczenia z 60 walk przekazuje teraz innym. Na tym poprzestanie. Książki nie napisze, do klatki MMA nie wejdzie - Lepiej pouczę się języków - dodaje.
Andrzej Fonfara otwarty trening bokserski poprowadził wspólnie z Albertem Sosnowskim. Andrzej Fonfara otwarty trening bokserski poprowadził wspólnie z Albertem Sosnowskim. FOT. KUBA ATYS

Albert Sosnowski wygrał 49 zawodowych walk, w tym 30 przez nokaut. Przegrał 9 razy, dwa razy zremisował. Był mistrzem świata organizacji WBF mistrzem Europy i pretendentem do tytułu mistrza świata organizacji WBC. 20 letnią pięściarską karierę rozpoczął 1998 roku.

Na bokserskiej emeryturze

Kacper Sosnowski: 2018 rok oznacza dla ciebie początek bokserskiej emerytury?

Albert Sosnowski: Zależy co przez to rozumiemy. Na salę chodzę, bo teraz skupiam się na prowadzeniu treningów, mam zajęcia z młodzieżą. Robię papiery trenerskie. Jestem w stałym kontakcie z Adamem Kusiorem i Darkiem Karpińskim, którzy robią sesje szkoleniowe dla instruktorów.  W 2018 będę pełnoprawnym trenerem. Docelowo marzy mi się, by prowadzić profesjonalnych zawodników.

Chodziło mi bardziej o twoją emeryturę jako pięściarza.

- Cóż, niedosyt po ostatniej walce z Łukaszem Różańskim pozostał. Chciałem zakończyć karierę zwycięstwem, ale te plany zostały brutalnie zweryfikowane. Nie do końca sumiennie się do tego starcia przyszykowałem, trochę zlekceważyłem rywala. On był za to przygotowany perfekcyjnie.

Z jednej strony chodzi mi po głowie jakaś walka, a z drugiej wiem, że do niej nie dojdzie. Nie będzie mi się to opłacało z punktu widzenia biznesowego. Ja mam swoje warunki finansowe i z nich nie zrezygnuję. Konfrontacja z młodszym zawodnikiem, który się dopiero buduje też już jest nie dla mnie. Poza tym nie chce mi się już tak mocno trenować, nie mam sztabu szkoleniowego, ćwiczę sam dla siebie, młodszy też nie będę. Po co bym miał do tego ringu wychodzić? Chyba, że na jakieś pożegnanie.

Andrzej Fonfara ćwiczy z Albertem Sosnowskim Andrzej Fonfara ćwiczy z Albertem Sosnowskim FOT. KUBA ATYS

Obok Tomka Adamka jesteś chyba ostatnim naszym pięściarzem, który zaczynał bić się jeszcze w XX wieku - walczył na jednych galach z Andrzejem Gołotą, stanął w ringu przeciw Kliczce i dobił do 60 walk.

- Taka kolej rzeczy. Wiadomo, że serce i głowa chciałyby walczyć na najwyższym poziomie, ale w którymś momencie się już nie da. Tomek Adamek ma przynajmniej jeszcze zapewniony i zorganizowany cały obóz przygotowawczy w górach. Na trening nie musi nigdzie dojeżdżać, potem odpoczywa, przychodzi na gotowe jedzenie. Nic go nie interesuje, wszystko ma, ma też koło siebie kilku specjalistów, cyklicznie robione badania itd. Dwa miesiące można w takich warunkach ciężko popracować, bo to musi dać efekty.

Ja takiego obozu nie miałem. Ciężko przy innych sprawach i prowadzonych zajęciach byłoby mi zresztą taki obóz zrobić. Bez tego efekt końcowy nie może być dobry. Teraz już zatem cele wyznaczam sobie inne.

Wiem, że ciężko powiedzieć "koniec", kiedy na ringi wchodziło się przez 20 lat. Ty masz co wspominać. Mówiłem o tym Gołocie, bo twoja trzecia zawodowa walka wypadła na wielkiej gali, na której "Andrew" starł się w Witherspoonem.

- Tydzień przed tą galą walczyłem jeszcze z Andrzejem Dziewulskim w Poznaniu. Zero odpoczynku i od razu udało się załatwić walkę we Wrocławiu, gdzie po dłuższym czasie powracał do Polski Andrzej. Ja byłem wtedy anonimem, który właśnie co wyszedł ze szkoły. Nie miałem na koncie walk amatorskich, środowisko bokserskie za to mnie gnębiło, nikt we mnie nie wierzył. Tym bardziej, że wywodziłem się z kick boxingu.

Mówili, że pompują mi rekord. Można sobie zatem wyobrazić jakie emocje wywoływała też u mnie tamta gala. W Hali Stulecia, w walce z Rene Hanlem przyjąłem kilka mocnych ciosów, ale wygrałem. No i dalej już poszło. Ciężkie treningi, przekonanie, że mogę bić się z każdym sprawiało, że wygrywałem kolejne potyczki, również te z rywalami bardziej doświadczonymi. Do tego stworzyła się fajna grupa Polish Boxing Promotion z Robertem Złotkowskim czy Piotrkiem Bartnickim. Doszedł Darek Snarski czy Iwona Guzowska, była telewizja, były pieniądze na wyjazdy i sparingi. Krzysztof Zbarski złapał wtedy dobry kontrakt z Barry Hearnem, a ten uznał, że przydam się mu do kategorii ciężkiej.

"Do ringów wchodziłem taśmowo"

Przydawałeś się bardzo, bo w roku robiłeś po 10 walk. Jak się na to patrzy z perspektywy to.

- Było to szaleństwem i to bardzo ryzykownym. W roku jesteś się w stanie normalnie przygotować do 4 walk. Wtedy da się zrobić cykl przygotowawczy, potem chwilę odpocząć, swoje starcie przeanalizować. Ja do ringów wchodziłem taśmowo. "Wygrałeś, brawo! Nie było nokautu, to jedziemy dalej" - słyszałem tylko. Wtedy o tym jednak nie myślałem. To mnie raczej nakręcało, żeby zapierdzielać i znów wygrywać. Dla siebie, dla Polski. Walczyłem przecież dużo w Wielkiej Brytanii, potem w Stanach Zjednoczonych. Lubiłem być w świetle reflektorów, rywalizować. Dobrze się z tym czułem, no to dalej lecieliśmy taśmowo.

Trochę dzięki temu świata pozwiedzałeś, a pierwsza porażka przyszła dopiero przy 20. wyprawie.

- Wygrywałem bitwy, ale przegrałem wojnę. Ta walka w Budapeszcie z Arthurem Cookiem była przecież o pas WBC Youth. Mogła być trampoliną do kolejnych wielkich pojedynków. Transmisja szła do Polski, a ja przegrałem. Zimny prysznic i podłamanie, ale się otrząsnąłem i po jakimś czasie ruszyliśmy do Ameryki. Tam piękny sen trwał dalej. Biłem się w Miami w American Airlines, na gali na której walczył też Floyd Mayweather Jr.

Za chwilę byłem już w Las Vegas w hali MGM Grand, gdzie gwiazdą wieczoru był Manny Pacquiao. Potem było jeszcze Staples Center w Los Angeles. Fajnie było mijać się w korytarzach z wielkimi zawodnikami i wychodzić do walki w największych halach. Tym bardziej, że rywale tacy jak Dirk Wallyn, Travis Fulton, Paul Bonson, czy Orlin Norris, który walczył też z Andrzejem Gołotą, to byli pięściarze, mogący mnie wtedy spokojnie pokonać. Troch ryzykowałem, wciąż się boksu uczyłem, ale wygrywałem. Tą amerykańską przygodę zastopowała dopiero porażka z Zurim Lawrencem. Stany trzeba było odpuścić. Takie prawo rynku.

Artur Szpilka Artur Szpilka BEBETO MATTHEWS/AP

"Szpilka w Stanach nie ma czego szukać"

Swego szczęścia w USA szuka teraz kilku naszych pięściarzy. Z kategorii ciężkiej to obecnie Adam Kownacki czy choćby Artur Szpilka...

- Szpilka w Stanach nie ma już czego szukać. Po porażce z Kownackiem może pakować walizki. Pewnie dlatego teraz robi taki cyrk. Na sensowne propozycje może liczyć tylko w Polsce. W USA nie zarobi już takich pieniędzy, a dostał tam olbrzymią szansę. No chyba, że chce walczyć za drobniaki lub jako dostawka na galach. To się jednak nie kalkuluje. Szkoda zdrowia, ale to jego prywatna sprawa. Myślę, że w Ameryce już go nie zobaczymy. Ja po swojej porażce tam miałem podobnie.

Ty nie byłeś skazany tylko  na Amerykę. Wcześniej jeździłeś walczyć m.in. w RPA.

- Poznaliśmy znanego promotora - Rodney'a Bermana. On nas zaprosił na walkę do RPA. Fajna przygoda. Byliśmy w domu gdzie urodził się Nelson Mandela. Mieszkaliśmy w Johannesburgu - jest tam wielka Polonia. Moja walka była dobrze rozreklamowana, więc przyszło na nią sporo rodaków. Wygrałem z Osbornem Machimaną, który wydawał się niegroźny, ale niedługo potem wygrał z Corrie Sandersem, który znowu bił się z Kliczko. W każdym razie spodobałem się temu promotorowi i dostałem kolejną propozycję, tym razem walki o tytuł WBF. To piąta, czy szósta federacja z rzędu, ale zawsze jakiś pas, zawsze jakieś wyzwanie i spełnienie marzeń. Wygrałem z niewygodnym Lawrencem Tauasą.

Te afrykańskie wypady przekładały się na finanse?

- Z perspektywy czasu, pieniądze z tego były średnie. Menadżer swoje musiał zarobić, a trzymał mnie w garści. Po kilku walkach na samochód by jednak starczyło. Jakbym lepiej zarządzał kasą, to pewnie byłbym zamożniejszym człowiekiem. Byłem jednak młody, szalałem aż za bardzo, a mogłem sobie pozwolić na dużo fajnych rzeczy. Do tego wpływ kobiet, kolegów i tak te pieniądze jakoś szły.

Ale największe i tak były jeszcze przed tobą. Po drugiej porażce w karierze, w ramach zastępstwa, dostałeś możliwość walki z Dannym Williamsem, pogromcą samego Mike'a Tysona.

- Zaproponowano mi to dwa tygodnie przed walką. Oczywiście jak to ja, przystałem na propozycję, a to było dużo nazwisko. Wygrałem z nim praktycznie bez przygotowania, wyszła mi walka życia. Może on nie był w formie, może ja miałem farta. Nokaut otworzył mi drzwi do walki o pas z Francesco Pianetą.

To słodko gorzka historia.

- Bo trzy dni przed tą walką mocno się strułem. Żeby nie było - rybą. Miałem rezygnować z występu. Temperatura, osłabienie, kroplówki - słabo to wyglądało. Jako tako się z tego wykaraskałem. Remis w tych okolicznościach, z leworęcznym zawodnikiem, w której wielu obserwatorów wskazywało na mnie, uważam za niezły wynik. Musiało to zostać docenione, bo potem dostałem walkę o mistrzostwo Europy z doświadczonym olimpijczykiem Paolo Vidozem. Przygotowałem się bardzo solidnie, wygrałem decyzją, zdobyłem pas, spełniłem kolejne marzenie.

Kliczko? "Wszyscy mają plan, dopóki nie dostaną w mordę"

A potem miałeś go bronić, ale zadzwonił Witalij Kliczko.

- Z Audleyem Harrisonem wszystko już było dogadane, ale rzeczywiście pod koniec lutego był sygnał z obozu Kliczki, że chcieliby ze mną walczyć. Byłem mistrzem Europy, widniałem w pierwszej 15 rankingu, dobrze wyglądałem. 5 marca byłem już tej walki pewny. 7 marca, w dniu moich 31. urodzin ogłosiłem to znajomym, których zaprosiłem do siebie. Mam to nagrane na wideo. Opadły im kopary.

Negocjacje z Krzysztofem Zbarskim i Barry Hearnem poszły szybko. Ja nie miałem na nie  wpływu. Dostałem gotową umowę, albo ją akceptowałem, albo nie, byłem na końcu tego łańcucha. Jakbym wtedy miał innego menadżera, który miałby lepsze kontakty, to może mógłbym w rozmowach uczestniczyć. Dodać trzeba, że kwestia Kliczki wyszła od Joe'a DeGuardii, który współpracował z nami w USA. Osób, które zasiadły do podziału finansowego tortu trochę zatem było. Ja dostałem jego resztkę.

Ale i tak wychodziła z tego większa kwota, niż ta jaką zarobiłeś we wszystkich poprzednich walkach razem wziętych.

- Mniej więcej pewnie by tak wyszło. Po to się tyle walczyło, by na taki poziom finansowy wejść.

Poza tym to było wielkie wyzwanie sportowe.

Podjąłem wtedy współpracę z Fiodorem Łapinem, dołączyłem do jego grupy. Było kilka obozów, wymagający sparingpartnerzy, zajęcia z psychologiem, wyglądało to profesjonalnie. No i była spora wiara w to co robię. Do stracenia nie miałem przecież nic.

Wszystko co działo się wokół tej walki, także jej promocji, było zrobione perfekcyjnie. Byłem zaproszony na półfinał Pucharu Niemiec Schalke - Bayern, a także na mecz hokejowy w Gelsenkirchen. Potem do Polski przyjechał Kliczko. Moment samej walki też pewnie będę pamiętał do końca życia. Na płycie stadionu ustawiony był zionący ogniem smok. Jak już pojawiłem się w ringu i buchnęły zainstalowane na obiekcie wulkany, to zobaczyłem ile tam jest ludzi. Przebiegały mi przez głowę różne myśli, ale powracała ta najważniejsza, powtarzana na zajęciach z psychologiem: nie mam nic do stracenia. Nieważne było co kto mówi, ważne było co chciałem zrobić ja.

A co chciałeś?

- Mieliśmy plan taktyczny, aby skupić się na obronie, być szczelnym i obijać jego dół. Potem jak nadarzy się okazja, to zaatakować głowę. On to starcie zaczął spokojnie, pewnie wiedział, że z młodym dobrze wyglądającym pięściarzem nie ma co od razu iść na wymianę. Prowadził swoją grę, opuszczał ręce, straszył, był piekielnie trudny do trafienia. U mnie z każdą minutą wzrastało wk*****nie. Bezradność, że nie mogę go trafić. Jego poszczególne ciosy trochę jednak ważyły. Może nie chciał mnie znokautować, ale i tak czułem co oznaczają te odkładające się bomby. Przyszła dziesiąta runda i nie ustałem. Jak mówił Mike Tyson: wszyscy mają plan, dopóki nie dostaną w mordę.

Wypłaty razy dwa, czyli magia Kliczki

Po Kliczce boks jeszcze dał ci zarobić, ale przyniósł też sporo porażek.

- Po Kliczce za kolejne występy dostawałem dwukrotnie więcej niż za walki robione przed nim. Sportowo, to rzeczywiście była sinusoida.

Starcie o pas EBU z Alexandrem Dimitrienko na pół godziny przed jego początkiem zostało odwołane, bo tamten się źle poczuł. Przenieśli to na inny termin i miejsce. Finalnie walkę o mistrzostwo odbyłem w ich małym i dusznym klubie, to była abstrakcja. W 12. rundzie wiedziałem, że by wygrać w Niemczech, to muszę go znokautować, więc ruszyłem do przodu. To on mi jednak zgasił światło. To był ciężki nokaut, zabrali mnie do szpitala. Z moją głową wszystko było ok, ale organizm był bardzo odwodniony.

Kolejne lata  to porażki przeplatane zwycięstwami. Bez rytmu startowego, porządnych treningów i sztabu ludzi człowiek robi się zardzewiały. Przekonałem się o tym szybko, choćby w starciu z Marcinem Rekowskim. Kończyć karierę miałem z Andrasem Ksomorem w Żyrardowie, ale pojawiła się jeszcze propozycja Polsat Boxing Night i ciekawe starcie z Andrzejem Wawrzykiem. Duża, gala, niezła finansowo, więc się zgodziłem, ale przegrałem. Andrzej miał potem walczyć z Wilderem o tytuł mistrza świata wagi ciężkiej federacji WBC. Okazało się, że był na sterydach. Tak mi przeszło przez myśl czy już podczas naszej walki nie zażywał stanozolu.

Ostatnią propozycję zmierzenia się z Różańskim wziąłem, bo pomyślałem sobie, co taki początkujący może mi zrobić? Rzeczywistość okazała się brutalna. Zdemolował mnie już na początku.

Może nie brutalna, ale trudna jest najbliższa przyszłość kategorii ciężkiej w Polsce. Również jeśli chodzi o trafiające do szerszej grupy odbiorców nazwiska. Adamek z boksem się niebawem pożegna, Szpilka ma chyba w głowie co innego.

- Waga ciężka stanęła pod znakiem zapytania. Z ciekawych zawodników został właściwie tylko Izu Ugonoh. Być może szanse walki o mistrzostwo świata dostanie Adam Kownacki? Z młodszych, może w krótkim czasie błyśnie Maciek Sulęcki.

Zastanawiam się jak zaprezentuje się Mariusz Wach, który ma walczyć na Stadionie Narodowym, ale on jest w moim wieku, więc to też raczej końcówka przygody.

Sosnowski w MMA? "Miałem 4 propozycje"

A potem wszyscy spotkają się w klatce MMA, ty też miałeś przecież takie propozycje...

- W sumie cztery. Zresztą już trenowałem u Pawła Nastuli i byłem na ich obozie. Chciałem sprawdzić jak wyglądają walki w parterze z niezłymi zawodnikami. Byłem za sztywny i za drętwy. To nie była moja bajka. Uznałem po prostu, że się do tego nie nadaję.

A jak słyszysz, że do oktagonów chcą wejść Masternak czy Szpilka, to...

- Myślę sobie, że będę im kibicował. Nie jestem do nikogo nastawiony negatywnie. Zdaję sobie jednak sprawę, że to nie będzie dla nich łatwe. Każde niepowodzenie zdeprecjonuje ich sukcesy pięściarskie. Niektórzy kibice będą zastanawiać się po co pchają się do MMA na murowane bęcki. Boks to jest tylko mały element mieszanych sztuk walki. Jak będą mieli obok siebie ludzi, którzy do tego świata ich jakoś mądrze wprowadzą to czemu nie? Żyje się po to by się rozwijać, robić nowe rzeczy, oczywiście zawsze w takim przypadku jest jakieś ryzyko.

Kwestia czy potem będą tego żałować czy wręcz przeciwnie. Ty czegoś żałujesz? Złościsz się na coś. Może się z czegoś śmiejesz?

- Śmieję się z walki z Martinem Roganem. Jak oglądam moment kiedy wypadłem wtedy z ringu, wciąż mam niezłą bekę. Numer świata, nie do powtórzenia. Wyleciałem przez liny i przepraszałem jakiegoś gościa, że na niego wpadłem. Niektórzy jak wypadali po ciężkich nokautach to leżeli nieprzytomni. Ja wyleciałem saltem na pierwszy rząd, wstałem otrzepałem się, wszedłem do ringu i walczyłem dalej.

Z rzeczy, których żałuję to pewnie czasem mojego prowadzenia się, kilku gorszych przygotowań do walk, ale czasu i tak nie cofnę, nie ma co narzekać. Życzę każdemu młodemu pięściarzowi, by przeżył tyle co ja i by trzymał się najbliższych, oni nie zawiodą. Przekonanie, że jest się najmądrzejszym nie zawsze jest dobre.

Albert Sosnowski Albert Sosnowski internet

A najbliżsi pewnie cieszą się, że będziesz obok ringów, a nie w ringach

- To m.in. po rozmowach z rodziną i narzeczoną doszedłem do wniosku, że nie warto już deprecjonować swojego rekordu i szukać i tak niewielkich pieniędzy, szczególnie kosztem zdrowia. Moje 60 walk, na razie nie ma na mnie wielkiego wpływu, ale kto wie czy z roku na rok nie będę ich odczuwał bardziej? To jest brutalny sport. Będę się starał być aktywny fizycznie i psychicznie, pouczę się czegoś, może języków. Niech głowa pracuje.

Przyda się w napisaniu książki?

- Miałem propozycję napisania biografii. Pewnie kilka rzeczy można by w niej powiedzieć, ale zrezygnowałem. Nie do końca lubię się dzielić swoją prywatnością, a zdaję sobie sprawę, że bez tego by się nie obeszło. Rafał Jackiewicz już napisał książkę, on nie ma problemu by wchodzić w detale. Ja tego nie czuję. Nie ma co tego powielać.