Paweł Wolak: Harówa? Owszem jest, ale ja to lubię

Mnie się wydaje, że dzięki robocie na budowie jestem mocniejszy. Pracuję jako pomocnik przy cegłach, ale przed walką z Yurim Foremanem żeśmy akurat dachy zrywali i nowe kładli - mówi Paweł Wolak, którego zwycięstwo nad byłym mistrzem świata zostało zauważone w najważniejszych bokserskich mediach Ameryki.
Przed tygodniem 30-letni Paweł Wolak pokonał byłego mistrza świata Yuriego Foremana. Urodzony w Homlu na Białorusi, mieszkający w Nowym Jorku Izraelczyk uchodził za jednego z lepszych bokserów w wagach średnich naszpikowanych wielkimi nazwiskami. Jednak świetny technik Foreman przegrał tytuł z najlepszym w swojej kategorii Miguelem Cotto, a po niemal roku przerwy - właśnie z Wolakiem. Polak jest w rankingu renomowanej Boxrec.com i "Ring Magazine" na siódmym miejscu wagi juniorśredniej.

Radosław Leniarski: Spowodował pan tydzień temu niezłą zawieruchę. Czy pokonanie byłego mistrza świata otwiera drzwi do wielkiego boksu?

Paweł Wolak: Na pewno. Zyskałem nie tylko w oczach kibiców, ale w ogóle w boksie. O to chodziło. Będzie się teraz dużo działo. Muszę tylko odczekać chwilę. Nie wiem, czy następna walka będzie o tytuł, ale po niej kolejna to będzie już o mistrzostwo świata.

Foreman długo dochodził do siebie po kontuzji, jakiej nabawił się w walce z Miguelem Cotto. Przerwa trwała prawie rok. Chyba jego promotorzy popełnili błąd, wystawiając go na takiego zawodnika jak pan. Żeby pana pobić, trzeba mieć piekielną formę fizyczną...

- Ja tak nie myślę. Yuriego i jego trenerów znam bardzo dobrze, bo kiedyś trenowałem w Gleason's Gym na Brooklynie, gdzie i on ćwiczy. Więc musieli wiedzieć, że na każdą walkę jestem dobrze przygotowany. Ale nie spodziewali się aż takiej presji, jaką wywierałem na niego w ringu.

Przecież pan tak zawsze boksuje.

- Ale oni myśleli, że ze mną jest bardzo proste boksowanie. Że wystarczy uderzyć na przykład z lewej, stanąć z boku i na mnie zaczekać. Bo idę zawsze do przodu. Myśleli, że jestem za malutki, żebym był w stanie dogonić przeciwnika, gdy już zdecyduje się uciekać i walczyć z kontry. I że robię to samo z rundy na rundę. Yuri myślał, że będzie w stanie tak boksować ze mną przez całą noc, że stanie na środku ringu i będzie bił z kontry lewym prostym. I że ja będę bez końca za nim gonił. Ale trafiłem go kilka razy w tułów, i to go bardzo spowolniło. Już wtedy, na początku, uświadomił sobie, że nie będzie ze mną łatwo. Widziałem to. Wysiadł psychicznie.

Występuje pan w bardzo ciekawej kategorii juniorśredniej. Jest w niej kilku świetnych pięściarzy jak Miguel Cotto, Antonio Margarito. Są w pana zasięgu?

- W moim zasięgu są wszyscy. Trzeba tylko mieć dobry obóz przed walką, dobrze się przygotować, to i uda się dobrze pobić przeciwnika. Są u mnie fajni zawodnicy, ich mistrzowskie pasy dużo ważą.

Pewno, można też oberwać. Ale trzeba być do swojej pracy nastawionym pozytywnie. Wtedy człowiek daje z siebie wszystko. Ja o życiu myślę pozytywnie, choć ciężko pracuję. Myślę, że inni ludzie też mają ciężko, ale inaczej.

Czyli boks jest dla pana tylko pracą. A może jednak czymś więcej?

- Podchodzę do boksu bez emocji. Wykonuję swoją robotę. Chcę być jak najlepszy, osiągnąć jak najwięcej, jak każdy. Wiem, że jeśli będę robić to jak najlepiej, to i pieniądze za tym przyjdą. Pomyślałem, że jak dobrze wykonam swoją robotę, mogę zostać mistrzem świata. W boksie to bardzo proste: jesteś dobry - wygrywasz i jesteś na drodze na szczyt.

Pan trenuje z legendarnym szkoleniowcem Tommym Brooksem, który całymi latami ćwiczył najlepszych na świecie, między innymi z Evanderem Holyfieldem i Mikiem Tysonem...

- Bardzo dobry trener. Pracuję z nim od trzech lat, od porażki z Ishe Smithem, mojej jedynej. Wtedy rzuciłem wszystkich, cały mój narożnik [czyli sekundantów - trenerów i asystentów], i zacząłem wszystko od nowa. Musiałem, porażka była mocna. Narożnik dla pięściarza najważniejsza rzecz.

Stać pana na takiego trenera?

- To nieprawda, że dobry trener za dużo kosztuje. W Ameryce jest prosta zasada - trener dostaje 10 proc. honorarium zawodnika. Więc im on wykonuje lepszą robotę, tym wyżej ja jestem w boksie, tym lepsze walki dostaję i tym więcej pieniędzy on zarabia.

Tommy opowiada często, jak trenował najlepszych na świecie pięściarzy. Te jego historie przydają mi się. Miał już do czynienia chyba z każdą sytuacją, jaka w boksie może się zdarzyć. Wie, jak mówić do pięściarza w trudnych chwilach. Jak wtedy, gdy leżałem na deskach w walce z Jose Pinzonem [Wolak zaliczył nokdaun w drugiej rundzie, pokonał rywala przed czasem - w siódmej]. Bywa czasem ciężko, jesteś zmęczony, dostajesz w głowę, ale trener musi ci pomóc wrócić do walki. Żebyś wstał i bił się jeszcze twardziej. Brooks zmusza mnie do myślenia pozytywnego, aby z rundy na rundę walczyć lepiej. W starciu z Foremanem wiedziałem w każdej minucie, jak reagować, jaką presję na niego wywierać, jakie uniki stosować - trener jest świetny. Rozumiałem wszystko perfekt, więc co mogło się stać złego?

Ten styl szarżującego byka to pana znak od początku kariery?

- Jest wrodzony. Tak będę zawsze boksował. Nawet gdybym chciał, byłoby bardzo trudno to zmienić. Taki mam temperament. W życiu jestem raczej spokojny, nie sprawiam problemów. Moja żona potwierdzi, że nie sposób mnie wyprowadzić z równowagi. Ale w ringu przeciwnik próbuje mnie zbić, więc muszę mu oddać.

Ale gdy po pana ciosach padał Ishmail Arvin uderzał go pan jeszcze, gdy już prawie leżał. Sportowa złość?

- W ringu tak bywa. Chodziło o to, aby skończyć walkę i jak najszybciej wyjść z ringu. Nie chcę przeciwnika skrzywdzić.

Pracuje pan ciężko poza ringiem. Krążą legendy, że zamiast siłowni nosi pan cegły na budowach...

- Pracuję dla Adama Skarżyńskiego w Nowym Jorku. Remontujemy szkoły. Bardzo ciężka praca, ale ja lubię pracować fizycznie. Mnie się wydaje, że dzięki niej jestem mocniejszy. Pracuję jako pomocnik przy cegłach, ale nie tylko. Przed walką z Foremanem żeśmy akurat dachy zrywali i nowe kładli. Było dużo noszenia po piętrach, roboty przy oknach, przy cemencie. Normalnie, jak na budowach..

Po walce z Foremanem może pan odpuścić tę robotę. Chyba zarobił pan na tyle dużo, aby nie harować na budowie?

- Nie o to chodzi, że zarobiłem. Ja czuję, że praca mi dobrze robi, że jestem coś winien panu Skarżyńskiemu, który bardzo mi pomógł. Nie chodzi o to, że odrabiam to, co on mi dał wcześniej, po prostu czuję, że nie powinienem odpuszczać.

Poznałem w brygadzie mnóstwo chłopaków. Chcę być z nimi. Daje mi to rytm życia.

Wygląda to tak: rano idę na trening na 11-12, kiedyś do [słynnego nowojorskiego] Gleason's Gym na Brooklynie, dziś bliżej domu w New Jersey.

Potem zbieramy się z majstrem i jedziemy na budowę. W sumie jak jest duża robota, to nawet 30-50 ludzi pracuje. Remontujemy szkoły. W Nowym Jorku nie można prowadzić prac, gdy dzieci się uczą, więc zaczynamy około 16. Pracujemy 8-10 godzin, czyli zdarza się, że kończę około 2 w nocy. Jeśli trochę wcześniej, to robię jeszcze siłę. Mam w domu sprzęt, ciężary kupiłem sobie. Nawet bieżnię. Wracam więc i jeszcze biegam. A potem to już idę spać. W tygodniu bardzo mało widzę się z żoną. Ale muszę zrobić tyle, ile mogę dla mojego dziecka.

Praca dla mnie jest jakby polisą ubezpieczeniową. Mam dobre pieniądze, ubezpieczenia na rodzinę. Najważniejsze dla mnie, żeby mieli łatwiejsze życie. Żeby nie było żadnych problemów.

W boksie mogę jutro złamać rękę i będzie po mnie. Ale tak samo na budowie.

To prawdziwa harówa. Ile tak można? Jak Cotto pan wyzwie i zarobi pan milion dolarów, to też pan wróci na budowę?

- [Długa chwila namysłu] Chyba tak. Nie chcę mówić teraz, że na pewno. Ale chyba tak. Wziąłbym siedem tygodni wolnego na przygotowania. Pan Adam na pewno by się zgodził. I wróciłbym do roboty.

Harówa, tak, owszem jest. Jest ciężko. Ale ja to lubię. Jestem młody i wytrzymuję.

Odpocznę za parę lat.

Paweł Wolak ma 30 lat, walczy w kategorii juniorśredniej (lekkośredniej). Wyjechał z Polski w 1991 roku w wieku 10 lat. Mieszka w Rockaway w New Jersey pod Nowym Jorkiem. Jego ojciec był kiedyś pięściarzem Stali Mielec, ogląda na żywo wszystkie walki syna. Bilans: 29 zwycięstw, 1 porażka, 19 nokautów.

"Biblia boksu" wyróżniła Pawła Wolaka ?