Sosnowski - Kliczko, czyli szkoda, że państwo tego nie zobaczą

60 tys. kibiców na Arena auf Schalke, do 12 mln telewidzów na Ukrainie, kilkanaście milionów w Niemczech obejrzy w sobotę walkę życia Alberta Sosnowskiego z legendą boksu Witalijem Kliczką. W polskiej telewizji nie zobaczy jej nikt, bo żadna stacja nie zdecydowała się kupić praw
Kliczko do Sosnowskiego: To nie konkurs kulturystyczny ?

Do pojedynku, w którym stawką jest tytuł mistrza świata wagi ciężkiej najbardziej prestiżowej organizacji - WBC, legenda boksu podchodzi w czynach zaskakująco lekko, żeby nie powiedzieć lekkomyślnie. Stanowi to dziwaczną kontrę do jej słów.

W słowach bowiem legenda z powagą traktuje przeciwnika, mówi, że jest świadoma grozy sytuacji, bo w boksie wszystko jest możliwe. - W wadze ciężkiej przed każdą walką szanse są 50:50. Co z tego, że jestem większy. Rozmiary nie są ważne, co pokazali Mike Tyson i Muhammad Ali - powiedział na ringu po treningu dwumetrowy mistrz świata Kliczko, wbijając w reportera "Gazety" i Sport.pl żelazne spojrzenie.

Ale zachowanie? Spóźnił się na obóz w tyrolskich Alpach, choć podobno sparował tam aż 118 rund, załatwiał sprawy biznesowe, galę boksu w Kijowie, konferencję w Polsce. W środę do olbrzymiego salonu Mercedesa w Essen, sponsora pojedynku, przyjechał na chwilę, przez kilka minut walczył z cieniem ("Z własnym cieniem! Rozumiecie, że trudno mi go pokonać" - krzyknął do dwustuosobowej widowni, wywołując śmiech na zaimprowizowanych trybunach), trzy minuty tarczował ze swoim starym trenerem Fritzem Zdunkiem. I pobawił się z nim piłeczką tenisową, wykonując liczne obroty, dzięki czemu można stwierdzić z całą pewnością, że błędnik ma w doskonałym stanie. Nawet się nie spocił, nie zdjął T-shirtu ani spodni od dresu. Jak wszedł, tak i wyszedł, podpisując autografy i niknąc wewnątrz czarnego mercedesa viano.



Jeśli chodzi o samochody, to już na starcie Polacy wygrali, kiedy promotor Alberta Krzysztof Zbarski zajechał na trening błękitno-czarnym chevroletem corvette z podwójną turbosprężarką, 6,2 l pojemności, niecałe 5 s do setki. Prawdziwy smok.

Sam Albert "Dragon" Sosnowski nie dysponuje 600 KM mocy i szybkość ma mniej imponującą niż corvetta, ale podczas ostatnich pojedynków pokazał, że nikt nie powinien go lekceważyć. Jest w swojej najwyższej formie, otoczony tuzinem przyjaciół w hotelu Maritim w Gelsenkirchen, przed sobą ma 110-kg zapaśnika torującego drogę przez gapiów, za sobą psychologa od relaksacji, i znajduje się w sytuacji "nie mam nic do stracenia". Ma też promotora, który wierzy w niego od spotkania w hali klubu kick bokserów warszawskiej AWF w 1995 roku. I drugiego - potentata na rynku praw do transmisji telewizyjnych w Wielkiej Brytanii Barry'ego Hearnsa - który nawet stał się promotorem mistrza olimpijskiego Audleya Harrisona, aby doprowadzić do jego walki z Polakiem.

A jednak żaden z nich nie dopiął tego, by Albert stał się w opinii polskich fanów następcą Gołoty, którym okrzyknęła go jedna z polskich gazet kilka lat temu. Na nic obecność w "Big Brotherze" i porannych programach TVN, na nic promocyjne wysiłki. Nawet walka z legendarnym pięściarzem, najlepszym na świecie, mistrzem prestiżowej organizacji, na 60-tys. stadionie nie zachęciła żadnej stacji w Polsce do kupienia transmisji za niecałe 100 tys. euro. W środę na treningu był tylko jeden dziennikarz z Polski i kilkunastu niemieckich.

- Myślę, że ten tytuł o drugim Gołocie był niedźwiedzią przysługą - uważa promotor Krzysztof Zbarski. - W pewnym momencie zaczęły się naciski ze strony stacji telewizyjnych, aby Albert walczył z coraz mocniejszymi rywalami, ale budżety na to się nie zwiększały. A żeby mieć dobrego pięściarza, trzeba mu zapłacić kilkadziesiąt tysięcy euro plus wydatki związane z przygotowaniami. Próbowaliśmy więc pójść drogą Gołoty i Adamka, Albert miesiącami bywał w słynnych salach bokserskich Nowego Jorku i Chicago, ale Amerykanie przy negocjacjach w sprawie kontraktu chcieli nas po prostu wykiwać. No i Albert nikogo nie pobił na ulicy, nie jest chodzącym skandalem, uśmiecha się i mówi pełnymi zdaniami. Każdy w barze przez to uważa, że jest w stanie dać mu w mordę i nie zginie. Widocznie to się nie sprzedaje. No i nie pomogły dwie porażki, obie g...skie, przez głupotę, przez zlekceważenie. Ale gdyby był Pudzianem, jestem pewien, że każda telewizja dałaby zwariowane pieniądze za pojedynek z Kliczką. Ja widzę w tej niechęci jakiś psychologiczny problem, który rykoszetem uderza w Alberta. Ciągła krytyka wyzwala frustrację, można od tego pęknąć. Nawet jak coś dobrego zdarzyło się w sportowym życiu Alberta, tak jak spełnione marzenie o tytule mistrza Europy, nie chciano tego zauważyć.

Ale jest też inne wytłumaczenie. Sosnowski przez ostatnie dziesięć lat stoczył w Polsce tylko dwa pojedynki - jeden z debiutantem, drugi z pięściarzem, który wygrał tylko raz. Od ośmiu lat jest w Polsce całkiem nieobecny, w czasie gdy rynek był opanowywany przez innych, teraz bardziej okrzepłych w kraju pięściarzy. Promotor Krzysztofa Włodarczyka z uporem wygrywa przetargi na walki w Polsce, Tomasz Adamek przez ostatnie dziesięć lat bił się w kraju 17 razy, a odkąd przeniósł się do USA, walczy jak lew, aby występować w Newark i skupić przy sobie kibiców mieszkających w sąsiedztwie.

W efekcie, jeżeli "Dragon" znajduje się na ringu, to w ekskluzywnym kanale kodowanym, takim jak programy sportowe Polsatu, albo o ograniczonym dostępie jak Orange. Łatwiej zobaczyć go w reklamie trenażera w zakupowym Mango TV.

Sytuacja może się zmienić po sobotnim pojedynku. Zbarski ujmuje to tak: - Jeśli Albert wygra, jest w niebie. Jeśli stoczy zacięty bój i przegra, będzie moralnym zwycięzcą. Jeśli przegra szybko, trudno, nie tylko jemu się to przydarzy. Witalij odwrotnie - żaden wynik nie jest dla niego zwycięstwem.

Witalij Kliczko:

38 lat, 39 zwycięstw, 37 nokautów, 2 porażki

Sosnowski:

31 lat, 45 zwycięstw, 27 nokautów, 2 porażki, 1 remis

Czyżby toczyły się jeszcze negocjacje last minute?

Kliczko zapytany przeze mnie, czy wie, dlaczego w Polsce żadna stacja nie pokaże pojedynku, odpowiedział krótko: - Pokaże.