Sport.pl

Artur Szpilka - Deontay Wilder. Boksocjalizacja

Szansa, że będzie biegał z maczetą po Krakowie z kolegami kibolami, była olbrzymia. Ale życie Artura Szpilki odmienił boks. W nocy z soboty na niedzielę polskiego czasu (ok. 5 rano) w Nowym Jorku Polak bije się z Deontayem Wilderem o tytuł mistrza świata wagi ciężkiej.
Pojedynek z niepokonanym dwumetrowcem, który znokautował 34 z 35 przeciwników, Szpilka stoczy na nowojorskim Brooklynie, przy polonijnym dopingu. Wilder jest rzecz jasna żelaznym faworytem wśród ekspertów, choć z małym zastrzeżeniem, że w wadze ciężkiej wszystko może odwrócić dobra akcja i mocny cios. Pytanie, czy leworęczny Szpilka - to jego atut - potrafi zwalić na deski mistrza świata prestiżowej federacji WBC albo czy jego szybkość, technika i odporność na ciosy są wystarczające, aby Wildera wyboksować. Nawet jeśli nie, dostał taką szansę i samo w sobie jest to życiowym sukcesem dla kogoś, kto cztery lata temu robił w więzieniu pompki ze współosadzonym na plecach - by się utrzymać w formie.

Kilkanaście miesięcy za kratami

Aresztowano go w październiku 2009 r., po oficjalnym ważeniu przed walką z Wojciechem Bartnikiem, kiedy głównym pojedynkiem było starcie Andrzeja Gołoty z Tomaszem Adamkiem. Za bójkę przed podkrakowską dyskoteką spędził kilkanaście miesięcy za kratami, najpierw w areszcie na Montelupich, a potem w ZK Tarnów, więzieniu dla odbywających karę po raz pierwszy i dla osadzonych "niebezpiecznych". Za takiego go tam zresztą szybko uznano po szarpaninie ze strażnikiem.

Szpilka pobyt w więzieniu traktuje jako ważne wydarzenie życiowe, jest nawet z niego dumny, choć dla większości z nas ten powód do dumy jest niezrozumiały.

Jest jednym ze sporej grupy ludzi, którzy wydobyli się dzięki boksowi z patologii miejskiej przemocy. Bernard Hopkins jest naczelnym przykładem, bo w więzieniu - wyrok 18 lat za napad z bronią w ręku, skrócony o połowę - nauczył się boksować. Nigdy nie wrócił za kraty. Jest milionerem, człowiekiem sukcesu wciąż związanym z boksem.

Ale w Polsce takiej szansy by nie dostał ani Hopkins, ani nikt inny.



"Nauczyłem chłopaków boksować"

Po wyjściu z więzienia Szpilka mówił mi: - W Tarnowie cały dzień spędza się w celi, jest tylko godzina spaceru. Spacerniak typowy, 50 na 50 m, kółko sto metrów może. Biegałem całą godzinę. Kółek nie liczyłem, w głowie się kręciło. Każdego dnia ćwiczyłem coś innego: barki, klatkę, nogi pompkami, stójkami, przysiadami. Wychodziło po 1000 pompek na kubkach, na taboretach. Kolega, co ważył ponad 100 kg, siadał, to się go podnosiło. Wody nalewałem do torby foliowej i ćwiczyłem jak hantlami. W celi koledzy trenowali ze mną. Cela wąska, ale jak złożyliśmy łóżka, to miejsce było. Nauczyłem chłopaków boksować. Jeden koleżka - ma jeszcze dwa lata - już całkiem jest dobry i poradzi sobie beze mnie. Większości życie się źle poukładało, ale ci właśnie mają najlepszy talent do boksu.

Tylko nieliczne spośród 86 więzień w Polsce mają miejsce do ćwiczeń, choć są i takie zakłady karne jak nowoczesny areszt śledczy w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie wybudowano halę sportową, w której zatrzymani mogą grać w piłkę. W ostatnim raporcie Rzecznika Praw Obywatelskich o krajowym systemie prewencji, liczącym ponad 170 stron, nawet nie pada słowo "siłownia" lub "boks". Piszą tam o kłopotach ze świetlicami, o utrudnionym dostępie do książek, ale aktywnością fizyczną więźniów w ogóle się nie zajmują, choć na zdrowy rozum jest to idealny wentyl do uwalniania energii skumulowanej w czterech ścianach. - Bo w zakładach karnych nie ma infrastruktury, są zwykle przeróbkami koszar, klasztorów, są stare, nieprzystosowane. Panuje przeludnienie. Zarządzający wykorzystują każde pomieszczenie na cele, bo kiedy na jednego osadzonego przypada mniej niż 3 m kw., grozi wypłata odszkodowania - mówi Sport.pl Paweł Moczydłowski, socjolog, kryminolog i pułkownik służby więziennej.

Dlatego nie ma sportowych programów resocjalizacyjnych. Są czasem epizody czy, jak mówi Moczydłowski, "szlachetne dziwactwa", jak mecz strażników z więźniami.

"Wiem, ile można stracić przez głupoty"

Szpilka nie chciał zrezygnować również z siebie, z własnego charakteru, choć dla wielu z nas upór, by w więzieniu grypsować, świadczy o niedojrzałości, o zwichniętej moralności. Ponieważ chciał grypsować, z miejsca został uznany za niebezpiecznego. Często publicznie solidaryzował się z kolegami zza krat. Po wyjściu w 2011 r. wchodził do ringu w więziennym uniformie, ale na szczęście zrezygnował z tego za namową promotorów. I w dodatku ma kibolską przeszłość, do czego chętnie się przyznaje. Przed czterema laty przyjechał nawet do krakowskiego sądu, gdzie 11 kiboli Wisły miało proces o zakatowanie na śmierć Tomasza C., ps. "Człowiek", rywala z Cracovii. - Przyjechałem do sądu, aby zobaczyć kolegów. Dobrze ich znam.

Było ogromne niebezpieczeństwo, że do nich dołączy.

Szpilka bardzo chciał jednak boksować. Więzienie mu w tym nie pomogło, ale również nie przeszkodziło.

Gdy wyszedł na wolność i szykował się do odlotu do Houston, zapytałem go: - Nie chcę brnąć w dydaktyzm, ale czy masz jakieś wnioski po półtora roku w więzieniu? - Wiem, ile można stracić przez głupoty. Może będę lepszy, bo czas poświęciłem na myślenie o tym, jak ułożyć życie po wyjściu z więzienia. Muszę teraz wziąć się w garść i uderzyć z podwójną siłą. Mam postanowienie, by się nie wdawać w awantury, ale życie wiedzie samo. Człowiek reaguje tak, a nie inaczej, zgodnie z charakterem - odpowiedział.

Stąd bójka z Krzysztofem Zimnochem trzy lata temu na konferencji prasowej i żenujące wulgaryzmy. Prawdopodobnie, a nawet na pewno, jest w Polsce wielka grupa osób, które niechętnie widziałyby go na niedzielnym obiedzie u siebie w domu, ale - jak powiedział Moczydłowski - nie o to chodzi. - Dzięki takim przypadkom jak on na polskich ulicach jest bezpieczniej - twierdzi były szef Centralnego Zarządu Zakładów Karnych.



Najważniejsze polskie walki bokserskie [TOP 11]


Czy Artur Szpilka zostanie mistrzem świata w wadze ciężkiej?
Więcej o: