Boks. Dzień wyzwolenia Rosji i Wacha

Jak pobić w Kazaniu byłego mistrza świata Aleksandra Powietkina, ulubieńca Putina i Kadyrowa, w dniu narodowego święta Rosji, rocznicę wypędzenia Polaków z Kremla?
Pojedynek odbędzie się w środę 4 listopada w hali do koszykówki w nadwołżańskim Kazaniu, milionowej stolicy Tatarstanu. Zwycięzca zostanie oficjalnym przeciwnikiem mistrza świata wersji WBC wagi ciężkiej Amerykanina Deontaya Wildera. Gdyby się udało, Wach po raz drugi dostałby szansę zdobycia tytułu w wadze ciężkiej.

Data - środa - jest dziwna jak na wieczór bokserski tylko na pierwszy rzut oka. Dzień ten jest bowiem od 2005 r. świętem narodowym w Rosji. Od stuleci jest też wszechruskim prawosławnym świętem obrazu Matki Boskiej Kazańskiej, która dopomogła wypędzić Polaków z Kremla w 1612 r.

Blondwłosy Powietkin jest idealnym obiektem westchnień rosyjskich nacjonalistów. Przybrał pseudonim Ruski Witiaź, czyli bohater, do ringu wchodzi do pieśni Nikołaja Jemielina, który wśród tarcz, toporów i brodatych wojów śpiewa o tysiącletniej Rusi. No i jest Aleksander z wyznania słowiańskim poganinem, wiercą Swarożyca, którego symbolem jest słowiańska swastyka, swarzyca. Jakże inaczej, ma i tatuaż topora Peruna. Dziwaczne to wszystko, ale o motywach dowiedzieć się trudno, pogłębionych wywiadów z Powietkinem brak, jest raczej introwertykiem. Na jego walkach bywa często prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow, a czasem w treningach judo uczestniczy Władimir Putin.

Od środy 4 listopada może być datą równie ważną dla Wacha, co dla Rosji od 2005 roku, czyli też czymś w rodzaju Święta Wyzwolenia.

Tego dnia bowiem pięściarz wyzwoli się z umowy ze swoimi długoletnimi promotorami zza oceanu Mariuszem Kołodziejem i Jimmym Burchfieldem Sr. - Nie dogadywaliśmy się. Szczególnie z Burchfieldem. Rozchodziło się po świecie, że się boję przeciwników, że nie chcę walczyć. Była to nieprawda, a ja po dupie dostawałem. I walk nie miałem - powiedział "Wyborczej" Wach przed odlotem do Moskwy na konferencję w hotelu Renesans Monarch przy drodze Wołokołamskiej.

Cena wyzwolenia spod jarzma promotorów jest olbrzymia, bo - jak mówi Wach - całe honorarium za pojedynek przejmą oni. - I ja jestem z tego zadowolony - stwierdza brawurowo pięściarz, choć z pewnością oglądał, jak trzema prawymi prostymi Powietkin doprowadził do rozstroju błędnik Kubańczyka Mike'a Pereza po zaledwie dwóch minutach walki. Zapewniam, doświadczenie niewarte żadnych pieniędzy.

Nie wiadomo, ile ich nie dostanie Wach za starcie, ale ten, kto organizuje pojedynek - moskwianin Andriej Riabiński - potrafi rzucić na stół miliony. To właśnie on wyłożył aż 23 mln dol. w przetargu na walkę Powietkina z Władimirem Kliczką, tylko po to, aby odbyła się w Moskwie.

- Miałem pozwolić by zabrali Aloszę do Niemiec? Toż tam wszystko mogłoby się zdarzyć. Wykorzystaliby go tam, pobili i zapomnieli - mówił w ostatnim wywiadzie dla "Sowietskiego Sportu" miliarder z branży nieruchomości. Jeden rywal w przetargu - firma braci Kliczków K2 - zaproponował trzykrotnie mniejszą kwotę. Inny, niemiecki promotor Sauerland Event, prawie czterokrotnie mniej.

A i tak w Moskwie Kliczko zbił Powietkina na kwaśne jabłko i dostał swoją rekordową gażę 15 mln dol. Dzielny i początkowo ufny we własne siły Rosjanin aż czterokrotnie leżał na deskach.

Wach również walczył z Kliczką - niecały rok przed Rosjaninem. Tamten pojedynek też był jednostronny. Wach nie prowadził go jednak, aby zwyciężyć, lecz aby przetrwać jak najdłużej, licząc na cios szczęścia, na wyczerpanie przeciwnika (młodszemu Kliczce zdarzały się zaskakujące porażki przed czasem). Faktycznie, Ukrainiec równie dobrze mógł przez 12 rund walić pięścią w kaloryfer, co w głowę Polaka. Dawało to mniej więcej te same efekty. Kliczko się spracował, ale nawet on, mistrz nokautu i jeden z największych pięściarzy wagi ciężkiej w historii boksu, wygrał tylko na punkty.

To właśnie wtedy zresztą doszło do pierwszych poważnych rozbieżności między Wachem a promotorami. Pięściarza złapano po walce na dopingu, musiał zapłacić karę ponad 5 tys. euro.

Kliczko walczył z Powietkinem bardzo inteligentnie, choć brzydko. Uderzał i klinczował. Cios, drugi i obłapianie. Pozbawił w ten sposób Rosjanina sił. Sposób wymyślił nieżyjący już wtedy trener Ukraińca Emanuel Steward, który tego samego nauczył mistrza nad mistrzami Lennoksa Lewisa.

Polak może powtórzyć taktykę Ukraińca. Ma gabaryty Kliczki. Bije dyszlowatym prostym, którym może punktować niedużego Rosjanina (188 cm wzrostu, waga bojowa 100--105 kg, Wach - 202 cm, 115 kg). A po każdym ciosie neutralizować siłę w półdystansie rywala, dążąc do klinczu. Byłoby to porywające jak obserwacja wysychania farby na ścianie, ale skuteczne.

- Nie wiem, czy pozwolą na to sędziowie. Kliczko był jednak mistrzem świata. Takim pozwala się na więcej - powiedział "Wyborczej" Wach.

Ale i Rosjanin może mieć swój sposób. Kto go wymyśli? Rosjanin pracuje teraz z Iwanem Kirpą, byłym pięściarzem. Ale trenerów zmienia kompulsywnie - byli nimi Teddy Atlas, Aleksander Zimin, Kostia Cziu, Aleksander Biełow, czyli plejada znakomitości. Jedno wydaje się pewne. Głowa Wacha wytrzyma.

F1 w Meksyku. Lewis Hamilton uprawia zapasy i śpiewa z mariachi [ZDJĘCIA]