Lennox Lewis kończy karierę

Jestem dumny, że byłem najwybitniejszym bokserem ostatniej dekady - oświadczył Brytyjczyk, który nie stanie do walki w obronie tytułu z Witalijem Kliczką. Jest pierwszym bokserem od pół wieku, który schodzi z ringu, będąc mistrzem świata
Dotychczas z mistrzowskiego pasa rezygnowali - kończąc zarazem karierę - tylko Gene Tunney (w 1928 roku) i Rocky Marciano (1956). Muhammad Ali też ogłosił emeryturę jako czempion (w 1978 roku), ale na ring jeszcze wrócił, by przegrać z Larrym Holmesem i Trevorem Berbickiem.

- Jeśli nie można czegoś robić na 110 procent, to lepiej tego nie robić w ogóle - mówił na konferencji prasowej w Londynie Lewis. - Jednym z powodów, dla których rezygnuję, jest szacunek dla boksu. Przyszedł czas na młodszych. Ja dziękuję fanom z całego świata, ale jestem podekscytowany myślą o przyszłości bez boksu. Niech się rozpocznie nowa era - zakończył pełne emocji oświadczenie 38-letni bokser.

Legendą nie będzie

Z tym "całym światem" Brytyjczyk nieco przesadził, bo tak naprawdę nigdy nie podbił serc kibiców spoza Kanady, gdzie się wychował, i raczej nie stanie się legendą. Chwile największego triumfu przeżywał w czerwcu 2002 roku, gdy na ringu w Memphis przez osiem rund obijał Mike'a Tysona. A jednak to pokonany wówczas rywal jest rozpoznawany w każdym niemal zakątku globu. Lewis od zawsze miał problem, by przebić się do masowej wyobraźni. Ani tak kontrowersyjny jak odgryzający przeciwnikom ucho Tyson, ani taka osobowość jak Muhammad Ali, ani bokser z ręką szybszą niż światło, który powalał rywali pojedynczym ciosem.

Na swoją szansę czekał długo, bo nawet kiedy plasował się w czołówce wszystkich rankingów, sławy ringu unikały konfrontacji z Brytyjczykiem. Lewis musiał więc ciężko pracować na sukces, tocząc wyczerpujące pojedynki z pięściarzami cenionymi, niewygodnymi, ale z drugiego rzędu. W 14-letniej karierze zawodowej przegrał zaledwie dwie z 44 walk. Wcześniej zdobył złoty medal w wadze superciężkiej na igrzyskach w Seulu (1988). Dla Kanady, do której wyjechał z matką Violet jako dziewięciolatek.

Pierwszego tytułu na profesjonalnym ringu nie wywalczył, lecz mu go... przyznano. W 1992 roku Riddick Bowe nie chciał się bić i zrzekł się mistrzostwa federacji WBC (pas wyrzucił do... kosza na śmieci). Lewis stracił je dwa lata później, po porażce na Wembley z Olivierem McCallem. Dopiero w 1999 roku pokonał Evandera Holyfielda i został niekwestionowanym, bezdyskusyjnym mistrzem wszechwag, swoją hegemonię potwierdzając później w starciu z Tysonem. Obaj słynni rywale mieli jednak swoje najlepsze lata dawno za sobą. Lewis trafił więc w okres bezkrólewia, kiedy starzy mistrzowie odeszli, a nowi się jeszcze nie narodzili, i nie stoczył ani jednego pojedynku, który przejdzie do historii.

Yellow-mellow

Nie przejdzie do niej także ze względu na styl. Był bokserem kompletnym, o wymarzonych warunkach fizycznych i perfekcyjnej technice, jednak nikt nigdy nie zmusił go do nadludzkiego wysiłku. I Lewis się nie wysilał. Niby było wiadomo, że gdyby chciał, toby rywalom pourywał głowy, ale skoro nie musiał, to ich "wymęczał", a jego walki były nudnawe. Nikt nie sprawdził też jego odporności na ciosy - wspomnianemu McCallowi wystarczył jeden cios, by Brytyjczyka położyć na deskach. Taka sytuacja nigdy się już jednak nie powtórzyła. Po drugiej porażce - z Hasimem Rahmanem - tłumaczył, że robi karierę w Hollywood. Ta kariera skończyła się na epizodzie w filmie "Ocean's Eleven" Stevena Soderbergha.

Boks to sport najprostszych emocji, ale niezwykle intensywnych. Powściągliwy, zrównoważony, pełen rezerwy Lewis do tego świata nie pasował. Nie nadawał się do poprzedzających walki widowisk mających podnieść temperaturę - festiwali nienawiści, prowokacji i obrzucania się przez przyszłych rywali wyzwiskami. Po porażkach mawiał, że "nie są końcem świata". Na Jamajce, skąd pochodzą oboje jego rodzice, mówi się o takich wyluzowanych, nijakich typach "yellow-mellow".

Agencje pisały, że odszedł z godnością i wdziękiem, na pożegnalnej konferencji wygłaszając chwytający za serce pean na cześć przyjaciół i składając hołd rodzinie, bo to bliskim - jak wyznał - zawdzięcza wszystko, co osiągnął w sporcie. Kiedy wspominał, iż "prawdziwą próbą lojalności i miłości są chwile ciężkie", spoglądając na obecną na sali Violet Lewis, zagłuszały go oklaski.

Ale mistrzem był

- Chcę ogłosić, że walka z 21 czerwca 2003 była moją ostatnią w zawodowej karierze - mówił Lewis. - Jestem dumny, że po ponad stu latach przywróciłem tytuł Anglii, krajowi o wielkich bokserskich tradycjach - dodał Lewis. Przed jego walkami nikt nie śpiewał mu jednak "God Save the Queen", na ring zwykł wchodzić przy kawałkach Boba Marleya. Teraz sam chce promować muzykę, ale nie reggae, lecz rap i hip-hop.

Ostatnia walka również wielkiej chluby mu nie przyniosła. Ukrainiec Witalij Kliczko prowadził na punkty, ale sędzia przerwał pojedynek z powodu krwawiącego łuku brwiowego, choć wielu nie zgadzało się z tą decyzją. Miało dojść do rewanżu. Lewis się wahał, wahał, aż organizacja WBC zagroziła, że jeśli nie ustali terminu do 31 marca, odbierze mu tytuł. Brytyjczyk odszedł więc sam. Wielu niechętnych mu fachowców i kibiców być może zarzuci mu tchórzostwo, bo z Kliczką mógł przegrać. Ale Lewis był mistrzem świata, który odszedł u szczytu. A uciekali przed nim inni. Np. Andrzej Gołota - w swojej jedynej walce o tytuł - wytrzymał w ringu tylko 95 sekund.

Czy Lewis był lepszym bokserem od Tysona?