Szpilka: Bóg Kliczki nie znokautuje

- Gdyby nie pięć miesięcy więziennej izolatki za odepchnięcie strażnika, w życiu żadnej książki bym nie przeczytał - mówi Artur Szpilka przed sobotnią walką z Tomaszem Adamkiem. Już nie chce się kojarzyć z mordobiciem na ulicach.
JAROSŁAW K. KOWAL: Możemy porozmawiać o książkach?

ARTUR SZPILKA: Jasne.

Co pana zachwyca w "Potopie"?

- Fajna fabuła. Pokazuje przemianę człowieka: wierzył, że robił dobrze, a jednak był zbójem, nawrócił się i odkupił winy. Chłopak, który tak jak ja marzy o mistrzostwie świata wszechwag, może coś w tym znaleźć dla siebie. Też byłem na rozdrożu i wybrałem lepszą drogę.

I teraz widzi pan siebie w Kmicicu.

- Śmiałem się i porównywałem go ze sobą. Ile on dostał pstryczków w nos, ile razy życie trzeba mu było ratować... Szkoda gadać. Był odważny, ale też trochę głupkowaty, miał w sobie młodzieńczy zapał.

Też próbuje pan odkupić winy?

- Nie. Po prostu po latach spojrzenie na życie się zmienia.

Co jeszcze pan czyta?

- Nie mam pamięci do tytułów. "Trylogię" przeczytałem. Dobry jest też Dan Brown, np. "Cyfrowa twierdza". Jego książki są świetne, bo nie wiadomo, czego się spodziewać.

Tomasz Adamek, pana rywal, przed walkami podobno czytuje Biblię.

- Czytałem parę razy, ale przed walką tego nie robię. Trudno ją zrozumieć. Wierzę w siebie, a Bóg w umiejętności raczej nie ingeruje. To, co umiemy, zależy chyba tylko od nas. Bóg Kliczki za nas nie znokautuje.

Gdyby nie więzienie, pewnie nie rozmawialibyśmy w ten sposób.

- Skąd! W życiu bym żadnej książki nie przeczytał.

Za kratami czytał pan z nudów?

- Nie od razu zacząłem. Kilku kolegów z celi czytało, a ja pytałem ich: "Co wy, kurde, w tym widzicie?". Podchodziłem do książek z zaciekawieniem, ale czytać mi się nie chciało. W końcu uzyskałem status niebezpiecznego więźnia i za odepchnięcie strażnika trafiłem do izolatki. Nie dostałem zgody na oglądanie telewizji, więc przez pięć miesięcy siedziałem w pustych ścianach. Dopiero wtedy wymyśliłem, że będę czytał. Pierwsza książka - "Kod Leonarda da Vinci" - do dziś jest chyba moją ulubioną. Potem "Krzyżacy", choć łatwo przebrnąć nie było. Generalnie skakałem z tematyki na tematykę. I nawet jak już dostałem do celi telewizor, nie przestałem czytać. Swoją drogą, co ten Sienkiewicz miał w głowie!

Dopiero w tamtej celi pojawiła się szansa, aby zastanowić się nad życiem. W zwykłym zakładzie karnym więcej było śmiechu niż przemyśleń.

Czuje się pan zresocjalizowany?

- Jestem tym, kim byłem. Może myślę o innych rzeczach niż kiedyś.

W szkole przeczytał pan choć jedną lekturę?

- Nie. Tylko "ściągacze" i spisy treści przeglądałem.

Rodzice z wywiadówek pewnie nie wracali szczęśliwi.

- Jak mama przychodziła do szkoły, to znaczyło, że ktoś miał zęby przeze mnie wybite. Były uwagi, pretensje, przykrości. Ale tak musiało być. Gdyby nie wydarzenia z tamtych lat, nie byłbym tym, kim jestem.

Widziałem pana zdjęcia z przeszłości: mizernie pan wyglądał, posturą nad rówieśnikami raczej pan nie górował.

- Zawsze byłem nadpobudliwy i to chyba dawało mi przewagę nad większymi ode mnie.

Miał pan osobliwe hobby: "krojenie" szalików i koszulek Cracovii.

- Hobby? Raczej taki styl życia. Zawsze szukałem godnych siebie przeciwników. Jak w mojej podstawówce się skończyli, chodziłem do innych szkół. Pytałem, kto tu jest silniejszy, i chciałem się z nim bić. Jednego nikt o mnie nie powie: że kiedykolwiek biłem się "na sprzęt". Raz tylko wziąłem pałkę bejsbolową, bo ktoś szedł z nożem. Parę razy się zdarzyło, że trzeba było uciekać...

Niedawno na Facebooku napisał pan: "Nie jestem już przyjacielem Wisły". Stowarzyszenie kibiców uznało, że na stadionie jest pan persona non grata.

- Nie chcę o tym gadać.

Już nie jest pan chuliganem?

- Nie, nie jestem. Odcinam się. Mam przyjaciół, a nie pseudochuliganów.

Mówił pan w wywiadach: "Piłka w ogóle mnie nie interesuje". Jak to?

- Nie interesowała, choć na Wisłę chodziłem, kiedy była numerem 1 - z Mauro Cantoro, Maciejem Żurawskim. Pamiętam mecz z GKS-em Katowice, Wisła wygrała 5:0. Trybuna pełna, fajnie było... Byłem z tatą i przez przypadek z szalikiem Wisły poszliśmy w stronę sektora rywali. Policjanci dziwnie popatrzyli, a jeden krzyknął: "Co wy tu robicie, wyjazd stąd, ale już!". Kibice GKS też na nas dziwnie patrzyli, ale widzieli, że jestem dzieciak, więc nic nie zrobili. Śmiesznie było.

Do niedawna wchodził pan na ring w więziennym drelichu, a dziś z białym orłem na plecach. Symbol zmiany?

- Dokładnie. Chodzi o to, by Polacy przestali kojarzyć mnie tylko z bójkami i więziennym strojem, ale z Polską, którą reprezentuję na arenie międzynarodowej. Fajnie, by byli ze mnie dumni. W czasie meczu Polska - Niemcy byłem z psem na spacerze. Jak miło było słyszeć, kiedy wszyscy w blokach ryknęli! Jaka wspaniała to była radość, coś pięknego! Każdy w Polsce przeżywa sport i sukcesy. Gorzej, jak noga się komuś powinie, bo wtedy wszyscy wylewają żale, zamiast spróbować podnieść na duchu. "Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy" - jak powiedział Józef Piłsudski. Cenię Polskę za historię, waleczność. Nie wszyscy, ale niektórzy kciuki trzymają, żeby tylko się nie udało, żeby poszło komuś gorzej. A gdy się komuś uda, to od razu pojawia się artykuł, że się nie należało albo że za dużo ktoś zarabia. A co im do tego? Każdy miał wybór: mógł zostać kimś, zamiast narzekać sprzed komputera.

W 2011 roku mówił pan: "Za rok, dwa będę mistrzem świata". Sprawa się przedłuża.

- Troszeczkę... Po euforii zszedłem na ziemię. Przegrałem walkę [w styczniu z Bryantem Jenningsem], dostałem lekcję. Co z tego, że będę dużo mówił, jak i tak wszystko okaże się w ringu. Na pewno na treningach haruję, jak mogę. Do tego ścisła dieta, zero alkoholu, i nawet seksu trzy tygodnie przed walką nie uprawiam. Zostawiam testosteron na ring.

Co będzie, jeśli 8 listopada przegra pan z Tomaszem Adamkiem?

- Nie biorę tego pod uwagę, chociaż... Jeśli przegram, to wtedy będę się zastanawiał co dalej.

Najważniejsze polskie walki bokserskie [TOP 11]