Perfekcyjny cios Marqueza. Romney przyniósł pecha Pacquiao

Juan Manuel Marquez dokonał egzorcyzmu - w czwartej próbie wreszcie pokonał Manny'ego Pacquiao i to tak, że wielki mały Filipińczyk nie mógł wstać przez kilka minut.
Po trzech dwunastorundowcach, słynnych z tego, że niczego nie rozstrzygnęły, nagle jakby w drzewo strzelił piorun. To Marquez zadał perfekcyjny cios.

Jeśli trzymać się konwencji magicznych znaków na niebie i ziemi, na to, że coś stanie się z Pacquiao niedobrego, wskazywały ostatnie, dość niezwykłe minuty przed walką w kasynie MGM Grand. Do szatni Filipińczyka, byłego mistrza świata w ośmiu kategoriach wagowych, wszedł nowy członek zarządu sieci hoteli Marriott Mitt Romney, ten Romney, i powiedział po prostu: - Cześć, Manny. Jestem Mitt Romney. Startowałem na prezydenta USA. Przegrałem.

Kilkadziesiąt minut później Pacquiao poznał w sensie sportowym, że znalazł się w samym środku piekła, kiedy w trzeciej rundzie prawy cios Meksykanina trafił go w sam środek twarzy. Manny upadł. To nie było uderzenie kończące walkę, ale cios, który powiedział mu, że te 36 minut wojny będzie cięższe niż trzy dotychczasowe pojedynki, remisowy oraz dwukrotne nieznaczne, niejednogłośne, kontrowersyjne zwycięstwa.

Coś takiego mógł poczuć jego rywal Marquez w remisowym starciu w 2008 roku, kiedy w pierwszej rundzie aż trzy razy leżał na deskach. Wychodzisz do ringu na 12 rund i z miejsca: Bum! Leżysz. Wstajesz i znów bum! Leżysz. I znów to samo. Uświadamiasz sobie, że masz jeszcze ponad 11 rund czegoś takiego. Witaj w piekle!

Pacquiao, który znów wskoczył na rywala tak jak cztery lata temu po to, aby nie dać mu chwili oddechu, otrząsnął się z nokdaunu bardzo szybko. W wagach, w jakich dotąd królował, ciosy rzadko mają obezwładniającą siłę i Filipińczyk nie wyglądał na złamanego. Ale z drugiej strony, Pacquiao doskonale wiedział, że tym razem boksuje w największym limicie wagowym w swojej karierze - półśrednim, blisko 67 kg (jak w ostatnim pojedynku z Timothym Bradleyem, niezasłużenie przegranym na punkty). No i w jednej chwili dotarło do niego, że Marquez - mimo że na oficjalnym ważeniu był o blisko 2 kg lżejszy - dysponuje większą siłą niż wcześniej.

Trzeba było się wziąć do roboty. Filipińczyk objął kontrolę nad wydarzeniami w ringu i położył Marqueza na deski w piątej rundzie za pomocą lewego bezpośredniego - najpotężniejszej broni mańkuta. Ale znów - nie było to uderzenie kończące. Marquez wstał, otrząsnął się szybko, jak człowiek, dla którego poderwanie się z klęczek nie stanowi problemu. W końcu w starciach z Pacquiao trafiał na deski już po raz piąty i za każdym razem było tak samo - wracał silniejszy.

Do szóstej rundy troje sędziów dawało punktowe zwycięstwo Filipińczykowi 47:46.

Wtedy stało się coś z jednej strony niesłychanego, z drugiej - jeśli się głębiej zastanowić - spodziewanego.

Marquez tak to wyjaśnia: - Widziałem, że chce mnie znokautować. Dzięki temu mniej się chronił, był bardziej otwarty na mnie.

Na akcję Pacquiao podwójnego prawego - to dzięki prawym prostym tak dobrze przedstawiały się dla niego cyferki na kartach sędziowskich - Marquez obniżył sylwetkę, wszedł pod prawą rękę rywala i pełną siłą, ze skrętem całego ciała, wbił swoją pięść w twarz Filipińczyka. Był to wreszcie kończący cios, Pacquiao padł momentalnie - tuż przed siedzącym przy ringu swoim długoletnim promotorem Bobem Arumem, a hala poderwała się w szoku na równe nogi. - Nawet tego ciosu nie widziałem - powiedział pięściarz. Spędził na deskach kilka minut, leżąc twarzą do ziemi, w którym to czasie jego żona Jinkee trwała w niekontrolowanych spazmach.

Niesłychane to, bo akcja była prosta. Spodziewane, bo po trzech pełnych pojedynkach, po w sumie niemal dwóch godzinach obserwacji wojen w ringu, obaj trenerzy - "Nacho" Beristain i Freddie Roach - z pewnością byli w stanie wymyślić jakąś prostą, kończącą akcję. Tak właśnie było w przypadku Marqueza. - Pracowaliśmy na tym jednym ciosem przez całe zgrupowanie - powiedział zwycięzca. - I jak położyłem Manny'ego w trzeciej rundzie, wiedziałem, że mogę go znokautować.

Po walce Marquez ma złamany nos i lekarze podejrzewają wstrząśnienie mózgu, Pacquiao też znalazł się w szpitalu na rutynowych badaniach.

W MGM Grand w Las Vegas sprzedano komplet 16,5 tys. biletów. Prawdopodobnie znów rekordowe będą wyniki sprzedaży transmisji pay-per-view. Jeśli tak, to Pacquiao może zarobić nawet 26 mln dol., jego zwycięski rywal około 8 mln. Mimo że Pacman zaliczył drugą z rzędu porażkę - jest to pierwsza taka przykra miniseria w jego karierze - wciąż jest w USA supergwiazdą.

Marquez jest na szczycie. Ma 39 lat, wspomina o zakończeniu kariery.

No, ale czy nie dałoby się zorganizować rewanżu?