Boks. Młotem w głowę Wacha

Mariusz Wach może się szczycić żelazną głową, która nie odmówiła mu posłuszeństwa mimo ciężkiego bicia non stop przez 48 minut brutalnej walki z Władimirem Kliczką. W boksie jest to dwuznaczna pochwała.
W koszmarnym laniu w Hamburgu - od samego patrzenia bolały oczy - Kliczko wpakował w (głównie głowę) Polaka 274 ciosy na 693 zadane. Wach odpowiedział zaledwie 60 celnymi na 308 wyprowadzonych. Pojedynek dwumetrowców zakończył się jednym z najbardziej jednostronnych werdyktów punktowych w walkach o tytuł mistrza świata wagi ciężkiej w ostatnich latach. W wyprzedanej do ostatniego miejsca hali O2 nazywany "Stalowym Młotem" Kliczko obronił tytuł wszech wag po raz 13. Polak otrzymał honorarium w wysokości 650 tys. euro, Ukrainiec ponad 3 mln euro. Różnica w technice, sprawności, precyzji ciosów, a przede wszystkim w szybkości, była większa.

W ósmym starciu, w którym sędzia mógł bez narażania się na krytykę przerwać pojedynek na skutek przewagi Ukraińca, też chciałbym móc ją przerwać, Kliczko trafił rywala 44 ciosami, z których niemal każdy spowodowałby uszczerbek na zdrowiu zwykłego człowieka. Ale nie Wacha.

Polak odpowiedział zaledwie trzema celnymi ciosami. W tym starciu skończyło się na wygranej Kliczki dwoma punktami u dwóch sędziów i werdyktem końcowym 120:107. Trzeci arbiter punktowy - niedoświadczony w wadze ciężkiej Pasquale Procopio - w jednej rundzie dał zwycięstwo Wachowi i nie uznał ósmej za druzgocącą porażkę Polaka.

- Bałem się, żeby nie poleciał ręcznik z narożnika, żeby mnie nie poddali, gdy ciężko obrywałem. Sam nie miałem nawet jednej myśli, aby klęknąć i się poddać - powiedział Wach po walce.

Jedynym usprawiedliwieniem trenera Juana de Leona w decyzji, aby ręcznika na ring jednak nie rzucić, była pamięć o prehistorii Kliczki.

W 1998 roku w Pałacu Sportu w Kijowie Kliczko obijał w podobnie okrutny sposób Amerykanina Rossa Puritty'ego - choć w odróżnieniu od Wacha ten mu czasem odpowiadał - aż sam osłabł. Wyciągnął szyję jak czapla w beznadziejnej próbie zaczerpnięcia więcej powietrza, ale nie pomogło. W 11. rundzie jego ówczesny trener Fritz Sdunek wpadł na ring i przerwał pojedynek, bo wiedział, że każda kolejna sekunda może odbić się na zdrowiu jego młodego pięściarza.

Od tego czasu zaczęła się zmiana w boksowaniu Ukraińca. Później przegrał z Corriem Sandersem, ale po prostu w tym przypadku został trafiony w pierwszej rundzie przez pięściarza z trotylem w pięściach. Podobnie było w drugiej przegranej przez nokaut - z Lamonem Brewsterem. Do niej Kliczko przygotowywał się już ze znakomitym trenerem, zmarłym dwa tygodnie temu Emanuelem Stewardem. Amerykanin nauczył Władimira tego, co przekazał też Lennoxowi Lewisowi - wykorzystywać swoje atuty z rozsądkiem, pamiętać o słabościach i kryć je, oszczędzać siły, czekając na dogodny moment do ostatecznej serii ciosów.

I teraz do każdego pojedynku Ukrainiec podchodzi beznamiętnie, mechanicznie. Walczy w związku z tym jak robot, jednostajnym tempem. Rozkłada siły na pełne 12 rund, choćby mu przyszło walczyć z bardzo ciężkim Pigmejem, dokonując jednocześnie systematycznej, niespiesznej demolki. Gdy Ukraińcowi nie udało się znokautować Polaka w ósmej rundzie, odpuścił. Wrócił do jednostajnego tempa.

61 walk nauczyło go myśleć w ringu, eliminować dobre strony rywala. Na przykład Wach w swoich czterech poprzednich pojedynkach zadawał średnio 40 lewych prostych, czyli dwukrotnie więcej, niż wynosi średnia w wadze ciężkiej. W sobotniej walce to lewy prosty Kliczki trzymał Polaka na dystans, a on sam w sumie zadał niewiele ponad 300 uderzeń. W pewnym momencie zupełnie zrezygnował ze swojej lewej, widząc, jak bardzo jest nieskuteczna. - Otworzył sobie nią drogę do mnie. Dzięki niej nie dał mi dojść do półdystansu, w którym czułem się silny - powiedział Wach.

Szansa, że Kliczko wystrzela się w pojedynku z zawodnikiem o kilka klas gorzej wyszkolonym i wolniejszym, była więc bliska zera.

Wach liczył na jeden cios, coś, co się zdarza w boksie, po angielsku zwany lucky punch. Faktycznie zadał jeden, dosłownie jeden cios, który zrobił na Ukraińcu wrażenie. Było 10 sekund do końca 5. starcia, gdy Kliczko zadał prawy prosty i Wach zrobił to samo. Trafił Wach. Próbował dopaść rywala na linach, ale zabrzmiał gong. - Jednym ciosem nie można zdobyć tytułu. Żałuję, że w tej sprawie nie mogłem zrobić więcej - powiedział Polak.

Bracia Kliczko - bo Witalij był sekundantem młodszego Władimira - oraz tymczasowy trener Ukraińca Johnathon Banks stwierdzili, że nie wiedzą, jakim cudem Wach utrzymał się na nogach do końca walki po przyjęciu na głowę tylu ciężkich ciosów. Podobne pytania zadawali komentatorzy rosyjscy i brytyjscy. Polski komentator stwierdził, że na "Wacha spadło więcej bomb niż na Wietnam".

Wietnam nie był z tego dumny.