Jerzy Kulej 1940-2012. Legenda o panie Felu i Kuleju

Dawno, dawno temu był sobie Feliks Stamm i dwudziestu pięściarzy. Wśród nich złotko papy Stamma. Za górami, za lasami, w odległej krainie powstała grupa polskich bokserów, którzy bili wszystkich, przede wszystkim ?Ruskich?. Oto bajka dla dzieci, które z doświadczenia wiedzą, że nasz pięściarz zawsze dostaje manto.
Bajka zaczyna się 23 października 1964 roku w Tokio. Tego dnia było dżdżysto. - Pomyślałem, że to dobrze. Gdy zaczynaliśmy turniej, też padało. Wszyscy byliśmy chyba przesądni - wspomina Józef Grudzień, późniejszy mistrz olimpijski.

Rano było ważenie. Do pawilonu z wagą najpierw kroczył trener Stamm, za nim drugi trener Paweł Szydło, za nim masażysta i sekundant Stanisław Zalewski, za nim zawodnicy. Tak było na igrzyskach przez dwa tygodnie, dzień w dzień. Tego dnia też. Gęsiego szli na oficjalną wagę. To też był przesąd.

Trzy godziny przed olimpijskim finałem Stamm zabrał Jerzego Kuleja na spacer. - Nie chciałem nigdzie iść, ale trener nalegał - opowiadał Kulej Tadeuszowi Olszańskiemu w książce "Rzecz o Stammie".

- Nigdy tego spaceru nie zapomnę. Stamm tylko raz spojrzał i już wiedział. Więc od razu mówię, że nie dam rady. Frołow, z którym mam walczyć w finale, już raz mnie pokonał. Dziewięć miesięcy temu szedłem na niego jak burza, a on uskakiwał i punktował. Teraz chyba będzie tak samo. Mówię, że srebrny medal to też bardzo dużo i mam go w kieszeni.

Stamm słucha, milczy chwilę i mówi: - Pamiętasz Moskwę? Nie porażkę z Frołowem, ale mistrzostwa Europy. Na pierwszy nasz trening przyszło mnóstwo dziennikarzy. Podziwiali Pietrzykowskiego, jak walczy z cieniem. Cmokali, pytali, czy można go sfilmować. A ja na to, aby poszli w drugi kąt i sfilmowali tego małego. Ten mały też będzie mistrzem. No i zostałeś mistrzem Europy. I teraz też będziesz mistrzem, tu, w Tokio, mistrzem olimpijskim! Pod jednym warunkiem - jeśli wysłuchasz, co powiem, i wykonasz to w ringu.

Finały zaczęły się o 19. Jako pierwszy walczył Artur Olech z Włochem Aztorim. Przegrał. - Nie może być drugiej porażki - zapowiedział chłopakom Stamm. Potem Grudzień pobił Barannikowa z ZSRR.

Po Grudniu walczył Kulej.

Znany był z agresywnego boksu, cały czas w natarciu. Frołowowi to pasowało - lubił kontrować.

- Miałem zaskoczyć go tym, że nie atakuję - mówi Kulej, jedyny polski pięściarz, który zdobył dwa złote medale olimpijskie. - Nie rzucaj się, to go zdezorientuje - powiedział Stamm.

Taktyka Stamma zadziałała. Frołow oczekiwał ataku, a musiał sam atakować. - "No, to teraz możesz sobie poszaleć", powiedział mi Stamm przed ostatnią rundą - wspominał Kulej. Wygrał pojedynek 4:1.

"Życiu Warszawy" Kulej powiedział: - Walczyłem, jak to się mówi, na ostatnich nogach. W trzeciej rundzie nie wiedziałem już, na jakim świecie jestem. A teraz jestem nieprzytomny ze szczęścia.

Przed dekoracją Stamm czesał Kuleja, mówiąc z uśmiechem: "Cała Częstochowa będzie na ciebie patrzeć".

Radzieckie ćwiczenia przed lustrem

Kulej urodził się w Częstochowie w pierwszym roku wojny. Dla dzieci z tamtego okresu sport polegał na skombinowaniu jakiejś szmacianki i kopaniu pod Jasną Górą na placyku, gdzie zbierali się pielgrzymi.

- Latem pływaliśmy w gliniankach powstałych po cegielni, którą zalała woda. To było miejsce, gdzie młodzi chodzili na randki, kwitło życie towarzyskie, nie bez sprzeczek i bójek. Byłem mały, chudy, dostawałem w skórę. Zwłaszcza od wyrośniętych chłopców, którzy otarli się o wojnę. Od nich uczyliśmy się szacunku dla siły - wspominał Kulej w wywiadzie dla "Dużego Formatu", reporterskiego dodatku "Gazety".

W szkole Kuleja był Heniek, który powtarzał rok, dowodził klasą, ustawiał wszystkich. - Mnie nie lubił, bo byłem lepszy w piłkę. Ale Henio był silniejszy. I nie dawał mi żyć. Myślałem, że muszę coś zrobić - mówił Kulej.

Najpierw kupił radziecki podręcznik do podstaw boksu i uczył się przy lustrze. Intuicyjnie zrobił wspaniale. Nie mógł wiedzieć, że walka z cieniem przed lustrem jest bardzo popularną techniką nauczania boksu.

Ale czuł, że to było za mało. Poszedł do sekcji bokserskiej w Starcie Częstochowa. Wyglądała jak każda prawdziwa sala bokserka: wilgotny zapach potu, odgłosy ciosów i bloków, rytmiczne uderzenia skakanki o deski. - Zaniemówiłem, gdy zobaczyłem tych spoconych herkulesów walących w worki z potworną siłą.

Przerażonego chłopaka dostrzegł trener Wincenty Szyiński. Kulej otrzymał trampki i koszulkę kilka numerów za duże.

Szyiński wspominał potem, że Kulej wyglądał strasznie: mina przerażona, jeżyk na głowie, bo strzygła go matka, w domu nie było na fryzjera. W rodzinie panowała bieda: matka była robotnicą w farbiarni częstochowskiej, ojciec pracował w tartaku, po wojnie skończył zaocznie technikum mechaniczne i został zatrudniony w Hucie Bieruta.

Po dwóch tygodniach treningów był pierwszy sparing - na lewe proste. Okazało się, że Kulej ma strasznie szybkie ręce. Wspominał, że zaraz na początku rozbił nos koledze, który ćwiczył dłużej niż on. A jak potem przyszedł do szkoły, z miejsca wlał Heniowi. Pod tablicą, na oczach całej klasy. I został w klasie numerem jeden.

To chyba pierwszy moment, gdy okazało się, że Kulej był - jak mawiają pięściarze - niezłym kozakiem.

Szacunek niegrzecznych chłopców

- W Cetniewie Stamm wstawał zawsze przed siódmą, szedł na plażę w swojej czapce z daszkiem i patrzył na wschód słońca. Wdychał jod - wspominał Kulej swojego guru.

Stamm był dla niego jest wzorem trenera, wychowawcy, człowieka. Powtarzał to wielokrotnie, przy każdej okazji, że bez Stamma nie byłoby Kuleja. Po śmierci wielkiego trenera pomógł stworzyć Fundację im. Feliksa Stamma. Gdy w turnieju Stamma pojawiał się jakiś dobry zawodnik - zanim turniej uwiądł razem ze sportem amatorskim w Polsce - Kulej powtarzał: "Papa by się cieszył". Wśród sportowych dziennikarzy "Gazety" sformułowanie "papabysięcieszył" przeszło nawet do mowy potocznej, było ciepłym kwitowaniem czyjegoś sukcesu.

Stamm był surowym papą. Stosował ostre metody - na obozach zdarzało się, że pięściarzy budzono o 5 rano i wywożono w góry na 20-kilometrowy bieg. A mimo to był wzorem. Czym Stamm zasłużył na tak idealny obraz u pięściarza, który przysporzył mu najwięcej kłopotów?

- Nie byliśmy grzecznymi chłopcami, ale dla niego mieliśmy szacunek - mówi Kulej. - Pracował na niego latami. Gdyby był nieogolony, pijany dwa razy w tygodniu, gdyby zalatywał nikotyną, to nie wiem, jak byśmy się zachowywali. Ale on nigdy się nie spóźniał, nigdy niczego nie zapominał, zawsze był przygotowany.

Kulej nie palił, był zawsze ogolony, nigdy się nie spóźniał.

Współpraca z panem Felem nie zaczęła się dobrze. Poszło o Mariana Kasprzyka przed igrzyskami w Rzymie.

- Dla Stamma sukces był najważniejszy. Dlatego, choć wiedział, że pojedzie do Rzymu, Kasprzyk, do końca utrzymywał, że mam szansę. W końcu powiedział: "Kto wygra sparing, ten jedzie". Ja wygrałem. Gdy ogłaszano skład, poczułem wielkie rozczarowanie. Jeszcze tego samego dnia się spakowałem i wyjechałem - wspominał Kulej. - Teraz wydaje mi się, że Stamm był ponad własnymi sympatiami. Dlatego wybrał Kasprzyka zamiast mnie na igrzyska do Rzymu i Kasprzyka zamiast Leszka Drogosza do Tokio.

Urwane ucho. Przez milicję

Dziś trudno sobie wyobrazić, czym był sukces w Tokio, kiedy w ciągu trzech kwadransów trzech polskich pięściarzy zdobyło złote medale olimpijskie, bijąc wielkich pięściarzy z ZSRR. Grudzień pobił Barannikowa, który nokautował wszystkich. Kasprzyk ze złamanym palcem pokonał Tamulisa, Kulej Frołowa. Trzy hymny z rzędu.

- Ludziom już nie chodziło o te medale - wspominał Kulej w wywiadzie dla "Gazety" - tylko, że trzech Ruskich dostało po łbie. Sport to była jedyna dziedzina, gdzie Polak mógł normalnie wygrać. Pamiętam, kiedy wracając z olimpiady z Tokio, wylądowaliśmy w Irkucku. Facet w walonkach i w kufajce zaczepił nas pod hotelem i mówi po polsku: "Panie Kulej, oglądałem, jak łomotaliście Ruskich". "A co pan tu robi?" - zapytałem. "Ja tu od zesłania". Dla niego najważniejsze było, że Ruscy przegrali, że widział flagę, słyszał hymn, za który kiedyś głowę nadstawiał.

Cztery lata później Kulej wszedł do galerii sław boksu, zdobywając drugie złoto - w Meksyku.

Chyba właśnie wtedy pokazał najdosadniej w życiu sportowym, jaki z niego kozak.

Nie powinien wygrać. To było nierealne, niemożliwe, bo przed olimpiadą miał potwornie trudny okres w życiu. Ciężki wypadek samochodowy: dziurę w głowie, powybijane zęby, złamaną szczękę, odcięty nos, rozerwany policzek. Po dwóch tygodniach wyszedł ze szpitala na własną prośbę, żeby pojechać na zgrupowanie. Potem, na kolejnym zgrupowaniu w Zakopanem, zdarzyła się awantura z milicją. - Porozbijali mi pałkami ledwo zagojone rany na twarzy, urwali ucho. Gdyby mi go szybko nie przyszyli, wyglądałbym jak van Gogh - wspominał Kulej.

Już w pierwszej walce trafił na Janosa Kajdiego, z którym przed igrzyskami przegrał. Ktoś z nich musiał wrócić do domu.

- Bałem się. Wiedziałem, że nie jestem w najlepszej formie, a jednak wygrałem 3:2. Potem w finale znów 3:2 z Kubańczykiem Enrique Requeiferosem i stanąłem na najwyższym podium jako jedyny z Polaków. Zakryłem oczy, bo bokserowi nie wypada płakać. I pomyślałem o Heniu, tym z Częstochowy, którego pobiłem na oczach całej klasy: "Skurczybyku, to także dzięki tobie. Gdyby nie ty, tych wszystkich doznań bym nigdy nie miał".

No, to i my musimy podziękować Heniowi. I dodać, że Kulej zabrał ze sobą polski olimpijski boks. Czy nie jest symboliczne, że odszedł właśnie teraz, gdy żaden polski pięściarz nie wejdzie do ringu na igrzyskach - pierwszy raz od 80 lat?*

Jerzy Kulej

najwybitniejsza polski pięściarz olimpijski, dwukrotny złoty medalista, dwukrotny mistrz Europy, poseł na Sejm (2001-05). Prekursor boksu zawodowego w Polsce - zorganizował pierwszy pojedynek. Walczył Przemysław Saleta z Ianem Bullochem na warszawskim Torwarze. Wieloletni komentator boksu w TV, tworzył niezapomniany duet z Andrzejem Kostyrą.

10 grudnia podczas benefisu Daniela Olbrychskiego doznał rozległego zawału serca. Od tamtej pory walczył z chorobą i wydawało się, że zwycięży. Zmarł w piątek w wieku 71 lat.

* Nie licząc bojkotu igrzysk w Los Angeles przez blok sowiecki w 1984 roku