Boks. Muhammad Ali stracił trenera

W tej jednej minucie stawał się jednocześnie Godzillą i Supermanem - mówiono o trenerze Angelo Dundeem, który potrafił w 60 sekund między rundami jednym zdaniem zamienić złamanego pięściarza w zwycięzcę
Angelo Dundee zmarł na Florydzie, z którą był związany od lat 60. Tam trenował Muhammada Alego i wielu innych, wśród nich - na początku lat 90. - naszego Przemysława Saletę. Howard Cosell, zmarły komentator TV, powiedział o Dundeem: - Jest jedynym człowiekiem boksu, któremu powierzyłbym własne dziecko.

W styczniu w Louisville, mieście rodzinnym Alego, obchodził z pięściarzem jego 70. urodziny. Razem objechali cały świat: byli w Japonii, na Filipinach, w Malezji, Indonezji, Zairze, Europie. Stworzyli niespotykaną w boksie, wspaniałą parę, która nigdy się nie rozstała. Przez całą karierę - z wyjątkiem dwóch walk - stał w narożniku The Greatest, aż do smutnego zakończenia w walkach z Larrym Holmesem i Trevorem Barbickiem.

O końcu Alego jako pięściarza Dundee opowiadał w wywiadzie dla "Dużego Formatu": - Byłem przy nim, kiedy było dobrze, musiałem być, gdy było źle, choć oczywiście wiele mnie to kosztowało. Gdyby mnie przy nim wtedy nie było, czułbym się, jakbym czegoś w życiu nie dokończył. Jakbym go zdradził. Ja nie mogę pięściarzowi, którego kocham, o którym wiem, że kocha boks, powiedzieć: "Nie możesz walczyć. Jesteś stary". Nie mogę za niego decydować. Nie chcę bawić się przed nim w Pana Boga. Próbowałem inaczej. Kiedyś w gymie ćwiczył z nami stary bokser. Skakał na skakance. Rytm nie był już równy pa rap, papa rap, pa rap. Bokser się chwiał. Powiedziałem o tym Muhammadowi: "Zobacz, facet się chwieje. Rytm już nie jest ten sam". I - tuż przed walką z Holmesem - obaj się zaśmialiśmy, kiedy przypomniałem mu tamtą scenę. Powiedziałem: - Muhammad, ty się chwiejesz. Rytm już nie jest ten sam.

Mówił, że trenując go, czuje się jak pilot myśliwca - Ali reaguje na każdą radę lub sugestię tak jak myśliwiec na najdrobniejszy ruch wolanta.

Był geniuszem motywacji, co okazało się w najbardziej niezwykły sposób w 1975 roku, podczas słynnej "Thrilla in Manila", czyli walki z Joe Frazierem. - Cienki dach, w ciągu dnia było tam gorąco jak w piekle - opowiadał trener swoim kapitalnym akcentem z Filadelfii. - Żeby zapewnić najlepszą porę transmisji w Stanach, pojedynek zaczął się o 11 przed południem. 40 stopni i ogromna wilgotność! Byłem kompletnie wyczerpany, jeszcze zanim zaczęła się walka. A co dopiero bokserzy. Po 11. rundzie Ali toczy się do narożnika i mówi: "Człowieku! Nie dam rady. Umieram!". A ja na to: "Muhammad, albo jesteś mężczyzną, albo dzieckiem".

To, co stało się po 14. rundzie, jest dla boksu kultową chwilą. Widząc siedzącego w narożniku niemal bezwładnego Fraziera, Dundee wypchnął Alego na ring. Po drugiej stronie trener Eddie Futch (w środowisku pięściarskim niemal tak poważany jak Dundee, zmarł w 2001 roku, również w wieku 90 lat) powiedział: - Joe, zatrzymam walkę. To koniec.

W 1981 r. Dundee stał w narożniku Sugara Raya Leonarda, swojego kolejnego wielkiego pięściarza, "mniejszego Alego", w pierwszej, pamiętnej walce z Tommym Hearnsem. Po 12. rundzie, kiedy jego pięściarz przegrywał u wszystkich sędziów, krzyczał do Leonarda: "You're blowing it, son, you're blowing it!" (czyli "Tracisz walkę, synu!"). I te słowa przeszły do legendy boksu. W 13. rundzie Leonard eksplodował, posłał Hearnsa na deski, a nawet poza ring, w 14. go znokautował.

Kiedyś Dundee trenował niejakiego Johnny'ego Holmana. Pamiętając, że marzeniem Holmana jest własny dom, podczas właściwie przegranej walki Dundee mówił w przerwie: - Ten facet zabiera ci twój dom, Johnny, zabiera ci te twoje wymarzone okiennice. Nawet telewizor ci zabierze!

Holman pozbierał się, wygrał i kupił dom.

W 2008 roku przed pojedynkiem z królem boksu Mannym Pacquiao Dundeego zatrudnił Oscar de la Hoya. Ale w noc walki dla 86-letniego trenera zabrakło miejsca w narożniku. "Złoty Chłopiec" nie wyszedł do 9. rundy, był to jego ostatni pojedynek w karierze. Fachowcy zastanawiają się, czy nie skończyłby się inaczej, gdyby miejsce przy ringu dla wielkiego motywatora jednak się znalazło.

Dundee był też wielkim cwaniakiem, miał przeogromną paletę trików, dzięki którym pomagał swoim zawodnikom. Potrafił niby przez przypadek rozwiązać sznurówki pięściarzowi, aby dać mu czas na odpoczynek podczas ich zawiązywania. Potrafił stanąć między pięściarzem i sędzią, aby zasłonić sobą rozbity łuk brwiowy i dać szansę na dokończenie walki - jeśli tylko chciał tego jego człowiek w ringu. Potrafił wlać lód z kubła między nogi pięściarza, aby odwrócić jego uwagę od bólu i urazów. Alemu wymyślał mnóstwo wierszyków, w których pięściarz szydził z rywali i przewidywał, w której rundzie padną na deski.

To on naciągnął liny w nocy przed "Rumble in The Jungle" w Kinszasie w 1974 roku, dzięki czemu Ali mógł zastosować swoją, wydawałoby się, samobójczą, a na końcu zwycięską taktykę "rope-a-dope". Odchylony, oparty na linach, ukrywając się za podwójną gardą, pozwalał na obijanie przez Foremana, aż ten wyczerpany padł po serii ciosów w ósmej rundzie. - Sam to wymyślił - opowiadał potem Dundee. - Kiedy zaczął opierać się o liny, zrobiło mi się słabo. Wydawało mi się, że to najgłupsza rzecz, jaką można zrobić. Myślałem, że będzie tańczył wokół George'a przez pięć, sześć rund. Potem przyśpieszy, George będzie zmęczony i nastąpi nokaut w jednej z końcowych rund. Ale wszystko, co wymyśliliśmy, opierało się na jednym założeniu - Ali nie może dać się trafić. Tymczasem wyglądało to zupełnie inaczej i patrząc na tę walkę z narożnika, w nocy, w gorącej dżungli w środku Afryki, czułem się, jakby mnie smażyli w piekle.

Najsłynniejszy trik Dundee zastosował 18 czerwca 1963 roku. Na Wembley w Londynie Cooper w czwartej rundzie zadał swój najlepszy cios - lewy hak, czyli "Enry's ammer" (jako chłopak z przedmieść Londynu połykał "h", co - ogólnobrytyjsko - dawało komiczny efekt i stało się na tyle popularne, że pięściarza nazywano "Our Enry") i późniejszy Muhammad Ali poleciał na deski.

Wtedy Dundee pokazał sędziemu dziurę w rękawicy Alego i zażądał zapasowej pary. Oczywiście takiej nie było, ale Ali doszedł do siebie. W szóstej rundzie arbiter przerwał pojedynek z powodu rozbitego łuku brwiowego Anglika.

Od tego momentu mnóstwo komisji sportowych zapewniało sobie rezerwowe rękawice, które zawsze były w pobliżu ringu.

Ali stał się dzięki Dundeemu najmłodszym mistrzem świata, za to George Foreman stał się dzięki niemu najstarszym mistrzem świata, kiedy w 1994 roku, w wieku 45 lat, mając w narożniku 72-letniego trenera, znokautował 19 lat młodszego od siebie Michaela Moorera.

Ale i tak najwięcej łączyło trenera z Alim. Byli dla siebie stworzeni, zawsze byli lojalni. Kiedy Ali zmienił wyznanie na islam i imię na Muhammad X, a potem Muhammad Ali, trener nigdy nie wypowiadał się o jego wyborze. Kiedy opiekę finansowo-menedżerską nad karierą pięściarza przejęli Czarni Muzułmanie, Dundee stał się jedynym białym w codziennym otoczeniu Alego. Kiedy Ali został zdyskwalifikowany za odmowę udziału w wojnie w Wietnamie, Dundee czekał na jego powrót przez trzy i pół roku.

W biografii Dundeego Ali napisał: "Nigdy mnie nie zawiódł. Pozwolił mi być sobą. Za to kocham Angelo".