Boks. Piętnasta Runda 'Smokin' Joe Fraziera

Legendarny Joe Frazier w hospicjum. Mały wielki pięściarz jest bliski śmierci.
Joe Frazier walczy w ostatniej rundzie najważniejszego pojedynku i już nie wygra. 67-letni były mistrz świata wagi ciężkiej trafił do hospicjum w Filadelfii z zaawansowanym nowotworem wątroby.

Fraziera zwano Smokin' Joe, bo walił tak, że szedł dym. W pamięci kibiców zapadł najbardziej dzięki trzem pojedynkom z Muhammadem Alim. Przeszły one do legendy boksu.

Znany amerykański dziennikarz Mark Kram trzecią i ostatnią z nich - Thrilla in Manilla w 1975 roku - opisał dla "Sports Illustrated" w najbardziej lirycznych słowach, na jakie stać bokserskiego korespondenta.

"Ali szedł pod rękę z olśniewającą Imeldą Marcos po czerwonym dywanie prezydenckiego pałacu. Imelda poprowadziła mistrza do stołu, napełniła mu talerz, a kiedy stał, czekając, feeria świateł z wielkiego kandelabru rozjaśniała obitą twarz - dowód, że niedawno poddał się ostatecznemu osądowi uprawianej przez niego sztuki. Najbardziej szalony z egzystencjalistów, wielki surrealista naszych czasów, król wszystkiego, co zobaczą jego oczy, nie był w stanie utrzymać widelca.

Kilka kilometrów od pałacu człowiek, który zawsze oczekiwał od Alego odpowiedzi i jak wilk podążał za nim krok w krok, leżał w półcieniu sypialni. Tylko ciężki oddech przerywał ciszę. Stary przyjaciel wszedł, stanął o krok od łóżka. - Kto to? - pytał Joe, unosząc się. - Kto to? Nic nie widzę. Nic nie widzę!

Scena nie może pójść w zapomnienie; dobry i odważny mężczyzna, leżąc tam, ucieleśniał to, co zostało z siły woli niewidzianej dotąd w ringu, woli, która zawiodła go tak daleko - aż za daleko. - Człowieku, biłem go ciosami, które zwaliłby mury miasta!".

Ali też był wzniosły, gdy mówił o walce: - Była jak śmierć. Znalazłem się najbliżej umierania.

Po 12. rundzie trener Alego Angelo Dundee krzyczał do śmiertelnie wyczerpanego pięściarza: - Mój Boże, Mistrzu, spójrz na niego! Nie ma już siły!

Ali poderwał się do walki, resztkami sił. Jednym ciosem wysłał ochraniacz Fraziera w rzędy prasowe. Zadał dziesięć uderzeń, na które Frazier nie znalazł odpowiedzi.

To, co stało się po 14. rundzie, jest dla boksu historyczną, dramatyczną chwilą.

Widząc siedzącego w narożniku niemal bezwładnego Fraziera, Dundee wypchnął Alego na ring. Po drugiej stronie trener Eddie Futch powiedział: - Joe, zatrzymam walkę.

- Nie, nie, Eddie. Nie możesz mi tego zrobić.

- Nie widziałeś nic w ostatnich dwóch rundach, dlaczego w 15. nagle znów masz widzieć?

- Chcę go dorwać, szefie - powiedział Frazier.

- Siedź, synu. To koniec.

Następnego dnia Ali mówił: - Kiedy pytają maratończyka, co myśli na ostatnich dwóch kilometrach, ten odpowiada, że sam pyta wtedy siebie: Dlaczego to robię, dlaczego doprowadzam siebie do takiego stanu. Ja też pytałem siebie, co robię, walcząc z ludzką bestią, taką jak Joe Frazier. Wyzwalam w moich przeciwnikach to, co w nich najlepsze. Powiem teraz światu, że Joe Frazier wyzwolił to, co we mnie najlepsze.

Ali bez Fraziera nie byłby Alim. Legenda boksu lat 70. bez obu nie powstałaby. Nie da się opowiedzieć o jednym bez historii drugiego. Obaj byli mistrzami olimpijskimi.

Frazier jako jedyny pokonał Największego, gdy był on naprawdę wielki, a nie u schyłku kariery. Dziś kibice boksu nie mają pojęcia, jak ogromne zainteresowanie wzbudzał w 1971 roku ich pierwszy, przegrany przez Muhammada, pojedynek. Ponad 20 tys. biletów na Walkę Stulecia w Madison Square Garden sprzedano na miesiąc przed, choć osiągnęły cenę 150 dol. (nowy datsun kosztował wtedy 3,8 tys dol., nowy dom - 23 tys. dol.) Wydano 700 akredytacji dziennikarskich, 500 odrzucono. Między innymi pod dziennikarzy chcieli się podszyć Dustin Hoffman i Diana Ross. Zostali wyrzuceni z hali. Frank Sinatra miał miejsce przy ringu jako fotoreporter pisma "Life", dla telewizji komentował walkę Burt Lancaster. Przy ringu siedzieli: Barbra Streisand, Bill Cosby, Sammy Davis Jr., Hugh Hefner.

Obaj pięściarze dostali największe honoraria w historii - po 2,5 mln dol. W TV, w bardzo popularnych wtedy transmisjach tzw. closed circuit, czyli w kinach, licencjonowanych barach i salach, pojedynek oglądała na całym świecie rekordowa liczba 300 mln osób.

Główną zaletą Alego były: szybkość, lewy prosty, praca nóg, inwencja, psychologia walki. Frazier - wychowany przez ulice Filadelfii - był urodzonym zabijaką, krępym, o krótkiej szyi, mocnych nogach. Miał zaledwie 180 cm wzrostu, ważył 93 kg, czyli był niższy niż Tomasz Adamek. Ale jego lewy hak łamał najtwardsze szczęki.

To, co najważniejsze, działo się w jego głowie: Frazier nie wiedział, co to krok w tył, nie znał słowa "ustąp", w wojnach, jakie toczył w ringu, przypominał rozjuszonego pitbula, który rozumie tylko jeden rozkaz: "Bierz go!".

Jako dziecko murzyńskiego getta mówił mało zrozumiałym slangiem. W 1996 roku, kiedy spotkałem go w Atlantic City po drugiej walce Gołoty z Bowe'em, nie mogłem zrozumieć jego odpowiedzi. Mówiąc, bezwiednie rapował.

Nigdy nie chciał mieć nic wspólnego z polityką, czyli odwrotnie niż jego przeznaczenie po drugiej stronie ringu. Chciał zarabiać pieniądze, powalając przeciwników na deski.

Kiedy krzyżowali rękawice, stawał się natychmiast ofiarą słownej agresji Alego. Ten na konferencjach prasowych nazywał Fraziera: "ignorantem", "gorylem", mówił, że "jest zbyt brzydki, aby być mistrzem", oskarżał go o podlizywanie się białym i życie zgodne z ich nakazami. A przecież to Frazier poszedł do prezydenta Richarda Nixona, by wstawić się za Alim (groziło mu więzienie za odmowę służby w Wietnamie).

Różniło ich wszystko, również wyznanie - Frazier czytał Biblię, Ali Koran.

Przez lata Frazier miał żal do Alego. Niby mówił, że mu wybacza wszystkie złe słowa, ale zadra siedziała za głęboko.

Dwa lata temu Rafał Kazimierczak, dziennikarz "Przeglądu Sportowego", tak opisał wizytę u Fraziera: - Wszedłem do apartamentu, w którym mieszkał, w centrum Filadelfii. W pokoju, gdzie ludzie wieszają Picassa, było wielkie zdjęcie lewego haka, po którym Ali leci na deski. Jego menedżer - choć byłem z nim tylko ja - krzyknął: "Ladies and Gentlemen, please welcome, heavyweight champion of the world, Smokin' Joe Frazier". I dopiero wtedy wszedł Joe. Odsłuchiwałem później nagrania i wzruszałem się, gdy mówił o epokowych wydarzeniach. To jest szalony staruszek, zerwał się, niech pan dotknie mojego bicepsa. Rzeczywiście kaloryfer. Był dumny z siebie, powtarzał, że trzy razy pokonał Alego, że go skrzywdzono. Nawet w Manili. Nigdy nie przebaczył Alemu. Mieli po prawie 70 lat, ale ich walka wciąż trwała. Jeden nie mógł istnieć bez drugiego.

Polacy na deskach: najsłynniejsze nokauty