Bohaterowie naszej młodości: Maciej Zieliński

Dawno, dawno temu, gdy NBA była jeszcze naszą starą kochaną NBA, za siedmioma górami i siedmioma lasami, w kraju powszechnej szczęśliwości i transmisji amerykańskiej koszykówki w telewizji publicznej, na Dolnym Śląsku była sobie drużyna. I to drużyna nie byle jaka, bo taka, którą nie dość, że dało się oglądać bez bólu zębów, to jeszcze jej mecze mogły ten ból uleczyć, a także pomóc cierpiącym na podagrę, rwę kulszową i chroniczny Weltschmerz...

Drużyna ta nazywała się ''A'' Śląsk Wrocław (czasem nazywała się też Śląsk Wrocław z różnymi dodatkami) i była w naszej pięknej ojczyźnie potęgą jak Generał Daimos w kraju robotów czy innej Japonii. Pojedynki wrocławskiej ekipy z Anwilem Włocławek i rzut Jacka Krzykały przeszły już do historii polskiego kosza, tamta ekipa również, bo miała swoich bohaterów. Jednym z nich był Adam Wójcik, dla co młodszych kibiców koszykówki w Polsce będący człowiekiem, którego rzut z dystansu i bródka przedstawione są w jaskini Lascaux . Jednak Wójcik nie mógł być bohaterem naszego dzieciństwa, głównie ze względu na swoją posturę wrocławskiego wieżowca mieszkalnego. Może i wierzyliśmy wtedy jeszcze w świętego Mikołaja, ale już podejrzewaliśmy, że nie uda się nam odrosnąć od ziemi na grubo ponad dwa metry.

Naturalny wybór padł zatem na Maćka Zielińskiego, osobnika o parametrach zbliżonych do normalnych. ''Zielony'' nie dość, że w barwach Śląska został rekordowym ośmiokrotnym mistrzem Polski, to jeszcze ze swoimi kolczykami i tatuażami był prawdziwym ''bad boyem'' polskiej koszykówki i to jeszcze w czasach zanim to określenie zaczęło oznaczać importowanych ze Stanów, sprawiających problemy koszykarzy z rajstopami na głowach i porysowanych jak Kaplica Sykstyńska. Zresztą nie ma co się dziwić: dziewczyny lubią chuliganów, a małym chłopcom oni imponują. Do tego Zieliński był naprawdę cholernie dobrym koszykarzem, który nie bał się wchodzić pod kosz - mało tego, on to robił nałogowo - nie mając nawet dwóch metrów obalał tezę, że biali nie potrafią skakać, ładując w obręcz piłkę z góry z taką siłą, że tablica i telewizory w wielu domach się trzęsły (było to w czasach, kiedy mecze polskiej ligi oglądało średnio trochę więcej niż 17 osób), a kiedy trzeba było, to raził celnymi bombami z dystansu.

Zieliński obnosił się też z tym, że słucha ciężkiej muzy, kiedy my odkrywaliśmy, że Iron Maiden to nie rodzaj żelazka i bardzo kogoś przypominał...

Don Pedro (L) i Maciej ZielińskiDon Pedro (L) i Maciej Zieliński 

Czy tego gościa można było nie lubić? Nie, poprawka, czy tego gościa można nie lubić? Dodając do tego, że rzucił w karierze blisko 8000 punktów a w czasie trzyletnich (1992-1995) studiów na Uniwersytecie Providence grał w uczelnianym zespole z późniejszym dwukrotnym mistrzem NBA Dickeyem Simpkinsem i pokonał w konkursie rzutów osobistych Wielkiego Cthulhu - nie da się.

No cóż, jak już raz się rzekło ''Kiedyś koszykówka to było to'' , to teraz trzeba rzec ''Kiedyś koszykówka to naprawdę było to''.

Czy wiesz, że...?

Jarosław Kania z Uniwersytetu Wrocławskiego odkrył w 2001 w Namibii chrząszcza, którego na cześć swojego ulubionego koszykarza ochrzcił Pomphus zielinskii . To znaczy gatunek, nie jednego chrząszcza. Jego podobiznę (ale tym razem jednego) Maciej wytatuował sobie na ramieniu.

Łukasz Miszewski

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.