Rozczarowanie roku 2010 według Z Czuba

Za chwilę jeden rok zmieni się w drugi rok, warto więc dokonać pewnego podsumowania, sprawdzić jak się sprawy mają i odpowiedzieć sobie na trzy podstawowe pytania filozoficzne: dokąd dążę? Po co żyję? Skąd dojeżdżam? W ostatnich dniach starego roku postaramy tak właśnie rozprawić się ze światem sportu, przy pomocy kilku poręcznych kategorii. Dziś rozczarowanie roku

Piotrek wybiera - Jacek Gmoch nie gra z Barceloną

Polska Myśl Szkoleniowa (TM) nie miała najlepszych ostatnich... W zasadzie ostatnie 28 lat od mundialu w Hiszpanii dla Polskiej Myśli Szkoleniowej (TM) było takie sobie. Kilka razy próbowała odgryzać się swoim prześladowcom, ale poza nielicznymi wyjątkami (jak na przykład porażki Leo Beenhakkera z reprezentacją Polski na Euro 2008 i po nim) na ogół nie odnosiła większych sukcesów. I kiedy pojawiła się jutrzenka nadziei, kiedy nadszedł młodzieniec przeczysty, który miał Polską Myśl Szkoleniową (TM) uratować niosąc kaganiec oświaty i mrucząc pod nosem ''he he he'' - nie dano mu szansy.

Informacja o objęciu przez Jacka Gmocha tymczasowego rządu dusz i piłkarzy w Panathinaikosie Ateny zrobiła w Polsce piorunujące wrażenie, a co mniej odporne jednostki Jacka Gmocha widziały ogromnego, nie tyle nawet od morza do morza, co od oceanu do oceanu . Wszyscy czekali, kiedy Gmoch jako pierwszy trener od czasów wczesnego Franciszka Smudy postawi nogę na ligomistrzowej ziemi i pokaże Pepowi Guardioli jak się gra z ułańską fantazją i polotem. Niestety, szefowie Panathinaikosu po jednym ligowym meczu wygranym 4:2 uznali, że gdyby ten sam wynik Panathinaikosowi przydarzył się w Lidze Mistrzów z Barceloną wszechświat mógłby eksplodować i zatrudnili nowego trenera, który jak pan Bóg przykazał przegrał 0:3. I Polska Myśl Szkoleniowa (TM) znów musi wrócić do złotych czasów klęski Beenhakkera w Mariborze.

Spiro wybiera - dwa złote medale olimpijskie Simona Ammanna

Tak, tak. Nie powinno się nikomu życzyć źle, tym bardziej, sympatycznemu chłopcu w okularach. Nie da się jednak ukryć, że przez tą Potterową formę, Harry światowych skoczni pozbawił Adama Małysza tryumfu, o którym Polak marzy przez całą karierę, dzięki któremu stałby się może najwybitniejszym i najbardziej utytułowanym skoczkiem w historii - miałby przecież dwa złota w Vancouver i jedno w Salt Lake City. Nie mówiąc już o stałym miejscu na lata wśród celebrytów reklamujących produkty pierwszej potrzeby, od herbaty przez mleko po czekoladę.

Forma Ammanna sprzed 8 lat była dla wszystkich zaskoczeniem, chwilowym błyskiem - można było wtedy mówić, że Małysz miał w tym wszystkim pecha i tyle. Forma Ammanna z poprzedniego sezonu była już monstrum, któremu nikt nie odważyłby się wejść w drogę, była złym potworem, który odgryzł skrzydła naszemu superbohaterowi. Powstanie tego giganta (pewnie gdzieś w alpejskiej jaskini) uważam za największe rozczarowanie odchodzącego roku i mam nadzieję, że dożyję czasów, gdy złote medale olimpijskie będzie się wręczało honorowo, za całokształt kariery - i nasz wąsacz wówczas wejdzie na najwyższy stopień podium i z uśmiechem Wajdy będzie słuchał Mazurka Dąbrowskiego.

Łukasz wybiera reprezentację Polski

Franciszek .  Polska - Ukraina 1:1Franciszek . Polska - Ukraina 1:1 Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Wyborcza.pl

Jeszcze wydawałoby się całkiem niedawno biało-czerwoni po raz pierwszy w historii awansowali do Mistrzostw Europy i zdawało się, że mają przed sobą kilkuletnią futbolową świetlaną przyszłość. Potem jednak przyszedł beznadziejny występ na Euro 2008, jeszcze gorsze eliminacje do mundialu w RPA, a ten rok jest tylko ukoronowaniem beznadziejnej formy Polaków. Teoretycznie na pierwszy rzut okiem statystyka (to powinno być nową dyscypliną olimpijską) rzecz nie ma się jeszcze najgorzej. W roku 2010 nasza reprezentacja zagrała 14 spotkań, z czego cztery wygrała (z Tajlandią, Singapurem, Bułgarią i Wybrzeżem Kości Słoniowej), cztery przegrała (z Danią, Hiszpanią, Kamerunem i Australią), a sześć zremisowała (z Finlandią, Serbią, Ukrainą, USA, Ekwadorem, Bośnią i Hercegowiną). Bilans bramkowy 23:24.

Kiedy jednak weźmiemy pod uwagę, że połowa tych zwycięstw odniesiona została nad przeciwnikami bardziej egzotycznymi niż body sushi i do tego w ramach rozgrywek Jakiegoś Śmiesznego Zagranicznego Turnieju (TM), nasi kadrowicze nie byli w stanie ani razu trafić do siatki rywali przez cztery kolejne spotkania między trzecim marca a czwartym września, a w rankingu FIFA zostali już wyprzedzeni przez Reprezentację Artystów Polskich i zespół Mazowsze, sytuacja zaczyna się robić powoli beznadziejna. Jedynym jasnym punktem była wygrana z tymi-od-Drogby i to bez Drogby. Mam nadzieję, że w nadchodzącym roku, ostatnim pełnym przed Euro, które organizujemy i na którym warto byłoby się nie zbłaźnić, tych jasnych punktów będzie więcej. Musi ich być więcej.

Marek wybiera mecz Barcelona - Real

Mundial z czasem się rozkręcił, od Małysza lepszy jest tylko kombinezon Morgensterna, Kubica podobno nadal ma szanse na zostanie mistrzem świata, Gortat zmienił klub i ma grać więcej, Justyna Kowalczyk wciąż ma szansę na ukończenie kilku biegów bez dyskwalifikacji, ale co z tym Gran Derbi?

Listopadowy mecz z udziałem Barcelony i Realu był prawdopodobnie spotkaniem, na które czekałem najbardziej w tym roku. Liczyłem, że po serii nudnych lub jednostronnych meczów doczekam się wreszcie gigantycznego widowiska, nawet jeśli nie zakończonego wynikiem pięć do pięciu, to przynajmniej obfitującego w zwroty akcji, walkę do ostatniej minuty i wszystko to, czym powinien ociekać mecz Barcelony z Realem. Walka była, ale nie sportowa, piękna gra była, ale tylko Barcelony i jakoś trudno uwierzyć, że następnym razem będzie inaczej.

Andrzej B. wybiera polskie drużyny w pucharach

Wisła Kraków - Karabach Agdam Wisła Kraków - Karabach Agdam  Fot. Micha3 Lepecki / Agencja Wyborcza.pl

Lech zrobił w tym roku naprawdę dużo, żeby polskie drużyny w europejskich rozgrywkach nie były traktowane jak reprezentacja Kenii na zimowych igrzyskach. Gdyby jednak wymazać to, co Kolejorz zdziałał od dwumeczu z Dnipro, okazuje się, że coroczne marzenia o Lidze Mistrzów należałoby zamienić na modlitwy o brak upokorzeń. Termin ''Sezon 2009/10 w pucharach'' dla naszych ligowców jest czysto abstrakcyjny, gdyż wszystkie polskie zespoły swój udział w międzynarodowych rozgrywkach ograniczyły do siedzenia przed telewizorem jeszcze w 2009. Teraz tylko Lech sprawia, że w 2011 nie będzie podobnie.

Także Lech ma jednak sobie sporo do zarzucenia. Niewiele brakowało, a na lidze mógłby się skupić w ekspresowym tempie, gdyż kwalifikacje do Ligi Mistrzów zaczął od starcia z Interem Baku, który odprawił dopiero po karnych. Potem odpadł ze Spartą Praga, będącą wówczas w wyraźnym dołku i nie mającą do zaoferowania wiele ponad groźne miny Tomasa Repki. Potem Kolejorz odkupił winy, ale pozostali nasi reprezentanci nie dali sobie na to szans. Ruch ledwie przeszedł Maltańczyków z Valletty, a potem dostał bolesną lekcję futbolu od Austrii Wiedeń. Wisła dwa razy przegrała z azerskim Karabachem Agdamam, o którym przed pierwszym gwizdkiem mówiło się, że nie miałby szans, nawet gdyby ''Biała Gwiazda'' wystawiła tylko Pawełka i maskotkę drużyny (nie, to nie to samo). Jagiellonia nie narobiła popeliny, ale po zaciętej walce uległa Arisowi Saloniki, co trudno uznać za sukces. Wprawdzie Antonii Piechniczek uspokoił nas, że polska liga nie jest słabsza od azerskiej , ale przecież właśnie takie tłumaczenia pokazują jak daleko nam do czołowych lig i gry w Lidze Mistrzów.