Bohaterowie naszej młodości: Stare, dobre NBA

Jasne, Najwyższa Liga Świata wciąż ma na całym świecie, w tym i w naszym kraju, wielu kibiców. Ale w porównaniu z enbiejowym boomem, jaki mieliśmy między Wisłą i Odrą w połowie lat 90., to ciągle zaledwie cień zainteresowania wrzucającymi i wkładającymi piłkę do kosza atletami.

Wbrew temu, co niektórzy myślą, redakcja Z Czuba to nie licealiści raczący się w czasie relacji na żywo paliwem rakietowym oraz innymi środkami, przy których dopalacze są niewinne niczym O.J. Simpson. Z racji wieku znakomicie pamiętamy Włodzimierza Szaranowicza z jego kultowym już ''Hej, hej, tu NBA'' i czasy, w których transmisje z tej ligi w telewizji publicznej nie były wcale nierealną mrzonką tylko samą rzeczywistością. I zamiast puszczania ''Jak to leciało'' czy innego ''Gwiazdy tańczą na lodzie'' TVP uznawała, że do jej misji zalicza się między innymi nauczenie ludzi gry w trumnie, rzutów z dystansu czy podań zza pleców a la Mark Jackson.

Wciąż śledzimy to, co dzieje się w NBA, chwilami jednak mamy wrażenie - no, poza Kostrzem - że jej kolejne nowe gwiazdki i lebrony tak naprawdę niewiele się od siebie różnią. Czasami podejrzewamy, że Chris Paul i Dwayne Wade to jedna i ta sama osoba, tylko w ramach jakiegoś dziwnego wyjątku w języku angielskim jej nazwisko czyta się raz tak, raz tak). Za to kiedyś...

Tak, za to kiedyś w dobrym tonie była znajomość całych ustępów z ''Magic Basketball'', umiejętność wymienienia point guardów pierwszych piątek przynajmniej połowy zespołów z Konferencji Wschodniej i rzutu hakiem. Kto nie wiedział, jaki przydomek ma Clyde Drexler, nie istniał, a kto nie potrafił powiedzieć dlaczego ma właśnie taki, a nie inny, istniał tylko w dni tygodnia z ''r'' nazwie. Nagle między blokami pojawiły się boiska do kosza, które do picia piwa służyły wyłącznie w piątek i w sobotę po zapadnięciu zmroku. W porach tak zwanego ''urzędowania'' pełne były za to dzieciaków, które wcielały się w swoich NBA-owych idoli.

- Ja jestem Dżordan! - krzyczały te, które nieźle rzucały z półdystansu. - A ja Majkel! - zastrzegały się te szybko biegające. - To ja Emdżej! - wrzeszczały te skaczące najwyżej. - Okej, to ja będę Kempem - mówił zawsze na końcu zrezygnowany gruby dzieciak, którego nikt nie chciał wziąć do drużyny. Ten sam, który wiele lat później miał zapewne problemy z narkotykami.

Dziś NBA jest pełna cyborgów-atletów, którzy różnią się od siebie tym, że niektórzy z tych atletów szybciej biegają, niektórzy lepiej podają, inni mają lepszy rzut z wyskoku, co niektórzy opaskę na głowie, a kolejni jeszcze są Dwightem Howardem czyli atletą atletów. W kolejnych meczach pięciu atletów pokonuje na parkiecie pięciu atletów (w rzadkich chwilach jest tak, że pięciu atletów pokonuje lub nie czterech atletów i Briana Scalabrine`a) Nie wzbudzają już (choć oczywiście mogę się mylić) takich emocji jak dawne gwiazdy, z których każda była inna. A przed wszystkim: była jakaś.

Reggie Miller , ''The Sharpshooter from the East'', na pierwszy rzut oka składał się wyłącznie z gry na obwodzie, rzutów za trzy i egzekwowanych z piekielną precyzją osobistych, nie miał za to żadnych mięśni, a przynajmniej nie było ich widać na mniejszych telewizorach. Zresztą większych wtedy i tak nie było, bo pięćdziesięciocalowe plazmy były zaledwie jeszcze pieśnią przyszłości. John Stockton mimo obcisłych spodenek, które ściągnięte nieco mocniej przecięłyby go na pół podawał jak opętany, a największym skandalem jego całej kariery było to, że nigdy nie odpisał na walentynkę od Karla Malone`a. Sam Malone był postury czołgu (choć dziś powiedzielibyśmy raczej, że całkiem normalnej) i przez całe lata nikt nie był w stanie znaleźć jakiegokolwiek sposobu na jego rzut z odchylenia.

''King Kong'' Patrick Ewing i Hakeem Olajuwon rządzili pod koszami. O Davidzie Robinsonie wszyscy wiedzieli, że jest piekielnie inteligentny i tak jak w PRL-u mieliśmy sztuczną kategorię ''inteigencji pracującej'', tak ''Admirał'' został ojcem chrzestnym ''inteligencji zbierającej''. Gary Payton swój przydomek ''Rękawica'' zyskał dzięki temu, że przyklejał się ściśle do zawodnika, którego krył niczym kostium Spidermana do Spidermana. Charles Barkley przypominał trochę nienaturalną przeszkodę terenową, zwaną dalej hałdą. Gdyby jednak Sir Izaak Newton zobaczył jak ta hałda (zwana wcześniej nienaturalną przeszkodą terenową) skacze, musiałby pozmieniać kilka rzeczy w swoim prawie powszechnego ciążenia - ''punkt 2. Nie dotyczy krągłych mężczyzn z wąsami''.

''Król'' Jordan był ''Królem'' Jordanem, a nie jakimś tam ''Królem'' (Phi!) LeBronem, Rodman szokował, Kemp pakował piłkę z nieludzką siłą, Drexler latał od kosza do kosza, czasem tylko dotykając ziemi, Pippen był bohaterem drugiego planu, a Jeff Hornacek wyglądał jak skuteczny z linii rzutów osobistych, cichy i skromny ślusarz. Oglądanie wszystkich tych bohaterów ligi, w heroicznym boju o przeciwstawienie się dominacji Chicago Bulls Phila Jacksona i jego morderczej ofensywy trójkątów, to było dopiero coś... Tak samo jak to, że wiele spośród wymienionych wyżej gwiazd karierę zakończyło bez jednego choćby mistrzowskiego pierścienia. Choć gdyby te przyznawać wyłącznie za osiągnięcia indywidualne, możliwe, że kilku z nim skończyłyby się wolne palce. Jakby tego było jeszcze mało, piękna, złota era ''najntisów'' przyniosła nam też szturmujące ligę całe pokolenie młodych, zdolnych - gniewnego Iversona, tłamszącego wtedy większość innych centrów warunkami fizycznymi Shaqa, niepowstrzymanego jeszcze przez konuzje Anfernee Hardawaya, Granta Hilla, tak wszechstronnego, że nikogo by nie zdziwiło, gdyby w wolnych chwilach naprawiał także reaktory atomowe, Kobego Bryanta i Kevina Garnetta, którzy do NBA trafili prosto po szkole średniej (a ile było w związku z tym dyskusji!)...

Tak, to może być zwykła nostalgia czy klasyczny mit Arkadii . To może być narzekanie na współczesną NBA, zrzędzenie koszykarskiego tetryka. Ale nikt nie wmówi mi, że kiedyś nie było po prostu ciekawiej. I nie odda tych emocji podczas zarywanych dla playoffs nocy.

Łukasz Miszewski