LeBron, nigdy nie będziesz Michaelem Jordanem

LeBron James dołączył do Dwyane'a Wade'a i Chrisa Bosha, którzy już wcześniej uzgodnili kontrakty z Miami Heat. Razem ta trójka stworzy być może najsilniejsze trio, jakie kiedykolwiek grało w NBA. Być może zdobędą wspólnie pięć, a może dziesięć tytułów mistrzowskich, a LeBron James zmierzy się z legendą... Roberta Horry'ego.

LeBron James pojawił się na parkietach NBA siedem lat temu, wybrany z numerem pierwszym w drafcie przez drużynę z rodzinnego stanu Ohio, Cleveland Cavaliers. Nigdy nie unikał porównań do Michaela Jordana, wręcz przeciwnie - dumnie nosił numer 23 na koszulce i z wielką pasją ścigał swojego wielkiego poprzednika we wszelakich statystykach indywidualnych. Nikt nie miał wątpliwości, że aspiracje Jamesa do bycia nowym MJ-em są uzasadnione. Wciąż brakowało tylko jednego - mistrzowskich tytułów dla drużyny bez wcześniejszych osiągnięć, drużyny zbudowanej wokół gwiazdora, drużyny której był mózgiem i sercem.

Cavs przez ostatnie 3 lata byli jednym z faworytów rozgrywek, ale w playoffs zawsze dawali się ujarzmić. Znamienna była zwłaszcza tegoroczna porażka - pogromcami okazali się podstarzali Celtowie, LeBron okazał się człowiekiem - mającym swoje słabości psychiczne i fizyczne. Legenda Michaela Jordana może nie zaczynała uciekać (MJ zdobył pierwszy tytuł mając 28 lat), ale pojawiły się wątpliwości, czy 26-latkowi łatka nowego Jordana nie przeszkadza w byciu Królem Jamesem.

Dziś mamy pewność, że tak właśnie było. Decydując się na przejście do Miami Heat, LeBron odciął się na zawsze od tamtych porównań. Stał się jednym z trzech tenorów - wcale nie pierwszym z trzech. Przeniósł się do drużyny Dwyane'a Wade'a - koszykarza wybitnego, który dał już Żarom jeden tytuł i który na pewno nie stanie się dla miejscowych kibiców Scottie'm Pippenem. Nie będzie partnerem wielkiego LeBrona, nawet jeśli ten będzie miał lepsze statystyki, nawet jeśli będzie brał na siebie odpowiedzialność w ważnych dla drużyny momentach. Miami Heat zawsze będzie drużyną Wade'a, do którego dołączyła dwójka innych gwiazdorów spragnionych sukcesów. Razem osiągną wiele. Pytanie, ile te spodziewane tytuły mistrzowskie będą znaczyły wobec historii.

Trio gwiazdorskie to nie jest temat nowy w dziejach NBA. Wystarczy spojrzeć na Boston Celtics Garnetta, Pierce'a i Allena. Nigdy jednak gwiazdy wchodzące w skład takiej drużyny nie były na tym etapie kariery, co Wade, James i Bosh - w kwiecie wieku, piękni dwudziestoletni. Gdy Barkley dołączał do Olajuwona i Drexlera w Houston - miał 33 lata. Gdy Karl Malone próbował zdobyć tytuł z Lakersami Shaqa i Kobego - miał czterdziestkę na karku. Dzisiejsi Celci też połączyli siły po 30-tce.

Nowy Dream Team już jest zjawiskiem fascynującym, pobudzającym wyobraźnię. Niestety, z czasem może się okazać czymś dla ligi destrukcyjnym. Któż bowiem będzie w stanie przeciwstawić się drużynie skupiającej w sobie tyle talentu, witalności i pasji? Kogo będzie interesował piąty tytuł z rzędu dla Heat? Cleveland, od dawna uznawane za najbardziej przygnębiające miasto w USA, zapadnie się pod ziemie po stracie swojego symbolu. Toronto po stracie Bosha też nie otrząśnie się od razu... Zmiany, zmiany. I pytanie: czy LeBron podjąwszy się misji kolekcjonerskiej - zrówna się kiedykolwiek z osiągnięciem Roberta Horry'ego, zdobywcy siedmiu tytułów mistrzowskich w barwach trzech drużyn? Na miejscu Jamesa, w nowym sezonie grałbym z numerem 5 na koszulce.

Spiro