Komu Grand Prixy po Grand Prix Turcji

Kolejny wyścig, w którym Kubca pojechał bez błysku, ale też bezbłędnie. Kolejny wyścig, w którym red bulle i mclareny zrobiły reszcie z dyfuzorów jesień średniowiecza. Kolejny wyścig, w którym Sebastian Vettel rozjechał swojego kolegę z zespołu... A nie, przepraszam, to ostatnie, to faktycznie nowość.

Złoty kebab ostry na grubym dla tego, który mógłby złagodnieć, bo cienko skończy

Czyli dla Sebastiana Vettela. O Vettellu mówi się w ojczyźnie Baby-Schumi i w niedzielę pokazał, że ten przydomek pasuje do niego idealnie - najpierw w wyścigu zachował się jak Schumi, potem tłumaczył się jak Baby. Vettel rzeczywiście miał w sobie coś z Schumachera, kiedy zaatakował na 40. okrążeniu prowadzącego Marka Webbera. Nie udało mu się go po prostu wyprzedzić, próbował więc kolegę z teamu nastraszyć zajeżdżając mu drogę. Webber nie odpuścił, doszło do kolizji, w której Vettel stracił oponę, a Webber pewne pierwsze miejsce. I nie zmienią tego dziecinne tłumaczenia Vettela, że to Australijczyk w niego uderzył, jedyną bowiem winą Webbera było to, że nie dał się zastraszyć.

Złota przebita piłka dla tego, któremu zniszczono szansę na hat trick

Czyli dla Marka Webbera. Australijczyk miał być w tym sezonie jak Rubens Barichello przy Jensonie Buttonie z zeszłego sezonu. To Vettel miał być gwiazdą, która za kierownicą kosmicznego red bulla będzie dominować. Tymczasem to Webber sprawiał jak do tej pory lepsze wrażenie - po raz trzeci z rzędu zdobył pole position i pewnie jechał po trzecie zwycięstwo z rzędu, kiedy Vettel przypomniał sobie o swoim pseudonimie i postanowił z niego skorzystać. Tyle dobrego, że sprawiedliwości dziejowej stało się zadość i to Webber się uratował. Z jego punktu widzenia wybryk Vettela miał jedną zaletę - w klasyfikacji kierowców jego przewaga nad Niemcem (który spadł z drugiego na piąte miejsce) wzrosła do 15 punktów. A gdyby nie bezmyślność Vettela - wzrosłaby tylko do siedmu.

Złoty Zed dla tego, kto zszedł

Czyli dla atmosfery w Red Bullu. Po wyścigu zapytaliśmy pracowników Red Bulla o to, jaka ich zdaniem będzie teraz atmosfera w zespole. Oto wyniki naszej krótkiej sondy:

Przed Christianem Hornerem, szefem Red Bulla wyjątkowo paskudne zadanie - musi naprawić atmosferę w zespole, który ma spore szanse pęknąć na pół. Wojna między kierowcami jest niemal pewna, a jak taka wojna może się skończyć, pokazał chociażby sezon 2007, kiedy walczących Hamiltona i Alonso pogodził w ostatnim wyścigu sezonu Kimi Raikkonen. Trzeba przyznać, że w sytuacji Red Bulla nie ma łatwych odpowiedzi. Rozsądek nakazywałby być może wspierać tego kierowcę, który prowadzi w mistrzostwach świata i ma większe szanse na tytuł. Sęk w tym, że oznaczałoby to postawienie na Webbera, któremu po sezonie kończy się kontrakt. Nie ma jednak wątpliwości, że to przed Vettelem jest przyszłość, a Vettel dobitnie pokazał, że nie ma życzenia zaakceptować roli drugiego. Wygibasy, jakie czekają w tym sezonie szefów Red Bulla są nie do pozazdroszczenia, chociaż z drugiej strony - są po prostu kosztem fenomenalnego jak na razie sezonu. Może więc per saldo po prostu im się opłaca.

Złoty własnoręcznie wystrugany drewniany ogórek dla tych, którzy dostali prezent, choć się nie spodziewali

Czyli dla McLarena. Świetny manewr Hamiltona na pierwszym okrążeniu, kiedy odzyskał pozycję straconą na starcie na rzecz Vettela i odważne ataki na prowadzącego Webbera nic Brytyjczykowi nie dały. W pit stopie szybsi byli mechanicy Red Bulla, Vettel ponownie wskoczył na drugie miejsce i wydawało się, że tak już musi się skończyć. Wtedy jednak Sebastian Vettel pokazał, że on nam wszystkim pokaże i wręczył McLarenowi dublet, a nam - najlepszą chwilę ścigania się w całym wyścigu. Na zakręcie 12. Button wyprzedził prowadzącego Hamiltona, który natychmiast próbował skontrować na prostej startowej. Button się nie dał, ale w pierwszym zakręcie pojechał za szeroko. Hamilton jeszcze go przyciął, a Button w odróżnieniu od Webbera odpuścił. Trochę szkoda, bo gdyby kierowcy McLarena zrobili to samo, co kierowcy Red Bulla - ten wyścig miałby pewne miejsce w historii sportu. Konkretnie, w sekcji satyrycznej. Ale nie udało się, w związku z czym brytyjski zespół wskoczył dzięki temu na pierwsze miejsce w klasyfikacji konstruktorów, a Hamilton dostał w prezencie pierwsze zwycięstwo w sezonie. Sam chyba nie wiedział, co o tym myśleć, bo na mecie nadal miał minę, jak ze zdjęcia paszportowego.

Złota ekierka dla tego, który znów pojechał równo (a linijkę już dostał)

Czyli dla Roberta Kubicy. O występie Polaka nie będę się rozpisywał, bo najwięcej emocji dostarczyli jego mechanicy, którzy podczas zmiany opon wypuścili go w ostatniej chwili przed nadjeżdżającym Felipe Massą. To był na dobrą sprawę jedyny moment, kiedy Polak miał szansę zmienić swoją pozycję, bo ataków na jadącego przed nim Rosberga, nawet pozorowanych, bardzo szybko zaniechał. Z drugiej strony - Kubica obronił się przed Massą i w klasyfikacji generalnej wskoczył na szóste miejsce - właśnie przed Brazylijczyka. Jest też przed oboma kierowcami Mercedesa, przegrywa tylko z Alonso i absolutnymi hegemonami w red bullach i mclarenach. Kubica zawsze powtarza, że chce wycisnąć z samochodu co się da i chyba można powiedzieć, że jak na razie mu się udaje.

Złoty Jan Piszczyk dla tego, który miał pecha

Czyli dla Witalija Pietrowa . Żeby zgnębienie Ferrari było kompletne - Witalij Pietrow przez cały wyścig świetnie powstrzymywał Fernando Alonso. Cały? No, prawie cały. Na trzy okrążenia przed końcem Alonso zaatakował, przeszarżował, między bolidami doszło do kontaktu, ale to Rosjanin ucierpiał. Z kompletnie zdewastowaną prawą przednią oponą musiał zjechać do boksu spadając z dziewiątego miejsca na 15. Na pocieszenie - kiedy wrócił, wykręcił najlepszy czas okrążenia. Pytanie, czy go to pociesza trzeba by już zadać jemu samemu.

Złoty kompas dla tych, które się zgubiły i dobrze byłoby, jakby znalazły powrotną drogę

Czyli dla emocji. Niestety, po raz kolejny w tym sezonie dostaliśmy procesję. Wydawało się, że emocje zagwarantuje nacierający z 12. miejsca Fernando Alonso, ale Hiszpan nie potrafił wyprzedzić Kamui Kobayashiego i tylko dzięki wczesnemu pit stopowi udało mu się przedrzeć na punktowane miejsce. Najwięcej faktycznego ścigania pokazał Nico Hulkenberg, który do boksu musiał zjechać już na pierwszym okrążeniu, co zmusiło go do odrabiania strat. Wielkich emocji przy tym nie dostarczył, bo mijanie kierowców Virgin i HRT jest, no właśnie, po prostu mijaniem, a nie walką. Gdyby nie 30 s walki między mclarenami i oczywiście wyczyn Vettela - mielibyśmy kolejny wyścig, w którym się nie działo. I, jak widać, nowa punktacja nic na to nie poradziła. Chciałbym bardzo wierzyć, że da to do myślenia Bernie'emu Ecclestonowi, tak, jak chciałbym też znów wierzyć w świętego Mikołaja, ale cóż, prędzej czy później każdy musi dorosnąć.

Piotr Mikołajczyk