"Trenerze, ile do końca?", czyli końcowe podsumowanie trenerów

Trzydziestu czterech trenerów prowadziło zespoły Ekstraklasy w sezonie 2009/2010, co daje nam 1,13333 przykładowego trenera na przykładową drużynę i 0,88235 przykładowej drużyny na przykładowego trenera, który według kalkulatorka prowadził przykładową drużynę w siedmiu spotkaniach (7,05882). Siedem zaś - jak wszyscy wiemy - jest liczbą magiczną, symbolizującą szczęście. No, w ekstraklasowych warunkach tych siedmiu trenerów, którzy prowadzili swoje drużyny od pierwszego do ostatniego meczu można uznać za szczęściarzy.

Podsumujmy sobie sezon 2009/2010 na ławce. Która to ławka ma taki przeciwdeszczowy daszek... i w sumie wygląda jak budka, z której jedni panowie podpowiadają innym panom.

''PRZECHODNIEM BYŁEM MIĘDZY WAMI''

Marcin Broniszewski , Jacek Dziubiński , Marcin Gawron , Michał Libich , Paweł Sibik nie byli chyba nawet przechodniami. Przechodzień, jak sama nazwa wskazuje, przechodzi, a wymieni trenerzy przebiegli przez ławkę trenerską, przelecieli jak ognistych meteorów deszcz i chyba nawet kibice drużyn, które prowadzili, mieliby problem z wymienieniem odpowiedniego meczu, Z nieco inną sytuacją mamy do czynienia w przypadku Martina Pulpita , byłego dyrektora sportowego Odry Wodzisław. To znaczy, z meczem tez byłby kłopoty, ale Martin Pulpit był dla Odry Wodzisław prawdziwą klęską żywiołową i gdyby szukać ''winowajców klęski wrześniowej'', to jego nazwisko powtarzałoby się chyba najczęściej. Trzy mecze pod wodzą Marka Chojnackiego rozegrała Arka Gdynia, a jego dymisja była bodaj najbardziej pechowa - Arka we wszystkich trzech meczach była bardzo bliska remisu. Podobno są w Gdyni trzy osoby, które twierdzą, że gdyby Marek Chojnacki został na stanowisku, Arka byłaby wyżej w tabeli. Poszukiwania w celu uzyskania dokładniejszej argumentacji, trwają. Ktokolwiek wiedziałby o losie...

''ZNOWU W ŻYCIU MI NIE WYSZŁO...''

Trochę dłużej w swoich klubach zabawili Artur Płatek , Dusan Radolsky i Andrzej Lesiak i chyba kluby mogą być zadowolone, że było to zaledwie trochę, bo efekty ich pracy były... a, nie przepraszam - nie było efektów. Jeśli, oczywiście, nie liczyć, stylu ''Aaaaa, piłka do nas leci! Trenerze co robić? To kto ma wiedzieć?'' Kibice Cracovii i Zagłębia Lubin są zgodni: gdyby Artur Płatek i Andrzej Lesiak zostali na stanowiskach, problem spadku mielibyśmy rozwiązany jeszcze w grudniu (przynajmniej w przypadki Zagłębia, bo Cracovię pewnie by się uratowało, spuszczając którąś z drużyn ''z powodu poważnego naruszenia warunków licencji''). Jak poszłoby Polonii, gdyby Dušan Radolsky trenował ją dłużej niż 2 miesiące - nie wiadomo, ale tu chyba samo pytanie jest z gruntu błędne: w tamtym czasie i stanie ducha prezesa trener Radolsky nie mógł trenować Polonii dłużej... wrrróć... w tamtym czasie i stanie ducha prezesa żaden trener nie mógł prowadzić Polonii dłużej. I to chyba dobry moment, żeby przypomnieć, iż Polonię Warszawa prowadził w tym sezonie także Jacek Grembocki . Serio. Bo czasem sobie żartujemy.

Liderem tytułowej klasyfikacji zdecydowanie powinien zostać Ryszard Wieczorek . Może nie ponosi odpowiedzialności za spadek Górnika Zabrze w zeszłym sezonie, ani za spadek Odry w obecnym, może nawet nie można obarczać go całą winą za spadek Piasta, ale trudno - Ryszard Wieczorek stal się symbolem i kozłem ofiarnym, co wyraźnie pokazuje, że szczęścia w pracy to on jednak nie ma.

''CZŁOWIEK TEN MIAŁ NIEPEWNY DOŚĆ WZROK...''

Dariusz Pasieka nie miał w Arce lekkiego życia. Ułożył grę defensywy - kontuzji doznał Mateusz Siebert, ułożył linię pomocy - Bartosz Ława stwierdził, że klub z nim nie rozmawia o przedłużeniu kontraktu, a skoro tak, to ajlowiu, dostał trener dwóch utalentowanych napastników - to jeden przestraszył się pustej bramki, a drugi spędził pół sezonu na wywrotkach, przewrotkach, leżeniu i wstawaniu. Niby wszystko było dob... było lepiej niż było, a trener musiał drżeć o utrzymanie do ostatniej minuty ostatniej kolejki. W pamięci kibiców zostaną na pewno trenerskie ''cfeterki'', przedmeczowy zarost i imponująca żonglerka piłką przy linii bocznej.

Marek Motyka przychodząc w ostatnich latach do kolejnych klubów głowę miał pełną pomysłów, ale z miesiąca na miesiąc i z kolejnej dymisji na kolejną dymisję w jego oczach pojawiało się zrezygnowane stwierdzenie: ''Przychodzę tu tylko po to, żeby mnie wywalili''. Przesympatyczny człowiek, który przejdzie pewnie do historii Ekstraklasy jako ''św. Marek od Szarańczy'', zawsze przygotowany, zawsze analizujący, ale któremu zawsze czegoś brakowało, jakiejś ''iskry bożej'', która przekonałaby zawodników, że za tego trenera warto umierać.

Jose Mari Bakero - na pewno długo nie mógł uwierzyć w polskie zwyczaje ligowe, w to, co mówiono mu o prezesie Wojciechowskim, w to, co prezes Wojciechowski sam pokazywał oraz w to, że to coś... takie... to prawdziwa ligowa murawa. Ale w końcu uwierzył, piłkarze uwierzyli w niego i Polonia Warszawa nie tylko utrzymała się w lidze, ale w dodatku kibice pamiętają nazwiska przynajmniej dwóch jej zawodników. Konwiktorska świętuje i inwestuje, ale trener Bakero wzrok wciąż ma niepewny, bo prezes Wojciechowski postanowił tym razem powalczyć o mistrzostwo kraju.

''FACET SIĘ PAŁĘTA W NIM W NIECIEKAWYM TLE''

Ryszard Tarasiewicz i Jurij Szatałow minionego sezonu nie zaliczą do udanych. Śląsk Wrocław i Polonia Bytom dały się zapamiętać... nie, nie dały się, a Śląsk dawał raczej wszelkie powody do wypierania z pamięci jego spotkań już 5 minut po ich zakończeniu. Trener Szatałow może na razie zapomnieć o pracy w Lechu Poznań, trener Tarasiewicz może na długo zapomnieć o marzeniach związanych z prowadzeniem reprezentacji, a kibice pamiętają co prawda określenie ''rewelacja rozgrywek'', ale już nie bardzo kojarzą, o kogo chodziło i o jakie rozgrywki.

Orest Lenczyk przychodził do Cracovii w glorii mędrca, cudotwórcy, odkrywcy talentów i żeby nikt nie wspomniał, że zdobył mistrzostwo z Wisłą, bo się kibice ''Pasów'' popłaczą ze złości. Dostał wolną rękę, dostał piłkarzy, dostał współpracowników, dostał wolną rękę... i też poległ. Po jesienno-zimowym czteromeczowym zrywie okazało się, że Cracovia to chyba jednak nie nazwa, a diagnoza: drużyna znowu grała ''zero czyli nic'', obrońcy kopali bramkarza, bramkarz obrońców, piłka ziewała z nudów i gdyby nie Wisła Kraków, to nie wiadomo, czy oglądalibyśmy Cracovię w Ekstraklasie. Najbarwniejszym elementem gry ''Pasów'' były początkowo konferencyjne wystąpienia trenera, ale ponieważ sprowadzały się zawsze do tego samego: ''Patrzcie, z kim ja muszę pracować'' i one spowszedniały.

Stefan Białas przyszedł do Legii, gdy nikt nie chciał do niej przyjść, bo co to za radocha, prowadzić drużynę rozkapryszonych gwiazdek przed trybunami pełnymi rozkapryszonych kibiców, w sytuacji, w której wszyscy kłócą się ze wszystkimi i wszyscy są na wszystkich obrażeni. Przyszedł, spróbował i poległ. Każdy by poległ, ale tylko trener Białas miał odwagę powalczyć. A ponieważ w naszej rzeczywistości każdy dobry uczynek zostaje przykładnie ukarany...

''SILNIK RZĘZIŁ OSTATKIEM SIŁ...''

Maciej Skorża i Jan Urban - obaj prowadzili swoje zespoły już trzeci rok, obaj mieli walczyć o najwyższe cele, trofea i szczyty i obaj nie dotrwali do końca sezonu 2009/2010. Nigdy nie dowiemy się, czy ich zwolnienie było naprawdę dobrym pomysłem, czy gdyby zostali Wisła i Legia zakończyłyby rozgrywki na wyższych miejscach, ale dla wszystkich było jasne, ze obaj trenerzy osiągnęli w swoich klubach granicę możliwości, że więcej z zespołów nie wycisną i po zakończeniu sezonu będą musieli emigrować z klubowych ramion. Maciej Skorża dojechał rzężącym pojazdem do dwóch tytułów mistrzowski i jednego wicemistrzowskiego, Janowi Urbanowi zabrakło Takesure'a Chinyamy, który dopchałby Legię do trzeciego wicemistrzostwa, obaj pewnie mają wiele na swoje usprawiedliwienie i podobno jeden ma zastąpić drugie w Legii.

Dariusz Fornalak - w jego przypadku silnik już nie rzęził, bo zatarł się całkiem, rzęził za to trener, który nie mógł zrozumieć, jak może zatrzeć się silnik, który nie pracuje. Piłkarze byli głusi na argumenty taktyczne, zarząd był głuchy na argumenty strategiczne, polityce klubu patronowały Udałosie, grze drużyny - Udasie, a najlepszą kondycję miał klubowy koń, z którym trener Fornalak kopal się długo i bezskutecznie. Zmiana trenera wydawała się niezbędna, ale zmiana na trenera Wieczorka to chyba nie był pomysł trenera Fornalaka, więc chyba możemy uwolnić go od winy.

Marcin Brosz - samochód, który dostał do dyspozycji był sfatygowany, pordzewiały i powypadkowy, a w dodatku konkurencja odjechała w siną dal. Udało się skombinować dobre paliwo, dobry olej, znaleźć zapowiadającego się kierowcę i ruszyć w pogoń, ba! nawet dołączyć do stawki, ale w najważniejszym momencie linka hamulcowa zrobiła ''bdriąąąag'', gaźnik zrobił ''pyf'', świece zgasły, woda w chłodnicy się zagotowała i samochód... nie, nie stanął - turlał się jeszcze siłą rozpędu i doturlał do remisu z Wisłą Kraków. A trener Brosz zasłużył na oklaski, już choćby tylko za zdolności motywacyjno-językowe: musiał przecież przekonywać Polaków, Czecha, dwóch Brazylijczyków, Gruzina, włoskiego Argentyńczyka i Jacka Kowalczyka

''SAM MOŻESZ WYBIERAĆ LOS, ZROZUM TO - WEJDŹ NA SZCZYT''

Franciszek Smuda o wybieraniu losu i wchodzeniu na szczyty wie bardzo dużo. W sezonie 2009/2010 najpierw wybrał los dość ryzykownie i przejął żałośnie wyglądającą drużynę Zagłębia Lubin, a kiedy ze zbieraniny zagubionych na boisku Jasiów i Małgoś zrobił zespół, który dało się oglądać z przyjemnością - przyszła pora na szczyt, czyli na stanowisko trenera reprezentacji narodowej. Smudę zastąpił jego dotychczasowy asystent, Marek Bajor i choć regulamin PZPN trzeszczał w szwach przez cała rundę wiosenną, to Zagłębie grało bodaj jeszcze lepiej niż za trenera Smudy - może dlatego, że trener Bajor nie ma ciągot do bycia Bogiem, więc hasło ''a bo cię jakoś nie lubię'' nie funkcjonuje w jego trenerskim słowniku.

Trener Tomasz Kafarski wybierał los, wybierał ustawienia, wybierał taktyki, mieszał, dodawał dwóch napastników do dwóch obrońców, a suszone języki żaby do 1-4-4-2, podgrzewał Pawła Buzałę, studził Tomasza Dawidowskiego i na pewno nie osiągnął szczytu możliwości (w końcu na bramce wciąż w Lechii gra bramkarz. Znaczy, zazwyczaj...), ale za to na pewno zbudował sobie solidną pozycję i może być spokojny o posadę.

Najbliżej szczytu - moim skromnym zdaniem - jest Michał Probierz . Czlowiek-wulkan, który chmurą swojego temperamentu zakłóca pracę sędziów bocznych, który wyciągnął Jagiellonią z dziesięciopunktowego dołka i zdobył z nią 44 punkty w sezonie, a w dodatku może wprowadzić ją do europejskich pucharów. Transfery robi - znowu moim skromnym zdaniem - dziwne, gwizd na palcach ma donośny, a kondycję, taką, że niejeden piłkarz ligowy zemdlałby z wysiłku , gdyby musiał przebiec tyle kilometrów, ile trener Probierz przemierza w czasie meczu w wyznaczonej strefie *(oraz, oczywiście, poza nią) i to na pewno nie jest jeszcze jego ostatnie słowo.

POLIGONOWE PODIUM SUBIEKTYWNE

Miejsce trzecie: Rafał Ulatowski i Waldemar Fornalik

Ich drużyny grały piłkę przyjemną dla oka i podręczników taktyki, oni sami nie bali stawiać na młodzież, a argument: ''Nie chciałbym, żeby mój ewentualny następca zastał spaloną ziemię, chciałbym za to, żeby miał w kim wybierać'', był tak kosmiczny, że chyba tylko Florence Nightingale byłaby w stanie go zrozumieć. I wszystko było dobrze aż do momentu... w którym przestało być dobrze, a GKS Bełchatów i Ruch Chorzów zaczęły robić wszystko, żeby nie wygrywać, nie zdobywać i na złość mamie odmrażać sobie uszy. Oczywiście, przyczyny leżą głębiej, kontrakty i pensje to dziedzina zarządów, a nie trenerów, ale trenerzy widzieli, co się dzieje i nie potrafili tego powstrzymać, przekonać zawodników, żeby powalczyli itd. Ewentualnie nie widzieli - co byłoby jeszcze gorsze.

Miejsce drugie: Marcin Sasal

Za to, że przyszedł z I ligi, nie przestraszył się Ekstraklasy, a z zespołu, grającego piłkę smutną jak los Kielecczyzny po powstaniu styczniowym zrobił drużynę, na którą w końcówce sezonu patrzyło się nie tylko z przyjemnością, ale z emocjami, a czasem z zachwytem. Wiosenne mecze z Legią i Wisłą można pokazywać młodzieży szkolnej w klubowej salce kinowej, Krzysztofowi Gajtkowskiemu mieszkańcy Kielc zaczęli się wreszcie kłaniać, a ''wynalazki'' trenera Sasala: Maciej Tataj, Grzegorz Lech i Łukasz Maliszewski jeszcze pewnie niejednokrotnie namieszają w lidze. Słucham? Tak, zdaję sobie sprawę, że to mógł być jednorazowy wyskok, przypadek i że Korona może odtąd grać piłkę nudną jak telewizyjna publicystyka polityczna. Tym bardziej chyba warto zauważyć, docenić, podkreślić oraz uwypuklić, prawda?

Miejsce pierwsze: Jacek Zieliński

Po pierwsze dlatego, że jego zespół wygrał, po drugie dlatego, że jego zespół wygrał, po trzecie dlatego, że jego zespół wygrał, a po czwarte dlatego, że prowadzenie czarnego konia typu Groclin czy Polonia Warszawa to praca fajna i zabawna: każdy wynik da się wytłumaczyć, każdy da się usprawiedliwić, każdy stopień podium cieszy itd. Ale prowadzenie faworyta to już inna para korków - tu nie ma ''wycofajka'', liczy się tylko zwycięstwo, żelazne nerwy i odporność. Trener Zieliński czasem odreagowywał stresy na dziennikarzach, czasem strzelał przeurocze fochy i aż się prosiło, żeby go jeszcze trochę podrażnić, ale zrobił wszystko, żeby utrzymać zespół ''w gazie'' i przekonać go, że dogonienie i przegonienie Wisły jest możliwe, a skoro jest możliwe, co czemu by nie? Nie zepsuł tego, co zastał, poprawił, co się dało poprawić, nie bał się eksperymentów ze składem, nie płakał, że ktoś ma kontuzję, bo zawsze miał kogoś na zastępstwo... A poza tym jego zespół wygrał.

Andrzej Kałwa

Poligon to rubryka Z czuba.pl w której Andrzej Kałwa pisze o polskiej ligowej rzeczywistości, która jaka jest - każdy widzi, a niektórzy nawet sądzą, że ją rozumieją.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.