Pierwsza piątka tygodnia NBA według Z Czuba

Minął 26. tydzień rozgrywek i w najlepsze hulają już play offy. A tam gdzie hulanki nie trudno dostać w nos czy po głowie, w tym od ludzi w stroju wielkiego jelenia. Oto kolejny odcinek naszego cyklu o lidze, w której chudy Shawn Kemp i gogle Jamesa Worthy'ego zdarzały się.

Manu Ginobili (San Antonio Spurs)

GETTY IMAGES/Ronald Martinez

Wszystkie karaluchy muszą pogodzić się z faktem, że nie tylko one przeżyją zagładę nuklearną - bez szwanku wyjdą też koszykarze San Antonio Spurs i na dodatek wciąż będą liczyć się w walce o mistrzostwo NBA. Takie przesłanki płyną w każdym razie z dotychczasowej ich rywalizacji z Dallas Mavericks. Może właśnie dlatego Manu Ginobili nic sobie nie zrobił z bliskiego spotkania jego nosa z łokciem Dirka Nowitzkiego w trzecim meczu.

Manu po tym starciu grał dalej i pewnie kontynuowałby nawet wtedy, gdyby Niemiec miał w łokciu głowicę atomową - to już zresztą ustaliliśmy. Ale i tak rezultat tej kolizji był widoczny - najlepiej na szybkim ''znajdź różnicę'' wykonanym podczas meczu przez ESPN:

Nowitzki tym samym staje się specjalistą w trafianiu łokciem w twarz przeciwnika - parę miesięcy temu pozbawił w ten sposób pięciu zębów Carla Landry'ego . Inne znany ofiary łokcia Nowitzkiego to:

Fot. Jerzy Gumowski / Agencja Wyborcza.pl

Wesley Matthews (Utah Jazz)

GETTY IMAGES/Andy Lyons

Przyzwyczaiłem się już do myśli, że nie mam pojęcia skąd się wzięła i kim jest połowa składu Golden State, ale zaskoczył mnie fakt, że równie no-name'owy koszykarz występuje od dłuższego czasu w pierwszej piątce Utah Jazz. Trochę wstyd - obiecuję w następnym sezonie dokładniej przeglądać box-score'y. Ale o pierwszorocznym (i nie wybranym w drafcie) shooting guardzie Jazz już nie zapomnę - ot chociażby za to (przepraszam z góry z irytujące ''trzy grosze'' z offu):

Cóż - w kwestii mało znanych pierwszorocznych shooting guardów Utah Jazz, to lepiej przestrzelić oburęczny wsad w pierwszej serii niż przestrzelić oburęczny wsad i rzut kelnerski na 28 sekund przed końcem w Finałach. Prawda Shandon?

Bango

Jak widzicie - jeśli macie na sobie koszulkę Atlanta Hawks, lepszym pomysłem od wizyty w Milwaukee będzie teraz nawet kibicowanie Clippersom. A jeśli myślicie, że to wszystko efekty specjalne, i że co taki pluszak może wam zrobić, Bango chciałby podkreślić, iż nie cofnie się przed niczym:

Propagowanie lęku przed jeleniami idzie póki co całkiem nieźle - nie dość, że Hawks dwukrotnie przegrali w Mieście Piwa, to jeszcze przed meczem numer 4:

Samochód osobowy zderzył się z busem drużyny Hawks w centrum Milwaukee. Rzecznik Hawks, Arthur Triche powiedział, że biały cadillac z matką i dzieckiem na pokładzie uderzył w lewą stronę autobusu powodując ''znaczne uszkodzenia'' luków bagażowych.

Nikomu z uczestników stłuczki nic się nie stało, ale koszykarze musieli do hotelu dotrzeć taksówkami. Nie znam co prawda tożsamości Bango, ale chyba mam pewne podejrzenia.

Stephen Jackson (Charlotte Bobcats)

Stephen JacksonStephen Jackson GETTY IMAGES/Doug Benc

Zastanawialiście się kiedyś jak wyglądałoby nieślubne dziecko Cedrica Ceballosa i pirata? Mniej więcej tak jak Stephen Jackson w drugim meczu z Magic po uderzeniu w głowę:

Mógłbym napisać, że Jacksonowi nie zdarzyło się jeszcze wyglądać tak durnie, ale niestety widziałem jego tatuaż na brzuchu .

Jamal Crawford (Atlanta Hawks)

Stephen JacksonGETTY IMAGES/Kevin C. Cox

Ten sezon jest dla Jamala Crawforda wyjątkowy pod wieloma względami - nie tylko zdecydowanie wygrał właśnie nagrodę dla najlepszego rezerwowego w NBA, ale także, po raz pierwszy w swojej karierze, awansował do play offs. Crawford był wśród aktywnych zawodników najdłużej wytrzymującym w postseasonowej czystości - czekał na swoją inicjację aż 10 sezonów. Obecnie tytuł najbardziej cnotliwego pod tym względem gracza należy do Troya Murphy'ego, który ma wcześniejsze wakacje już od 9 lat.

A skoro już jesteśmy przy nagrodach - szybki przegląd tych przyznanych w ciągu minionych siedmiu dni: trenerem roku uznano Scotta Brooksa, działaczem roku - Johna Hammond z Milwaukee, na dniach najlepszym debiutanem zostanie ogłoszony Tyreke Evans, a największy postęp według specjalistów poczynił Aaron Brooks. Co do Most Improved Player, to w trakcie głosowania, ktoś chyba myślał, że to głosowanie na gracza, który najprawdopodobniej zakończy niedługo karierę. Innego wytłumaczenia faktu, że jeden głos otrzymał Ben Wallace, nie widzę.

Retro gracz tygodnia: Bimbo Coles

W nowym poddziale ''Pierwszej piątki tygodnia'' będziemy przy pomocy wehikułu czasu napędzanego energią kinetyczną wytworzoną poprzez tik Mahmouda Abdul-Raufa, przenosić się do NBA z lat 90. ubiegłego stulecia i przypominać pokrótce sylwetki jej bohaterów. Ale nie tych głównych, o których pamięć trwać będzie wiecznie, tylko tych z drugiego planu, o których pamięć definiuje tamten złoty czas dla koszykówki zaoceanicznej i jej kibiców w naszym kraju. W końcu w internecie nostalgia sprzedaje się równie dobrze co seks.

Stephen JacksonGETTY IMAGES/Jonathan Daniel

Za co będę pamiętać Bimbo Colesa? No właśnie - za ''nico'', tak naprawdę. Coles był jednym z tych zawodników, którym przez całą karierę udawało się ukrywać przed radarami fanów - jakby koszykówki uczył się nie na boiskach zachodniej Wirginii, a w jakiejś bazie wojskowej nad lekturą danych o technologii stealth.

Bo na parkietach wcale się nie chował. W szkole średniej i na Virginia Tech był gwiazdą i to nie tylko w koszykówce - w 1990 roku, oprócz wybrania przez Sacramento Kings z 40 numerem w Drafcie (i natychmiastowego transferu do Miami Heat), jego nazwisko pojawiło się także w naborze do MLB, w którym, jako 53 z kolei, Coles trafił do California Angels. Zdobył także brąz na igrzyskach olimpijskich w Seulu. Ostatecznie zamiast aniołków na kalifornijskim niebie wybrał jednak żar lejący się z nieba florydzkiego i to pod nim spędził pierwsze pięć lat w NBA, stając się z czasem podstawowym zawodnikiem, wychodzącym często w pierwszej piątce. W sezonie 95/96, po 52 meczach w Heat, wreszcie dane mu było zagrać pod niebem Kalifornii - Bimbo przeniósł się do Golden State Warriors i tam właśnie zakończył najlepszy sezon w karierze pod względem strzeleckim (11,0 ppg). Nikt jednak w Miami za swoim point guardem nie tęsknił, bo wzamian do Heat trafił Tim Hardaway, który poprowadził zespół z Florydy przez lata tłuste. Tymczasem coraz szczuplejsze lata zaczęły się w karierze Colesa - przez kolejne trzy sezony w Warriors, tracił po około 30 meczów w każdym z powodu kontuzji. Po sezonie 99/00 spędzonym w Atlancie, podpisał kontrakt z Cleveland Cavaliers, gdzie do problemów zdrowotnych dołączył ograniczony czas gry, co przekuło się na najgorsze od debiutanckich czasów statystyki. Potem był transfer do Celtics (w trakcie 02/03) i sentymentalny powrót na 22 spotkania do Miami. I tyle.

Za co więc będę pamiętał Bimbo Colesa? To pytanie zawiera w sobie odpowiedź - chyba przede wszystkim za członkowstwo w elitarnym klubie graczy, których prawdziwego imienia nikt nie zna. Vernell Eufaye Coles był w tym gronie graczem o chyba najzabawniejszym pseudonimie, który pochodził podobno od piosenki country. Co i tak jest dość schlebiającym wyjaśnieniem .

Bimbo po zakończeniu kariery był przez trzy lata asystentem trenera Miami, a od 2008 roku współpracuje ze swoją szkołą średnią Greenbriar East, gdzie odpowiada przede wszystkim za przygotowanie kondycyjne zawodników.

kostrzu