Polacy w drafcie NBA i co z tego wynikło

20-letni Tomasz Nowakowski zgłosił się do draftu NBA. Nie on pierwszy z Polaków i zapewne nie ostatni. A jakimi ścieżkami chodziły ścieżki jego poprzedników? Różnymi. I to niekoniecznie wiodącymi pod kosz rywali.

Pierwszym Polakiem w NBA był nikt inny jak Cezary Wielka Stopa Trybański - pierwsze 218 centymetrów Polaka w najlepszej lidze koszykarskiej świata. Wbrew temu co wielu mogłoby sądzić, nie został on jednak wybrany w drafcie - w 2002 trzyletni kontrakt, wart prawie pięć milionów dolarów, podpisało z nim Memphis Grizzlies, ściągając Polaka bezpośrednio z MKS-u Pruszków. W mieście Elvisa nasz człowiek spędził zaledwie jeden sezon, oddany szybko (we wrześniu 2003) do Phoenix Suns, gdzie pożegnano się z nim już w styczniu 2004. Kolejne dziesięć miesięcy to przeprowadzki Czarka do New York Knicks i Chicago Bulls, którzy pozbyli się go w październiku. Od tego czasu warszawiak dunkował, zbierał i blokował w podrzędnych Tulsa 66ers i Reno Bighorns oraz greckim Peristeri BC z 17-dniową przerwą na bycie zawodnikiem Toronto Raptors. Jego łączny dorobek w NBA to 22 spotkania, 15 punktów, tyle samo zbiórek, siedem bloków, jedna asysta i jeden przechwyt oraz jedno arcydzieło małej kinematografii...

...nominowane nieustannie, co roku, do Oscara w kategorii ''Film krótkometrażowy z człowiekiem przebranym za Elvisa i próbującym zamówić pokój w motelu''. I tak, wrzucanie tego filmiku nigdy się nam nie znudzi.

Jeszcze wcześniej niż Trybański niedraftowany był inny Polak. No prawie Polak, ale posiadający polskie obywatelstwo Ruben Wolkowyski . Wnuk warszawiaka Anatola Wołkowyskiego, który wyemigrował przed II wojną światową do Argentyny został w 2001 ściągnięty do NBA przez Seattle Supersonics z Estudiantes de Olavaria. W mieście Microsoftu, Boeinga, grunge`u i najmniejszego w Stanach odsetku otyłych ludzi Ruben nie zachwycił - w 34 spotkaniach zapisał na swoim koncie sporo dolarów, 75 ''oczek'' i 46 zbiórek. W podziękowaniu za zasługi mierzący 208 centymetrów silny skrzydłowy następny sezon spędził w niejakim Quimes Mar de Plata, co brzmi jak coś bardzo drogiego, bardzo wykwintnego, podawanego w restauracjach, do których żadnego z nas by nie wpuścili i składającego się z rzeczy, o których wolałbym nie wiedzieć. W Anno NBA 2002/2003 po Wolkowyskiego sięgnęli ''Celci'' z Bostonu, tam było jednak jeszcze gorzej - siedem meczów i zaledwie pięć punktów. Potem zaczęło się zwiedzanie Europy - TAU Ceramica (Hiszpania), Olympiakos Pireus (Grecja), Chimki Moskwa (Rosja), Prokom Trefl Polska (zgadnijcie), Legea Scafati (Włochy) i koniec kariery w urugwajskim Bigua. Dużo lepiej wiodło się Wolkowyskiemu w kadrze - z reprezentacją Argentyny zdobył złoto na igrzyskach w Atenach a z MŚ 2002 przywiózł do domu srebrny medal.

Pierwszym Polakiem wybranym w drafcie był Maciej Lampe - do NBA trafił rok później niż Trybański, wybrany z numerem 30 przez New York Knicks. Zanim jednak zdążył sobie kupić bluzę z nadrukiem ''I (serce) NY'' już oddano go Phoenix Suns, gdzie w wieku 18 lat i 353 stał się najmłodszym w historii klubu oraz wszechświata ''Słońcem'' na parkiecie. Tak jak swój poprzednik, tak i Maciek w Stanach zaliczył niewiele więcej spotkań niż klubów. Po pierwszym roku w Arizonie następne sezony spędził w New Orleans Hornets i Houston Rockets, łącznie gromadząc na swoim koncie 215 punktów w trzy lata. Kolejne trzy lata po rozbracie z NBA spędził z kolei w Chimki Moskwa, gdzie odrodził się z Trybańskich popiołów i udowodnił, że nie jest kolejnym zmarnowanym talentem, a bardzo solidnym środkowym/silnym skrzydłowym - takim, na którym można oprzeć ofensywę zespołu i ciężką komodę. Potem był zawodnikiem Maccabi Tel Awiw, obecnie gra w Uniksie Kazań.

W tym samym drafcie co Lampe próbował NBA podbić Szymon Szewczyk , czy może jego złe alter ego Szymon Szaszłyk, po którego z numerem 35 sięgnęli Milwaukee Bucks.

Kiedy Szewczyk już sprawdził, że faktycznie istnieje taka drużyna NBA jak Milwaukee Bucks i nieco się uspokoił, został zaproszony na rozgrywki ligi letniej. Dwa razy, więc nikt w redakcji Z Czuba woli się z niego nabijać - to i tak o dwa zaproszenia więcej niż dostał którykolwiek z nas. I prawdopodobnie kiedykolwiek dostanie. W 2004 Polakowi szło bardzo dobrze, z wahnięciami do znakomicie - podczas meczów w Minneapolis raz uzbierał nawet 31 punktów i 16 zbiórek . Milwaukee postawiło jednak na Kukoca, może dlatego, że w jego przypadku Amerykanie akurat wiedzieli, jak wymawiać nazwisko. W ubiegłym roku w Vegas Summer League najważniejszej z lig letnich osiągi Szewczyka to pięć spotkań, 3,8 punkta i 1,4 zbiórki w każdym. Oraz wiele wersji tego jak się nazywa. W każdym razie ani razu nie zaproponowano mu kontraktu.

W 2004 roku do draftu zgłosili się Paweł Mróz, Marcin Stefański, Zbigniew Białek i Marcin Gortat , po czym wszyscy jak jeden mąż się z niego wycofali. W zbiorze ''jeden mąż'' nie znalazł się tylko Białek, który dzielnie, z podniesioną przyłbicą i podciągniętymi podkolanówkami wystartował. Niestety nie został wybrany i zamiast marzeń o pierścieniach mistrzowskich pozostało mu oglądanie ''Władcy pierścieni''. Oraz gra w lidze belgijskiej (BC Euphony Liege), węgierskiej (Lami-Ved Kormend), a także polskiej (Astoria Bydgoszcz i Anwil Włocławek). Obecnie reprezentuje barwy PBG Basket Poznań. 200-centymetrowy Stefański po draftowej ucieczce tułał się, o 14 centymetrów wyższy Mróz również. W przeciwieństwie do pewnego Żyda ich droga dobiegła końca, przynajmniej jak na razie. Dla tego pierwszego w Treflu Sopot, a dla drugiego w słowackim zespole Spisska Nova Ves. Rok później Gortat samodzielnie zdecydował się już wystąpić jako ''hot prospect'' i dał się wybrać z numerem 57 przez Phoenix Suns, z którego szybko został oddany do Orlando Magic, w który barwach zadebiutował dwa lata później. Co było dalej wiemy - stał się zmiennikiem Dwighta Howarda. tego samego, który w 2004 (pierwsze półpodejście ''Polskiego Młota'') został wybrany (czego o Białku powiedzieć się nie da) z numerem 1.

Do NBA pukał także Łukasz Obrzut . Człowiek z takim nazwiskiem mógł zostać wyłącznie koszykarzem bądź specjalistą od rysunku technicznego, on zdecydował się jednak na to pierwsze. W latach 2003-2007 reprezentował barwy Uniwersytetu Kentucky. W 2007 215 centymetrów Polaka zakontraktowali Indiana Pacers, pojawił się on jednak tylko w spotkaniach przedsezonowych. Do dziś gra w niższych amerykańskich ligach, z przerwą na jeden sezon w Sportino Inowrocław.

Łukasz Miszewski

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.